Searching...
sobota, 21 września 2013

wirtualne przyjaznie i jesienne prezenciki

Takich dyskusji przez internet przetoczyły sie już setki.
Internet odczłowiecza, facebook zabija zdolność komunikacji, świat wirtualny stwarza pozory normalności.


A ja chcę trochę na przekór!

Jestem zwierzęciem internetowym.
Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym żyła za czasów takiej, dajmy na to, Jane Austin. Pewnie bym traciła majątek na bruliony i atrament.
Zresztą w czasach przedinternetowych też wiecznie coś pisałam. "Dumy i uprzedzenia" co prawda nie stworzyłam, a jak czytam moje korespondencyjne arcydzieła międzyprzyjaciółkowe (organizujemy sobie od czasu do czasu takie sesje, na których każda czyta swoje listy i słucha odpowiedzi na nie w wydaniu autorki), to duszę się ze śmiechu na przemian z pokrywaniem się rumieńcem wstydu.


Wiem jednak jedno: nadmiar myśli i emocji, niezbyt rozmowny mąż oraz emigracja to mieszanka, która może z człowieka (czyt. kobiety) zrobić klasycznego frustrata (lub furiata, ewentualnie frustratkę lub wariatkę).

Dlatego też gdy jakieś 10 lat temu odkryłam coś takiego, jak forum internetowe, wsiąkłam w nie na całego. Pisałam, dyskutowałam, deliberowałam, moderowałam, radziłam i słuchałam rad.
I może to dziwne, ale nigdy nie miałam potrzeby uczestniczyć w niewirtualnych spotkaniach pozaforumowych. A wręcz obsesyjnie broniłam dostępu do wiedzy tajemnej: Jak wygląda Fidrygauka (czy jakibądź tam nick przybierałam).
Obserwowalam z dystansu jak raz po raz skrzykują się grupki dziewczyn (faceci zadowalali się raczej wirtualnym politykowaniem i jakoś nie bardzo garnęli się do porzucania klawiatury na rzecz lokalnego pubu): mamy z Londynu, profesjonalistki z City, mieszkanki Crawley.
Niektóre z nich 'znałam' z zamieszczonych w profilach zdjęć. Inne były 'tylko' nickami.
I nie przeszkadzało mi to.
O jednych wiedziałam niewiele, o innych zaś mogłabym - na podstawie ich postów - stworzyć całkiem zgrabną biografię. 


Czy jeśli napiszę, że niektóre z nich lubiłam, a inne działały mi na nerwy to będzie nadużyciem? Czy można obdarzać sympatią nick, przezwisko, nazwę, zbiór wypowiedzi?

Otóż moim zdaniem można!
Owszem, jest to specyficzna forma komunikacji. Nie ma w tych wirtualnych relacjach milionów elementów, które budują mocne i trwałe związki na co dzień.

Nie ma dotyku, zapachu, błysku w oku, porozumienia bez słów, bycia w milczeniu. Nie ma wspólnie przeżywanych momentów (Choć czy na pewno? A kto mnie pocieszał, gdy Hiszpanie zatruwali mnie przez płot? :))


Za nickami stoją jednak ludzie. Realne osoby, z których zdecydowana większość (tak mi się naiwnie wydaje) nie zajmuje się trollowaniem czy tworzeniem fałszywych profili.
Konkretne osoby, których poglądy, spojrzenie na życie, pomysły przyciągają nas na tyle, że dołączamy je do grona wirtualnych przyjaciół, z którymi lubimy podyskutować, na którch blogi wracamy z nieukrywaną przyjemnością.
Podobają się nam ich domy, ogrody, dzieci, psy, robione w wolnym czasie kolczyki i poczucie humoru.



Nie, nie jest to przyjaźń według ogólnie przyjętych standardów.
Nie, ci ludzie nie pomogą nam przejść przez najtrudniejsze momenty w życiu.
Nie wyciągną cię za uszy z problemów, nie wejdą oknem, gdy wyrzucisz ich drzwiami (bo przecież nie włączą za ciebie internetu).
Ba, czasami wręcz zamkną blog na cztery spusty i znikną z twojego życia tak nagle jak się pojawili.
Ziemia oczywiście będzie się niezmiennie toczyć swój garb uroczy dalej.

Internet będzie dostarczał nowych bodźców, a co raz bardziej kreatywne blogi będą wyrastać, jak grzyby po deszczu.


Co nie zmienia jednak faktu, że ja się w pewien sposób przywiązuję do tych ludzi, skrytych za nickami, za facebookowymi profilami, blogowymi notatkami i niezmiennie rozczula mnie to, że - porozsiewani gdzieś tam po świecie - rzadziej lub częściej mnie odwiedzają, komentują, rozśmieszają, wzruszają, a nawet  darzą sympatią do tego stopnia, że ... chce im się tak zupełnie bezinteresownie obdarzyć mnie prezentem.
Nie w zamian za komentarze czy 'lajki' na facebooku ;)

Spontanicznie i bezkonkursowo. 


O Reninym opatulaczu już pisałam (niestety wielkimi krokami zbliża się czas jego ponownego wyciągnięcia go z szafy; niestety ze względu na temperaturę oczywiście).
Jakiś czas temu zawędrowała też do mnie od Żony Oburzonej pewna sowa, która się bardzo polubiła z moim futerkowym kubraczkiem.


