Searching...
środa, 10 października 2012

Computer says NO, czyli o sklepie z mundurkami

Gdzie się nie obejrzę, to blogerzy mają jakieś serie, cykle, akcje i konkursy!

Pozazdrościłam, pozazdrościłam.
Ponieważ nie mam jednak tak oryginalnych pomysłów (ani znajomości :)), mój cykl będzie (uwaga nowość, he, he :)) inspirowany angielską rzeczywistością.
A dokładniej jej paranoiczno-absurdalnym aspektem.
I owszem, będzie to cykl. Tryptyk w tym przypadku na pewno nie wystarczy!


Ten kraj niezmiennie zadziwia mnie swoją dwoistością.
Są rzeczy, które są jak miód na serce. Rozwiązania inteligentne, człowiekowi przychylne, zachwycające swoją prostotą lub - gdy trzeba - zaskakujące precyzją i złożonością.
O tych dobrych obiecuję pisać w ramach autoperswazji i niekończącego się procesu oswajania Wysp Szczęśliwych.

Tym złym jednak też nie daruję, jako żywo!

Nie bez przyczyny jednym z najpopularniejszych postaci spośród bogatej galerii typów i typków "Małej Brytanii" jest Carole Beer, recepcjonistka, z którą trudno cokolwiek załatwić.




video


Computer says 'No'.
I nie ma dyskusji.
Poza pewne ramy wyjść się nie da.
Na obśmiewaną w skeczach wyspiarską mentalność urzędniczą można natknąć się wszędzie - nawet w miejscach niekoniecznie skomputeryzowanych.
Wszędzie, gdzie macki systemu zakładają klapki na oczy.
Ta odmowa to być może strach przed nieznanym, nieopisanym w instrukcji, nieprzewidzianym?
Albo usprawiedliwienie dla niechęci do ruszenia dupska, zmiany rutyny, zmiany myślenia.


Nie jestem wielką fanką 'cwaniakowania'.
Nie uważam, że przepisy są po to, by je łamać.


Ale z drugiej strony myślenie podobno nie boli ...


*****

Jako wpis inicjujący proponuję historyjkę o sklepie z mundurkami, zwanymi w pinglisz 'juniformami'.

Tematem rozprawki nie będą dywagacje nad sensownością noszenia mundurków, których osobiście jestem wielką fanką (ale o tym może kiedy indziej).

Otóż w zeszłym roku moje dzieci zmieniły szkołę.
Na miejsca czekaliśmy długo. Jedno przyznano nam 31 sierpnia , a drugie 9 września. Oznaczało to, że musiałam na gwałt kupować nowe mundurki.



Proces kupowania mundurków na nadchodzący rok zaczyna się mniej więcej w maju, kiedy to sklepy rewolucjonizują swoje stoiska i wygospodarowują sporą część powierzchni na wieszaki ze spodniami, plisowanymi spódniczkami, kraciastymi sukienkami letnimi w sześciu kolorach, skarpetkami z kolorystycznie dopasowanymi wykończeniami, rozpinanymi sweterkami, koszulami w miliardach fasonów, tenisówkami i innymi duperelkami.

Rodzice rzucają się z dzikością w oczach na promocje (siedem za trzy, dwie w jednym, kup jedną, drugą dostaniesz za darmo, itp.), a wychodząc ze sklepu obładowani toną tekstyliów dręczą się pytaniem, jak to się dzieje, że przy takiej ilości zakupionych przedmiotów regularnie w okolicach środy budzeni są rozdzierającym (uszy i serce) krzykiem: "Maaaaamiś, nie mam juś skajpeeeee-tkuuuuuf."

Dzieło odziewania domowych uczniów wieńczy odbiór produktów z logo szkoły.
Oprócz rzeczy ogólnie dostępnych w kolorach szarych, czarnych, zielonych, granatowych i czerwonych należy nabyć drogą kupna najważniejsze, ologowane, elementy umundurowania:


- bluzę/sweter w serek/marynarkę z logo szkoły (im bardziej snobistyczna szkoła tym wymyślniejsze posiada logo, co oczywiście odbija się na cenie, dochodząc momentami do £100 za marynarkę; cena przecietnej bluzy to - dla porównania - £10-15)
- krawat,
- koszulkę, dres, ew. spodenki na w-f (o szkole średniej nie piszę, bo tam tego tałatajstwa jest znacznie więcej)
- worek na dres i aktówkę na książki.


