Searching...
środa, 23 kwietnia 2014

Alfabet Makolągwy

Obudziło mnie kląskanie makolągwy.
Bez ociągania wygrzebałam się z kłującego siana, opędzając się od namolnych, niepróżnujących już od świtu much.
Umycie lodowatą studzianką oczu i ust palcem wskazującym musiało starczyć za wakacyjną toaletę poranną.
Drewutnia -
gdy zakradałam się boso z wiklinowym koszykiem do tachania sosnowych szczapek - straszyła wielgachną siekierą wbitą w sfatygowany pniak,
Zacierkowa pyrkała już na piecu węglowym gęstniejąc nieśmiało, a odstawiony na zapiecku talerz z obtłuczonego fajansu kusił spóźnioną pajdziochą, grubo posmarowaną smalcem.
Izby świeciły pustkami, czekając na wieczorne przyjęcie zmachanych monotonnym ruchem kos żniwiarzy.
Łany zboża tańczyły na wietrze, łasząc się i zapraszając, by je przelecieć, by zbrukać ich niewinność szybkim biegiem wśród źdźbeł wyższych o głowę.
Oburzona babka gnała na przełaj w pstrokatej krajce, przeganiając sześcioletniego szkodnika i wzywając niebiosa na pomoc w okiełzaniu niesfornej prawnuczki.
 


Mięsisty wzgórek siana ciśnięty na kościsty wóz drabiniasty dopełniał rozkoszy przejażdżki, a świst bata i posapywanie uchetanych klaczek przytłumiał radosny śmiech ludzi świadomych tego, że ciężko pracowali na popołudniową miskę strawy.
Niecierpki na skraju lasu były tak napęczniałe nasionami, że pękały pod lekkim naciskiem, a asystowanie w ich rozmnażaniu pochłaniało mnie bardziej, niż prababcię polowanie na borowiki.
Iglane feromony świerków konkurowały z wonią kurek we mchu, a cień pobliskiego lasu był cudownym schronieniem w parne, letnie dni.
Efektowne wonie dochodzące z chlewika nie mierziły tak bardzo mojego miejskiego poczucia estetyki, jak oślizgłe świńskie ryje rozdziawiające się na byle śmieć i wielkie pyski krowich matron, z ozorami
jakby idealnie stworzonymi do wylizywania mord małym, niegrzecznym dziewczynkom.
 


Kogut, król podwórka, gonił mnie za każdym razem, gdy próbowałam przebiec boso przez jego terytorium, dziobiąc bezceremonialnie, a boleśnie moje różowe pięty.
Leniwie grzebiące w ziemi kury, dostawały nagle szwungu i grzały co sił w krótkich nóżkach, niemalże unosząc się nad ziemią, na widok ... nagłego ruchu ręką, który poprzedzał lub tylko symulował (Wariatki!) rzucanie przysmaków w postaci potłuczonych skorupek.
Ąąąą ... Czarną Madonną zawodził chwały chórek gospodyń wiejskich, spowity w stylonowe czarne kardigany i kwieciste spódnice, a bielony wiejski kościółek pękał w szwach gromadząc parafian z odległych przysiółków.
Sandały były najlepszym obuwiem kościelnym na umęczone ciocine halluksy, grube rajstopy usłużnie chowały dorzecze żylaków, a kolorowa chustka siwe włosy, które nigdy nie spotkały się z fryzjerem, obrzezywane w zamian tępymi nożyczkami przed obłupanym lusterkiem.
Kocur w letniej kuchni, znudzony modłami państwa, przyczajał się w oczekiwaniu na kiełbasiane skórki, które - podobnie jak ja - przedkładał nad nagrzaną pianę z krowich wymion.
Apokaliptyczny ryk wydostawał się z mojego gardła, gdy spasione kocisko, skakało i wbijało mi w pazury w uda, łase na kawał swojskiej podsuszanej.
Nikt nie wiedział ile lat ma rdzewiejąca za płotem brona i do kogo szczerzy swoje wciąż jeszcze ostre zęby zza wianuszka pokrzyw, ale bałam się jej równie mocno, co kocich pazurów.
Irytujące, zachrypnięte ujadania burka ustawało wraz z końcem grubego łańcucha, który swym maksymalnym naprężeniem przywoływał ochroniarza do porządku.
Ekstatyczny smak oranżadki w proszku, wykradanej z babcinego kredensu, pieniącej się na języku i wykrzywiającej usta kwaskiem cytrynowym był osobliwym, ale jednak ... rarytasem.
 


Malinowy chruśniak nie miał sobie równych w okolicy, wypełniając usta, brzuchy, łubianki, koszyki, weki, słoje i gąsiory opuchniętymi od fruktozy owocami swoich wczesnowiosennych igraszek z pszczołami.
Aromatyczne, choć niewyględne jabłonki nie znosiły (na równi z prababką) moich wspinaczek po ich kruchych gałęziach, zrzucając co i rusz dojrzałe bomby na spróbunek.
Kanapki z pomidorem, zielonym ogórkiem, cebulą, pieprzem, solą i kroplą octu były podstawą mojego żywienia.
Obiad pod kasztanem pachniał świeżo zagniecionymi pierogami z jagodami i schłodzoną w ziemiance maślanką.
Lec bez ogródek na spieczonej skwarem powale podwórka i uciąć sobie zbawienną poobiednią drzemkę było jedynym pożądaniem steranej pracą w polu prababki.
Ą, ę, fą fę było miastowym certoleniem się, na które nikt nie miał tu czasu, latając między cyckami obżartej tymotką krasuli, a młockarnią.
Gdzieś tam na horyzoncie,
depcząc po piętach beztroskim wakacjom, majaczyła szkoła z pierwszym dzwonkiem i wspomnieniem kampanii wrześniowej, przygniatającym swoim ciężarem coroczny powitalny apel.
Wpadłam do sieni, rozgrzana latem, zachłyśnięta wolnością, podekscytowana potajemną wyprawą na nieużywany strych wprost na roztrzęsione szlochem trzy pokolenia kobiet.
'Yesterday', Beatlesów leciało właśnie w radiu, kiedy pradziadek zamknął oczy po raz ostatni, zabierając ze sobą w zaświaty epokę sielankowego wiejskiego życia, nieświadom tego, że na oranej jego własnymi rękami dumie zasieją wkrótce osiedle obronne warszawskiej 'śmietanki'.



