Searching...
sobota, 28 grudnia 2013

szklana lekcja uczuć

Szklanka była zwykła.
Taka jak w każdym domu epoki Gierka.
Z grawerowanym motywem kwiatowym, a może ze złotą lamówką.
Zapewne wystana w kolejce w sklepie 'Szkło, kryształy, porcelana' na rogu Nowotki i Anielewicza, w którym poza dniami 'rzucania towaru' (ujawnianymi pocztą pantoflową dzięki zażyłości ze sklepową)
nie było nic, oprócz ohydnych, kremowo-chabrowych fajansowych zestawów obiadowych.


W domu były też piękne, czeskie szklanki z grubego szkła.
Do whiskey, jak się po latach okazało, choć w całej swojej ponad czterdziestoletniej karierze wąchały jedynie świąteczny kompot z suszu i Ptysia - gazowaną oranżadę do zadań specjalnych, zdobywaną na ważne rodzinne okoliczności.
Dotyk ich rzeźbionych piramidek do dziś (a z dwunastoczęściowego kompletu jedenaście wciąż z dumą zdobi rodzinny kredens) przywodzi na myśl magiczne momenty. Dziadkowe wigilje z tłustym karpiem, śniadania wielkanocne z klopsem z jajkiem, sałatkę z patisonów i marynowane bryłki dyni.
I całą rodzinę, dla której te wspólne spotkania były kiedyś świętością.



Ale tamtego dnia szklanka była zwykła, bo i goście z dolnego szczebelka hierarchii.
Podskórnie, swoim instynktem jedenastolatki, wyczuwała, że wręcz byli nieproszeni.
Pani, pani, pani ... no jakżesz ona się nazywała?
No ta pani, poznana niedawno na wczasach pracowniczych.
Ostatnia osoba, z którą matka miała ochotę podtrzymywać znajomość.
Histerycznie rozchichotana, pytlująca o bzdetach, poufale klepiąca po ramieniu.
I jej córka Martusia, przymilna pierwszoklasistka, która była wdzięcznym kompanem zabaw i idealnym 'uczniem' w wakacyjnej szkole.


Stały teraz obie w drzwiach, uśmiechając się nieśmiało i czekając na zapraszający gest. A za nimi, w bonusie, stał wyrostek, przedstawiony wszystkim, jako Marcin.
Scenariusz wieczoru był przewidywalny do bólu.
Rodzice w salonie wspominali niezapomniane chwile z Juraty, a dzieci, zamknięte w pokoju obok miały się integrować.

Miała być ulubiona zabawa w szkołę, może jakieś gry, czy zabawa lalkami (tak, tak, dawno, dawno temu jedenastolatki wciąż jeszcze bawiły się lalkami i miały z tego niezłą frajdę).
Wszystko jednak zaburzył ten Marcin.
Bo był starszy, wysoki, dowcipny.
I taki ładny.
Wziął się znikąd - ot przyciągnięty na doczepkę martowy brat - ale szybko poczuł się jak u siebie.


A ona wręcz przeciwnie. Straciła i tak kruchą pewność siebie.
Siedziała sztywno na kanapie ze szklanką soku.
Ta szklanka, to było jej wybawienie.
Zajęcie dla rąk, ucieczka od nachalnych spojrzeń, tarcza broniąca jej emocjonalnego dziewictwa.
Bo przecież nikt wcześniej jej nie mówił, że ma ładne włosy i fajny sweter.
Nikt nie próbował spojrzeć głęboko w oczy.
Szarym myszkom nie patrzy
się w oczy. Je się tylko omiata wzrokiem.
A on się patrzył tak natarczywie, że czuła, iż tylko okno ślepej kuchni, przez które w każdej chwili mogła wychylić się głowa matki i - jakże irytująca teraz - Martusia chroniły ją przed nagłym zanurzeniem dłoni we włosach, a kto wie, może i pierwszym w życiu pocałunkiem.


Ta szklanka ze złotym rantem zdawała się pulsować jej w dłoni w rytm rozszalałego serca, studząc jednocześnie falę gorąca.
Tak dobrze rozpoznawalną falę gorąca.

  
Chyba nikt na świecie nie potrafił zakochać się tak szybko jak ona.
W przeciągu paru minut sporządziła w głowie listę jego zalet i już wiedziała, że to  może być ON. Nie miała jeszcze pomysłu, jak ta 'miłość' będzie się dalej toczyć, z nim mieszkającym na drugim końcu miasta i z telefonem stacjonarnym umiejscowionym w przedpokoju - miejscu odartym z jakiejkolwiek intymności.
Jednak jego komplementy i wyraźne szukanie bliskości wzięła za dobrą monetę.