Są jeszcze opcje alternatywne typu: plecach, czapka z daszkiem, kurtki, bluzy polarowe itp.







Rzeczy z logo szkoły można kupić li i jedynie w szkolnym sklepiku.

Owszem, część szkół ma kontrakty z większymi firmami, które sprzedają 'firmowe' mundurki kilku szkół z danego rejnonu, a szkoły średnie mają też sklepy stacjonarne, np. podłączone do innych sklepów odzieżowych - ale relatywnie jest to rzadkie.

Sklepik szkolny jest prowadzony najczęściej przez nawiedzone mamusie, które mają czas i ochotę bawić się w prace społeczne (odciążając tym samym niewyrabiające się z robotą papierkową sekretarki).

Tyle rys obyczajowy.

Wracając do moich dzieci ...
Jako że przenosiny nastąpiły we wrześniu, nie miałam okazji kupić ubrań z logo szkoły w czasie majowych szaleństw, ani zamówić ich odpowiednio wcześnie.
Skompletowałam więc w naprędce wszysto, co mogłam (Marks & Spencer online miał jeszcze jakieś niedobitki szarych spódniczek i czerwonych rozpinanych sweterków), a na resztę złożyłam zamówienie pierwszego dnia pobytu moich dzieci w szkole (czyli w dwa kolejne poniedziałki), uiszcając należność z góry.


Zamówienie miało zostać przekazane paniom ze sklepiku, które - jak się okazało - poświęcały swój cenny czas na sprzedwanie juniformów tylko w poniedziałki od 15:30-16:30 (czyli w dniu, w którym ani ja, ani mój mąż, ani nikt inny nie może się wyrwać wcześniej z pracy, by samodzielnie zakupić świeże teksylia).

W skrytości liczyłam na to, że skoro jest poniedziałek, to logiczne będzie dostarczenie paniom zamówienia i zrealizowanie go jeszcze tego samego dnia (czyli zostawienie rzeczy do odbioru w sekretariacie i przekazanie ich dzieciom we wtorek)
Myliłam się jednak lub, jak kto woli, byłam inteligentna inaczej.


Nie niecierpliwiłam się jednak zbytnio, gdyż wydawało mi się to oczywiste, że wszyscy wiedzą po pierwsze, że moje dzieci są nowe, a po drugie, że sklepik jest otwarty tylko w poniedziałki.

Niestety.

Już w środę mój syn wrócił ze łzami w oczach, bo w upalny wrześniowy dzień pani zabroniła mu zdjąć bluzę (którą to pożyczył chwilowo od siostry, bo dziewczynki mogą nosić rozpinane sweterki bez logo), gdyż ... nie miał krawata!!!

Doprawdy, cóż to by była za demoralizacja i złamanie szkolnych zasad, tak siedzieć bezczelnie bez krawata. Normalnie ruja i porubstwo!

Bluza i krawat szczęśliwie dotarły w następny poniedziałek ratując moje dziecię od przegrzania.
Brakowało jednak innych zamówionych elementów: worków na w-f i jednej koszulki w rozmiarze mojego syna.
Podobno 'wyszły'.


Oki-doki, poczekam. W końcu może ćwiczyć w dresach :))
Worki, jako element wiszący w korytarzu, nie były ściśle kontrolowane i kolorystyka z poprzedniej szkoły przemknęła się cichcem.


W okolicach listopada koszulki wciąż nie było.
Przed Wigilią poszłam do sekretariatu po raz kolejny, żartując, że może przed Wielkanocą koszulka (w tym momencie już jedyny brakujący element) zostanie mi dostarczona.


Hi-hi-hi, ha-ha-ha, tośmy się pochichrały z panią Brendą, sekretarką.