video


środa, 23 kwietnia 2014
 


____________
_________________________________________________

'Finka z kominka', wprawka nr 5 - "Obudziło mnie kląskanie makolągwy."

Z inspiracji Czarnego Pieprza.

27 comments:

  1. Swietny akrostych! Sam pomysl genialny! Brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutna zgoda. Świetny pomysł. A krosty-ch? Jakie krosty? Ja tam żadnych krost nie widzę, wpis gładziutki jak buźka niemowlęcia.

      Usuń
    2. Sloneczko Ty moje, Pharlapie, ja jako namietna rozwiazywaczka krzyzowek wszelkich oraz innych form szaradziarskich, mam te nazwy w malym paluszku.
      http://pl.wikipedia.org/wiki/Akrostych
      A-krosty?-ch dostaly sie tam calkiem przypadkowo :)))

      Usuń
    3. @ Anno Mario, dzięki, pomysł zaczerpnęłam od moich dzieci, które co i rusz piszą takie w szkole (no, może nie aż tak podrzędnie złożone :))

      @Pharlapie, jak to niemowlaka, jak to niemowlaka?! Sześciolatki, napisłam przecież :)
      Dzięki :)

      Usuń
  2. Osz Ty Karol, jak to mawiają! Chylę czoła w zachwycie :D
    (Trochę też przed przedmówczynią za to, że pamiętała jak się takaż konstrukcja zowie :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Uważaj, bo niedługo się utrze: Osz Ty Bożena! :)
      A akrostych znam nie skądinąd niż ... od moich dzieci, które co i rusz piszą 'acrostic poems' w szkole.
      To jak? Przeprowadzasz się z powrotem? :)))

      Usuń
    2. Nie mów Hop, bo jeszcze to nastąpi i co? Ekteffel Bożeny, czyli mąż, to by jechał choćby jutro. You never know ;)

      Usuń
    3. No to byśmy się może wreszcie spotkały, skoro na BFG nam się nie udało ;)

      Usuń
  3. boskie, jestem pełna podziwu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Co do boskości to bym jednak polemizowała ;)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Miało być tylko do słów Alfabet Makolągwy, ale tak drastyczne okrojenie teksu mnie przerosło :)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Monia! Czytuję najlepszych! To i na mnie czasami jakiś przebłysk natchnienia spada :)

      Usuń
  6. Bardzo obrazowy, aromatyczny i wspomnieniowy ten alfabet :))) Tylko trochę zwątpiłam z tą kampanią wrześniową...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, trochę mąciło - dodałam wstawkę o szkolnych apelach na cześć :)))
      Dzięki!

      Usuń
  7. Delektuję się, słowo po słowie...
    Będę sobie czytać przed snem z nadzieją, że mnie Hypnos przeniesie w opisaną przez Ciebie krainę.
    Pachnie dzieciństwem i wolnością.
    Cudnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, teraz już wszystko w rękach Hypnosa i Twojej wyobraźni, bo tej krainy już dawno nie ma ...
      Dzięki :)

      Usuń
  8. Musze dopisac, ze fantastycznie wybrnelas z liter z ogonkami! :-) kaczka

    OdpowiedzUsuń
  9. Pomysłowe, wręcz fantastyczne! Ma rację Kaczka, te "ogoniaste" świetnie Ci się udało wpisać w całokształt.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kaczko, Errato, N. i Moe - dzięki :)
    Z ogonkami trochę naciągałam, ale nie miałam wyboru. Był jeszcze w zanadrzu Ącki, ale jakoś mi tu nie pasował :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Och!
    Jak cudnie plastyczne.
    Połechtałaś moją pamięć, Fidrygauko, makolągwową magdalenką:-) Jako dziecko miasta przechowuję skrzętnie wspomnienia wakacji pełnych podbieranych, niczemu się nie dziwiącym kurom, jajek, karmionych mleczem, cieplutkich od słońca króli i miodu wysysanego wprost z plastrów...
    Dziękuję za uśmiech przy niecierpkach i kurach, które dostają szwungu;-)
    Godna podium ta zapaska haftowana wspomnieniami:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Moje wspomnienia o wsi sielskiej anielskiej przyćmiły później trochę refleksje na temat mentalności polskiej wsi, powstałe już w latach dużo późniejszych.
      Ale wiadomo, okiem dziecka wszystko inaczej wygląda.
      Choć kocia trauma ma jedno ze swoich źródełek właśnie tam.
      Na podium mnie zapaska haftowana wspomnieniami nie zaprowadziła, co prawda, ale miło mi się wspomnało, miło pisało i miło ... czytało Wasze komentarze :)

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!