Okazywane zainteresowanie zawsze działało na nią jak narkotyk.
Na początku dowartościowywało, uskrzydlało, dotleniało. A później usidlało i paraliżowało swoją niewiarygodnością.
Teraz też czuła, że musi zrobić coś, by tę niespodziewaną uwagę zatrzymać i podsycić.
Kolekcja papierków po czekoladach z Pewexu czy pokaźny stosik pocztówek z całego świata, pokazywane z dumą koleżankom, zdecydowanie odpadały.
Wybór padł na miskę pełną starych monet przechowywaną w sekretarzyku.
Wiedziała, że nie wolno jej tam zaglądać, ale rodzice byli tak pochłonięci wakacyjnymi wspomnieniami, że poczuła się bezkarnie.


Przynęta chwyciła.
Marcin usiadł blisko niej na kanapie, jedną ręką kładąc jej na ramieniu. A może tylko na oparciu? Czuła jego przyspieszony oddech na szyi i nieśmiałe muśnięcia ust na płatku ucha, gdy nachylał się w skupieniu (choć trochę zbyt nachalnie), by oglądać niezwykły zbiór.
Starała się nie zauważać, że monet nie brał bezpośrednio z naczynia, ale wyłuskiwał je spomiędzy jej palców, obejmując niby przypadkiem jej dłonie.
Wiedziała, że bawi się jej nieśmiałością, ale ta zabawa jej także zaczynała się podobać.
 

Co cenniejsze okazy, kolekcjonowane przez wujka Antoniego od lat, spoczywały spokojnie w kasetonach na górze meblościanki.
Te z misy były co prawda nie do pary, ale wiele z nich miało sporą wartość kolekcjonerską.
Były monety średniowieczne, wybijane ręcznie.
Złote, srebrne i z brązu.
Kanciaste i z dziurkami w środku.
I parę okazów z czasów imperium rzymskiego.
Wyszukiwane przez wujka w różnych zakątkach świata, w czasie jego podróży naukowych, po jego śmierci przeszły w posiadanie ukochanej bratanicy, która nie podchwyciła pasji zbieracza i upchała je w czeluściach politurowanego regału.





Jej córka też potraktowała monety bardzo instrumentalnie.
Bez sentymentu i należytego szacunku.
Kupowała zainteresowanie i niewinne pieszczoty wiekowymi kawałkami metalu.


Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Nagle otwarte drzwi. Gorzkie zdziwienie w oczach matki. Zbieranie w naprędce porozsypywanych wszędzie pieniędzy, szybkie pożegnanie. Ukradkowy pocałunek w policzek w przedpokoju.
No to pa ... Marta.
Fajnie było się spotkać. Będziemy w kontakcie. 


A następnego dnia rozmowa telefoniczna przyciszonym głosem.
"Nie chciałbym ... wiesz, tak mi niezręcznie, ale gdybyś mogła ... przepraszam cię." - zdenerowowany głos ojca nie wróżył niczego dobrego.

Przedpokój w trzydziestometrowym mieszkanku z trudem krył jakiekolwiek tajemnice.



W domu panowała dziwna cisza. Matka jakby obrażona. Unikała wzroku i siedziała zamknięta w swoim pokoju.
No przecież to niemożliwe, że coś widziała! Bo chyba iskrzenie dwóch nastoletnich ciał jest niewidoczne dla oka? Nawet dla doświadczonego oka dorosłego.
Nieee, ona wciąż myślała, że te lalki to jedyny obiekt afektu jej córki.


Kolejnego popołudnia, gdy na prośbę matki myła w kuchni szklanki, rozdzierające dryndanie telefonu wyrwało ją z rozmarzonego letargu połączonego z dziwnym niepokojem. Przykręciła wodę, by wyłapać jak najwięcej ze ściszonej konwersacji. Przedpokój ze swą akustyką zdawał się wychodzić jej naprzeciw.