W lutym pani Brenda miała już oczy jak spodeczki, widząc mnie po raz fyfnasty w kwestii niedostarczonej koszulki i zapewniając mnie, że przekazała informację paniom ze sklepiku i że no nie wiadomo, co się dzieje.
Koszulek w moim domu oczywiście nie brakuje, więc dziecię ćwiczyło w białej bawełnianej z kołnierzykiem, zamiast w czerwonej z logo szkoły.

Ta niesubordynacja zaczęła jednak ewidentnie przeszkadzać pani B. (kobiecie na wskroś irytujacej, Brytyjce hinduskiego pochodzenia, która pragnęła wszystkim udowodnić, że jest bardziej brytyjska od samej królowej; brrrr, tacy osobnicy mnie drażnią nieprzeciętnie).

Pani B. podjęła więc walkę o sprowadzenie rebelianta na właściwą drogę.
Na początku zaczęła od fukania i wymownego spoglądania w kierunku mojego syna, przy sprawdzaniu listy obecności na w-fie.
Później zaczęły się rzucane w przestrzeń kosmiczną aluzje, że jest marzec, a NIEKTÓRE dzieci wciąż jeszcze nie mają szkolnej koszulki.
W końcu, nie osiągnąwszy oczekiwanego efektu (mój syn miał surowo przykazane olewanie 'niezaadresowanych' uwag i nakazane patrzenie się w sufit w czasie sprawdzania listy obecności), pani B. przydybała mnie na placu zabaw, gdy w jeden wolniejszy dzień odbierałam dzieci wprost po szkole, a nie ze świetlicy.




Pozwoliłam by zjeżdżała mnie przez pięć minut, dając sobie czas na dogłębną wentylację płuc (w przeciwnym razie wygryzłabym jej tętnicę szyjną), po czym odpowiedziałam, że pomimo tego, że stać mnie na ponowne uiszczenie 3.5 funta, to nie zrobię tego dla zasady, uważam to bowiem, za grandę i skandal, żebym musiała przynajmniej raz w tygodniu marnować swoje cenne 10 minut, męcząc przerażoną i Bogu ducha winną Brendę, w sprawie nieodostarczonej koszulki.

Zgodziłam się też - jeśli taka wola - na zgłoszenie sprawy do dyrektora, Local Authorities, Ministra Edukacji a nawet samej Elżbiety II, podkreśliwszy jednak dobitnie, że NIE ŻYCZĘ SOBIE żadnych uwag kierowanych do mojego dziecka.

Koszulka dotarła tuż przed Wielkanocą.

Tutaj jednak ... dopiero zaczyna się (po dość długawym wstępie - ale myślę, że już znacie trochę moje możliwości :)) cała historia z gatunku 'computer says NO'.

Otóż w tym roku postanowiłam, że zamiast narzekać na to, że sklepik jest otwarty tylko przez jedną w godzinę w tygodniu, przyczynię się nieco społecznie i ... poszłam zaoferować swoją pomoc. Stwierdziłam, że na pewno nie jestem jedyną mamą, która nie może się wstrzelić w godziny otwarcia i zaproponowałam, że mogę prowadzić sklepik w inny dzień, któ wie, może nawet w godzinach rannych.
Taka jestem dzielna!
Pani Brenda aż pisnęła z zachwytu, bo w tym roku następowała wymiana mundurków (zmiana statusu szkoły, zmiana logo, nevermind) i panie ze sklepiku podobno goniły w piętkę.
Zgłosiłam też swoją chęć udzielania się jednej ze school governors (coś al'a rada rodziców), która również była zachwycona.

Po tygodniu milczenia ze strony szkoły zapytałam się pani Brendy, czy ewentualnie (w swej jaśniepańskiej łaskawości, dodałam w myślach) są zainteresowani moją skromną ofertą.

Nie.

Bo?

Bo sklepik nie może być otwarty w inny dzień.

Bo?

Bo to za dużo roboty, bo obok jest świetlica, bo będzie to przeszkadzać dzieciom, bo to, bo SRO!!!

Bo w potężnej, wiktoriańskiej szkole z milionem zakamarków, sal, salek, zaułków i pomieszczeń wszelakich po prostu nie ma możliwości znalezienia ŻADNEGO MIEJSCA, które można by efektywnie wykorzystać przez JEDNĄ godzinę w tygodniu.

Bo sklepiku (parę pudeł z bluzami i krawatami na krzyż) nie można gdzieś przenieść.
 
Bo od wieków sklepik był czynny w poniedziałek, to jakże to tak w środę?

Bo (mentalny) komputer mówi zdecydowane i kategoryczne NIE ...



No to kij im w oko!

Tylko że ja w tym roku też muszę kupić nowe koszulki na w-f ;))))

Ps. Dodam tylko gwoli wyjaśnienia, że generalnie szkoła angielska jest bardzo przyjazna dzieciom i rodzicom.
Ta historia jest niechlubnym odstępstwem od reguły.




środa, 10 października 2012

Gość: s, 178-37-12-196.adsl.inetia.pl
2012/10/10 20:07:39
Fridrygauko, ja trochę z innej beczki: czy mogłabyś mi odpisać, bo zastanawiam się nad wyjazdem z Polski do WB, że tak powiem jak się uda: na stałe. Tylko pytanie: czy warto jeszcze? czy da się tam jeszcze w moim wieku (22 lata) znaleźć jakąś przyzwoitą pracę (oczywiście na początek pewnie nie, ale np później). Język znam w stopniu średniozaawansowanym, więc biegle nie mówię, ale jestem w stanie zrozumieć prawie każdego jeśli ma dobrą wolę i nie mówi szybciej niż z prędkością światła. No, tylko nie wiem czy jest sens no i oczywiście samemu pewnie nie. Fidrygauko, żyjesz już tam tyle czasu, więc może coś poradzisz? jechać czy nie? decydować się czy nie?


2012/10/10 20:52:26
Bardzo interesująca historia. Jak się zapewne domyślasz, moją uwagę przykuł cytat użyty w tytule wpisu :D Gdzie są jakieś fajne akcje na blogosferze? Mało czasu mam i przeoczyłam pewnie :(
 
2012/10/10 23:33:42
Gościu(wo) S :))
Ho, ho, ho, to bardzo trudne zadanie komuś radzić!
I pewnie miejsca nie starczy w jednym komentarzu, dlatego postaram się wyskrobać jakiś wpis na ten temat, choć od razu uprzedzam, że rady tam nie znajdziesz, bo taką decyzję nie sposób podjąć nie znając osoby i jej okoliczności.

Ale tak w skrócie powiem Ci, że nigdzie nie jest łatwo. Emigracja pociąga za sobą wiele konsekwencji. Wiele zależy od Twojej motywacji i od tego, co zostawiasz w kraju i do czego ewentualnie możesz/ nie możesz wrócić.
Będę mogła napisać ci właściwie tylko przez pryzmat swoich własnych przeżyć. W moim przypadku z pracą nie było łatwo. Zajęło mi to parę lat, zanim zaczęłam robić, to co chcę (no, powiedzmy :)), ale też przyjechałam tu z dziećmi, więc nie zaczynałam od szukania pracy (widzisz, już sam 'starting point' jest zupełnie inny :))

Wiele zależy nie tylko od języka, ale od ... sposobu myślenia.
Samemu jest czasami łatwiej ... :)))

Pozdrawiam


2012/10/11 00:02:31
Żono, proszę bardzo:

przeprowadzki niezarobkowe :)) u Magamary,

Afryka czarno-biała i inne super serie u Avo_lusion,

Bebeluszkowe pocztówki z blogosfery,

21 days getting organized challange (ten trochę straszy, ale niektóre pomysły tej babeczki mi się bardzo podobają),

że już o serii książkowe Love Piktografik nie wspomnę (Skąd ludzie mają takie świetne pomysły??!!)