" ... w szkole? ... niespodziwanie, w środku dnia? ... był zaskoczony, no tak, nie dziwię się. W spodniach ... Dużo?  ... No nie ma sprawy. Dobrze, że się wyjaśniło. ... tak jutro na mieście.
Będę o ...
"


Ojciec wszedł do kuchni zasępiony.
Nie musiał nic mówić. Ona już sobie wszystko dośpiewała.
Z fragmentów rozmowy, z podsłuchanej wieczornej kłótni rodziców, której fragmenty z łatwością dochodziły przez ścianę, mimo rzewnej muzyczki z "Michała Strogowa", który właśnie leciał w telewizji.

Bajerujący Marcinek. Świnia i złodziej.
Drogo się wycenił gnój!
Muśnięcie ręki - dwa denary.
Cukierkowe komplementy - parę złotych rubli.
Pocałunek w szyję - jeden szeląg.
Zły szeląg. Schowany niepostrzeżenie do kieszeni dżinsów wraz z paroma innymi co cenniejszymi okazami.


Zbyt mocno ściśnięta szklanka pękła, raniąc jej lewą dłoń. Wraz ze strużkami krwi do zlewu spłynęła bezsilna złość i resztki gorącego uczucia sprzed dwóch dni.

Matka też nie komentowała.
Zresztą i tak nigdy nie rozmawiała z nią o uczuciach.
Nie musiała.
Ona - emocjonalny samouk - właśnie przerobiła kolejną lekcję.
Że przychylności nie da się kupić.


I że kocha się tylko to, co oswojone ...



_________________________________________________

'Finka z kominka', wprawka nr 1 - szklanka, telefon, moneta.





sobota, 28 grudnia 2013

20 comments:

  1. Przeczytalam jednym tchem, owladnely mna wspomnienia, a zalosna nutka melancholii za minionym zabrzmiala cicho z oddali. Bo ja takze nalezalam do pokolenia naiwnych nastolatek bawiacych sie lalkami, marzacych o wielkiej milosci i lasej na banalne komplementy :)))
    Calkiem zgrabna kryminalna intryga z tego wyszla :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, dokładnie taka byłam. Naiwna, wiecznie zakochana i niedowartościowana.
      Że też wyrosłam na w miarę zrównoważoną emocjonalnie osobę, to się wciąż nie mogę nadziwić :-D
      Faktycznie intryga kryminalna. Z prawdziwym śledztwem ... telefonicznym :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Druga!
    Fajne!
    Moje gotowe, jutro wrzucam. (Z monetą mamy tak samo :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! To jestem bardzo ciekawa! :)
      Dzięki!

      Usuń
  3. Kurde ale napisałaś no!!! W pewnym momencie to już byłam prawie na granicy myśli o filmie przygodowo-erotycznym rodem z Niemiec, to tak mniej więcej te same roczniki co ten Marcinek no nie? Dobre było, dobre:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemieckich nie oglądałam, ale erotycznie było. Taki erotyzm na poziomie jedenastolatki (ówczesnej nastolatki, trzebaby dodać, czyli naprawdę baaaardzo niewinnie :)))
      Dzięki :)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że wrażenie choć trochę porównywalne do ... szwajcarskiej czekolady :)
      Dzięki!

      Usuń
  5. Puenta mnie zaskoczyła niczym wiadro zimniej wody wylanej na głowę...Na szczęście młodość ma niesamowitą zdolność regeneracji złamanego serca, choć uraz pozostaje na dnie duszy (mam i ja niezbyt dobre wspomnienia w tym względzie).
    Widzę że pomysł chwycił, zabawa dobrze się rozwija, co mnie bardo cieszy. Pozdrawiam najserdeczniej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy młodość. Moje serce zregenerował dość skutecznie Walenty (ale już wtedy byłam dość wiekowa :)))
      Zabawa się rozwinęła bardzo ładnie, co mnie również bardzo cieszy.
      Uściski!

      Usuń
  6. Boleśnie :/ chociaż daleko mi do bohaterki, zawsze byłam obrzydliwie sceptyczna, ironiczna i z góry na nie:) (jak to możliwe, że w ogóle za mąż wyszłam?). Moje zdanie na temat Twoich tekstów znasz, pozostało niezmienione:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem, jak to się stało, że i ja wyszłam wreszcie za mąż, z tymi moimi zawiłościami emocjonalnymi. Życie to jednak potrafi zaskakiwać :)
      Dzięki. Ty moje na temat Twoich też :)

      Usuń
  7. Doświadczenie w sercowych sprawach to podstawa. chociaż myślę, że ta naiwnośc pozostaje w nas zawsze gdy hormony zaczynają dominowac, a zdrowy rozsądek zasypia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba miałam jednak później trochę szczęścia, że jak hormony naprawdę zaczęły działać, to się jakoś ogarnęłam i pozwoliłam sobie na odrobinę rozsądku, bo inaczej to nie wiem, gdzie by mnie te burze emocjonalne zawiały :)

      Usuń
  8. Smutno troszkę... ale jednak życiowo :) dobrze się czytało i mimo iż czytałam o tej wprawce, zupełnie nie wpadłam na to, że to to! :) Niewymuszenie... Podoba mi się :)

    Dziękuję za życzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Piękny komplement!
      Pozdrawiam, serdecznie.