No i tak dalej w ten deseń :))


2012/10/11 17:08:32
tez mundurki kocham i juz myslalam,ze bede sobie mogla z kims polemizowac :) Nasze mozna kupic tez poza szkola albo mozna zamawiac przez neta wiec nikt nie czatuje na godziny otwarcia :)
Zgadzam sie,ze to jakis wyjatek od reguly dostepnosci mundurkow i przyjaznosci dziecku..
Gość: s, 178-37-12-196.adsl.inetia.pl
2012/10/11 19:59:10
Fidrygauko,
to znowu ja, odpowiadając na Twoje pytanie: chodzi o osobę 22 letnią, dziewczynę, w kraju nie zostawiłabym nic: nic mnie w Polsce nie trzyma: ani rodzina, ani chłopak, ani przyjaciele,kompletnie nic. A chciałam zacząć życie: znaleźć dobrą pracę ( na początku pewnie jakąkolwiek), tu nie ma miejsca dla mnie, perspektyw i sądzę z tego, co obserwuję, że już raczej nie będzie. Moje nastawienie jest takie, że nie czuję się też jakoś bardzo związana z krajem, więc nie czułabym żalu opuszczając go (nawet na zawsze). Tylko jest problem, bo pewnie nikt nie odważyłby się ( tym bardziej osoba w moim wieku, płeć też się liczy :P) samemu, bo ... wiadomo. Ale zastanawia mnie czy mam po co jechać, bo sezon na "zarobki za granicą" już dogorywa.. no i nie wiem czy jest sens tam sobie układać życie. Zastanawiam się też, czy długo człowiek oswaja się z językiem jeśli osłuchowo już go trochę zna , potrzebuje tylko systematyczności i używania go na co dzień (szybko załapuję, ale , że mieszkam w PL całe życie i nie posługuję się nim codziennie, nie ćwiczę etc to z mówieniem są problemy, dużo pomaga oglądanie seriali zagranicznych po angielsku i takowoż książki).
I zastanawiam się też ile by mnie kosztowała na wstęp tzw. "wyprawka" - czyli kasa na rozpoczęcie życia.
Pozdrawiam,
s.


2012/10/11 21:52:20
Fascynująca historia mundurkowa i bardzo ciekawy cykl ;) Pyszne niuanse. Przynajmniej nie musisz się zrywać w środowe poranki dla podniesienia podaży krawatów ;) Choć lubię mundurki, to jednak uważam, że na Wyspie doprowadzono do innego ekstremum. Byłoby łatwiej gdyby wszystkie szkoły miały te same mundurki, czyż nie? Ukochy!


2012/10/12 10:58:00
@ Justmago, przykro mi, że tym razem nie dałam Ci możliwości polemiki. Postaram się w przyszłości napisać coś bardziej prowokacyjnego, jak np. wszyscy Polacy na emigracji to szuje albo codzienne jedzenie full English breakfast świetnie robi na figurę. Może być? :))

Sytuacja mundurkowa jest faktycznie wyjątkiem, ale niestety absurdy regulacji szkolnych już nie. Np. moje dzieci codziennie przynoszą do domu lunchboxy ufajdane po brzegi ... resztkami jogurtu. Myślałam, że to dlatego, że szkoła oszczędza na wywozie śmieci. Umęczona jednak codziennym czyszczeniem nabiałowego syfu poleciałam kwestię wyjaśniać. Okazuje się, że jest to rozporządzenie pana dyrektora, mające na celu pokazanie rodzicom, że ... dzieci wszystko zjadły.
Jak to usłyszałam, to długo przecierałam oczy ze zdumienia.
Jak wiadomo, dzieci bowiem kreatywne są. Wyrzucenie kanapki czy nadgryzionego jabłka może spokojnie umknąć paniom 'obiadowym'.
Jestem wdzięczna za pilnowanie przerobu moich dzieci, bo wiem, że często grzanie po placu zabaw jest ważniejsze niż dostarczanie węglowodanów.
Czy jednak sam fakt przyzwolenia na wyrzucenie PUSTEGO pudełka nie byłby wystarczającym dowodem na zjedzenie całości? Tych z niewyskrobanym jogurtem wystarczyłoby ewentualnie wysyłać po ponownego machania łyżką. I tyle.

@ S, postaram się coś wysmarować w weekend, choć powiem Ci, że nie wiem, czy jestem najbardziej odpowiednią osobą do radzenia. Po latach pewne wspomnienia się zacierają, a inne nabierają dość drastycznych barw. Czasami jak patrzę wstecz, to mi włosy dęba stają, na co się porywałam i dziś wydaje mi się, że bym nigdy tego nie powtórzyła.

@ Bebe, prędzej by Brytania zginęła w otchłani oceanu niż by Wyspiarze zunifikowali (paradoksalny nomen omen) juniformy :))
System klasowy nigdy na to nie pozwoli!
Dla mnie ekstremalne jest czepianie się jakichś szczegółów typu 'but za bardzo adidasowaty', przy jednoczesnym permisywiźmie we wszystkich innych dziedzinach.

Fajnie, że podoba Ci się seria. Ekhm ... wstęp do serii :)))


2012/10/12 14:02:03
Aha, Bebe, zapomniałam: argument o niezwiększaniu podaży krawatów ranną porą przepiękny.
Dziś stukam się w czoło, żem w ogóle na taki pomysł wpadła :))
Gość: hophopskip, host86-145-207-192.range86-145.btcentralplus.com
2012/10/12 18:25:45
3 szkoly i nigdy nie mialam problemu z zakupem mundurka. Juz sama nie wiem co sadzic o marynarkach dla dziewczynek w szkolach? Chyba tylko to, ze prywatne szkoly zrezygnowaly z tego przezytku i przszly na swetry, ktos gdzies musial lobbowac dobrze zeby kontrakty na produkcje sie nie skonczyly i wepchneli do state school. Jakby chlopcow bylo malo do ubania w marynarki. Mysle po tej linii bo marynarka jest droga.


2012/10/12 18:41:47
Hophopskip, marynarki są faktycznie strasznie drogie, ale wciąż je widuję w szkołach prywatnych (których w moim rejonie jak grzybów po deszczu) - szczególnie takie pasiaste i z wymyślnie poobszywanymi klapami.
A kapelusze to już mnie śmieszą, szczególnie te słomkowe.
Mój syn w szkole średniej ma więcej rzeczy na różne sporty (z logo szkoły) niż elementów umundurowania.

Też nigdy wcześniej nie miałam problemu z mundurkami, jak kupowałam je o 'normalnej' porze :))


2012/10/13 10:18:10
A'propos przypomniało mi się takie powiedzenie - jeśli czegoś NIE DA SIĘ zrobić, to najlepiej poprosić kogoś nowego, kto o tym nie wie i on to na pewno zrobi... Ale najwyraźniej nie zawsze i nie każdy chciałby swoje "niedasie" pokonywać (albo i nawet usłyszeć, że je pokonać można). Przykro jednak i strasznie to denerwujące, gdy zaraża nimi i swoją postawą, innych.
Ze wszystkich nieprzyjemnych uczuć, bezsilność w zderzeniu z "systemem" jest zdecydowanie najgorsza i najbardziej okaleczająca ducha.
Ale widzę, że Tobie to nie grozi - ze swoim walecznym charakterem i cierpliwością (zawziętością?) jeszcze możesz doprowadzić do reformy w dostępie i dystrybucji szkolnej garderoby;)


2012/10/13 21:48:24
Ren-ya, jest dokładnie tak, jak piszesz.
Ostatnio złamał się nam klucz do drzwi do ogrodu. Mąż rozkręcił zamek i wyciągnął dość mocno zdjechaną końcówkę klucza. Poszłam z nią do znanej sieci dorabiającej klucze - nieeeeee, nie możemy dorobić, zjechany klucz, gwarancja, że dorobią taki, by pasował i otwierał ... 1%. Cena 8 funtów.
Myślałam, ze trzeba będzie wymieniać cały zamek.
W sobotę był targ, a na nim 'obwoźny' ślusarz. Mąż zapytał go, czy lubi wyzwania :))
Za chwilę mieliśmy nowy klucz za 5 funtów, pasujący idealnie!