      Usuń
  9. przeczytałem jednym tchem Droga Fidrygauko .. przyznaję się bez bicia :^) .. myślę, że masz dar pióra i myślę, że Twoje nowelki byłyby rozczytywane ... i piszę to zupełnie bezinteresownie i zupełnie nie jak komplement o 'ładnym swetrze' z Twojej historii ;^))

    miałem takie niestety przeczucie kiedy pojawiły się te monety .. ale myślę, że być może dobrze tak się czasem dzieje (przypomina się 'Sliding Doors' z Gwyneth Paltrow) ...
    hihi .. no ja to pamiętam gumy do żucia z Pewexu otwierane z nabożeństwem a potem jeansy, na które pracowałem cały miesiąc myjąc szyby samochodów na stacji benzynowej CPN (ciekawe czy ktoś jeszcze pamięta) nie mając pojęcia wtedy co zacz benzyna z ołowiem i jej zgubne skutki dla zdrowia :^)))
    po miesiącu pracy wystarczyło aby kupić 'bony do Pewexu' na parę jeansów :^))

    .. w wieku 11 to ja jeszcze byłem strasznym dzieciakiem ale w kilka lat potem to przeżywałem 'Cierpienia Młodego Wertera' w wersji małomiasteczkowej kiedy to można spotkać 'przypadkiem' obiekt westchnień krążąc w kółko ulicami miasteczka .. byłem potwornie zakompleksiony i nieśmiały i zupełnie nie mam pojęcia jak to się stało, że wylądowałem sam jak palec o 9 tys km od wszystkiego co mi było znajome :^)
    bardzo ciepło pozdrawiam i życzę wiele dobra w Nowym Roku a dla nas Twoich czytelników .. dużo Twoich szeptów :^))
    wiele dobrych fal zza oceanu ~~~~~~~~~~~~~~~:^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha Piotrze, o komplementy w stylu 'sweterka'. bym Cię nie podejrzewała, choć komplemenciarzem jesteś, to już sam dobrze wiesz :)

      Sliding Doors ... faktycznie, wyszło jej na dobre, choć kubeł zimnej wody na początku na pewno nie był przyjemny. U mnie to jednak była wersja 'light' :)

      Gumy z Pewexu jak najbardziej pamiętam, choć możliwości zarobkowania przez nastoletnich w PRL-u nijak!

      Co do nieśmiałości małomiasteczkowego Wertera, to albo koloryzujesz, albo jesteś klasycznym (choć nieczęstym) przypadkiem przekucia swoich słabych stron na mocne, czego można tylko pozazdrościć.

      Dziękuję serdecznie za komentarz, za życzenia i za bycie przemiłym czytelnikiem :)

      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Fidtygauko, smutno sie zrobilo, jakbym o sobie czytala, tyle, ze adorator rybki z akwarium lowil. Chowali nas wtedy na takie naiwne? Czy to wada wrodzona? A co do miejsc, gdzie sie bywalo lub nie, nie ma czego zazdroscic, cos zawsze jest kosztem czegos:) Wszystkiego dobrego w Nowym Roku i udanych wyborow, czego i sobie zycze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naiwne i pozostawione samym sobie - to dość niebezpieczna kombinacja.
      Czy nas na takie chowali? Nie wiem. W sumie moi rodzice dużo ze mną rozmawiali, ale to były głównie rozmowy z dziedziny 'musisz-nie wolno'. O emocjach się nie rozmawiało i człowiek sobie radził, jak mógł :)
      Na szczęście z tego można wyrosnąć :)
      Dziękuję za życzenia. Domyślam się, że zawsze jest coś za coś, co nie zmienia faktu, że byłaś w pięknych miejscach, do których i ja bym z chęcią pojechała (choć przyznaję, ze Luton raczej nie było na tej liście, hmmm ...)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!