Postawa 'niedasiowa' jest oczywiście niezależna od kraju (jak wiesz, w Polsce też się zdarza :))), ale jednak Polacy potrafią częściej znaleźć pewien margines czy uelastycznić przepisy czy rozwiązania (he, he, ładny eufemizm, co?)

Upór i zawziętość ... tak, czasami taka jestem, choć wolałabym, by manifestowało się w dziedzinach bardziej istotnych, niż zakup mundurków :))

Faktem jest, że powoli, po ponad trzech latach pracy w moim 'zakładzie' widzę efekty mojego uporu. Np. na spotkaniach z szefową już nie tylko ja mówią. Inni też co raz rzadziej spuszczają główki ...

No czasami człowiek musi, bo się udusi.


2012/10/14 11:59:44
System mundurkowy jest dla mnie zrozumiały i słuszny. Jednak - jak we wszystkim - nie cierpię przegięć w żadną stronę.
Niezmiennie się cieszę, że mam już dawno z głowy czasy szkolne moich dzieci. Byłam matką walczącą i walczyłam w szkołach z wszelkimi absurdami, narażając się wszystkim: i nauczycielom i moim dzieciom. Nie mogłam ogarnąć, że można nie myśleć i nie można zakładać dobrej woli z każdej strony.
Teraz nie wiem, jaką była bym matką. Czuję się zmęczona i to chyba też wynik tych "bitew"...


2012/10/14 19:50:27
Mam wrażenie, że każda szkoła ma swoje "uniformy". W moim liceum to były trampki z białą podeszwą. Albo białe albo boso. ;)
 
2012/10/15 06:34:30
@ Rest, na szczęście z tutejszą szkołą nie muszę aż tak często walczyć, bo generalnie jest ona otwarta na rodziców i przede wszystkim dzieci.
Walczyłam jednak z wieloma innymi absurdami, z różnym skutkiem, i zgadzam się: walka (z wiatrakami) bywa męcząca i wysysająca.
Co do kwestii 'jaką byłaś matką' - nie odpowiem ci (na to pytanie musisz sama znaleźć odpowiedź, tylo nie bądź zbyt surowa w ocenach :)).
Ja jednak o parę rzeczy powalczyłam i mam poczucie dobrze spełnionego kwoczego obowiązku :))

@ Bebe, poszłabym dalej i powiedziała: każda szkoła ma swoją panią B., świętszą od papieża, Gandhiego, czy kogo tam bądź :))


2012/10/18 01:38:37
Pierwszorzedna satyra!
Tak, wyobrazam sobie reakcje na propozycje otwarcia sklepiku w inny dzien, niz w ten ustanowiony wiek temu i na wiki wików amen :D
Ale szczerze mówiac, podobaja mi sie te angielskie szkolne mundurki, kazdy inny, logo szkoly. W porównaniu do nich, niemieccy uczniowie sa kolorowi jak papuzki, a fakt, ze kazdy chodzi w czym chce, a przede wszystkim, w jakiej chce klasie cenowej, nie jest akurat niesprzyjajacy konfliktom na tle markowych ubran na przyklad.


2012/10/20 13:05:11
Spirit, mundurki podobają mi się właśnie ze względu na brak tej rewii mody, która czasami przybierała monsturalne rozmiary. Ta kwestia jest tu szeroko omawiana i jako jedne z argumentów contra zadawane jest pytanie - czy my dorośli chcielibyśmy wyglądać tak samo.
Hmmm, i rzeczywiście jest to zasadne, tym bardziej że dochodzi jeszcze kwestia tego, jak się w pewnym fasonie wygląda.
Jednak mimo wszystko uważam, że te parę lat można się pomęczyć :))
Zresztą angielscy uczniowie nie wydają się być z tego powodu jakoś strasznie uciemiężeni.

A co do puenty, to niestety jest to dość często spotykany typ reakcji.
Twócy 'Little Britain' nie wyssali tego z palca ...


0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!