W wakacje dostałam też niesamowity prezent od Mukli.
Mam wrażenie, że się bezczelnie wprosiłam, chcąc zaadoptować Muklę na moją wirtualną ciocię (pod wpływem tego postu - jeśli powiecie, że nie chcielibyście dostać 
tak ładnie zapakowanego prezentu, to bez ogródek nazwę Was kłamcami :)))
 

Mukla przysłała mi książki z autografem jej ulubionego pisarza, od którego też zaczerpnęła swoj wirtualny pseudonim, oraz parę innych drobiazgów (o niesamowitym spotkaniu przeczytajcie tutaj).
Strasznie mi głupio, że dopiero teraz piszę oficjalne podziękowanie, ale jakoś mi ostatnio nie po drodze na bloga tak często, jak kiedyś.


Mukla nie byłaby Muklą (tą wirtualną, miłośniczką rzeczy uroczych, a nie psotnym stworkiem z książek Nordqvista), gdyby nawet zwykłego pocztowego papieru nie zamieniła w  piękne opakowanie (naprawdę, aż szkoda mi było wyrzucać :)))



A w środku ... autograf autora!

Moje dzieci znalazły już parę mukli na ilustracjach, a że w tym roku zaczynamy naukę czytania po polsku ... będzie jak znalazł!

Bardzo, bardzo dziękuję ;)

*****
A ponieważ lepiej jest dawać, aniżeli brać - mam i ja dla Was kolejny mini- prezencik. Właściwie to (niestety) tylko dla jednego z Was, wybranego tradycyjnie drogą losowania.
Nadchodzą długie, jesienne wieczory - idealne na zaszycie się w jakimś wygodnym fotelu z kubkiem gorącej czekolady i z książką.
Jeśli - tak jak ja - czytacie po kilka książek na raz, mój prezent powinien przypaść Wam do gustu:
zakładki-magnesiki
 Niestety wadą tych zakładek jest to, że są takie niepozorne i tak ładnie przylegają, że ... można oddać je do biblioteki razem z książką (co mi się już zdarzyło dwa razy :))

poza tym drobnym szczegółem są bardzo poręczne w użyciu - nie każda książka ma wszytą tasiemkę :)


Co zrobić, aby stać się szczęśliwym właścicielem magnesików?
Uwaga, uwaga ... NIC!!!
Nie trzeba odpowiadać na żadne pytanie, nie trzeba polubić mojej strony na facebooku ani dodać mnie do obserwowanych. Wystarczy tylko dać mi znać w komentarzu :)
Nie musicie być wiernymi czytelnikami bloga. Przypadkowych przechodniów powitam z radością.
Na dodatek w losowaniu mogą wziąć udział wszyscy czytelnicy - nie tylko ci, mający adres wysyłkowy w Polsce!

Losowanie odbędzie się w sobotę 5-go października.

Zapraszam do zabawy! 

*****

A jeśli już mowa o wirtualnych przyjaźniach, to zobaczcie, co znalazłam: 

Spotkanie blogerów w Londynie!

Z jednej strony kusi mnie, żeby poznać zagraniczne (wschodzące?) gwiazdy polskiej blogosfery i poznać fajnych ludzi.
Z drugiej strony pewnie byłabym tam najstarszą uczestniczką.
No i nie wiem, jak bym miała spojrzeć w oczy Maćkowi Budzichowi, po tym, jak go tak niecnie obsmarowałam na swoim blogu :))))

Co myślicie?


sobota, 21 września 2013

83 comments:

  1. Hm. też tak mam. Jak zakładałam bloga sto lat temu, to pisałam dla siebie. Nie do szuflady, bo mamy erę internetów, ale dla siebie. I teraz, jak się składa, że ktoś czytuje, to jednak się tworzy dziwna więź. Ulotna wielce, ale jednak.
    Jak ktoś znika, to się robi jeszcze dziwniej, bo przecież czemu ma brakować kogoś, kogo się w sumie nie zna tak naprawdę? Dziwy nad dziwami.

    A żebyś mnie widziała na blog forum, jak się skradam. Chcę tam być i nie chcę co roku ;))) Ambiwalencja full service ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to, to. Ulotna więź, ale jednak. Bardzo trafna definicja :)
      Na Blog Forum chciałam Cię zobaczyć, ale jakoś mi się nie udało. Na youtube nie ma wszystkich filmików, czy spóźniłaś się na prezentację? ;-P

      Usuń
    2. Wiesz co,żeby się dobrze na jutubue pokazać, to trza być a) Piecykiem, b) Koleżanką Piecyka Rozwiedzioną z Nikonem c) vlogerem. Można też byc Panią Z Frondy, bo nawet, jak jej nie filmują, to i tak jakoś się wcisnie, prezentując talenty oratorskie klasy "radio toruńskie". A jak się jest Veni, to się siedzi w sieni. Dlatego mię ni ma :P

      Usuń
    3. Pan z Frondy nie znam, ale wydawało mi się, że był taki klip z prezentacją indywidualnych blogów (gdzie co prawda co chwila kogoś nie było i wywoływali z listy rezerwowej) - myślałam, że tam będziesz.
      Ja bym jednak się nie odważyła i też bym się przemykała pod ścianami, albo udawała, że ja tam tylko sprzątam :)))

      Usuń
    4. A ja się ostentacyjnie wypięłam na prezentowanie bloga :D Tam się trzeba było specjalnie zapisać, ułożyć mowę i w ogóle. To się nie zapisałam ;)) (p.s. ale jak się dobrze poszuka, to stety-niestety da się mój łeb znaleźć i to całkiem wyraźny. Sprawdziłam wczoraj specjalnie wcześniejszą edycję).
      A ogólnie to jak już się w ogóle tam zaplączę, to tak właśnie przemykam krokiem Don Pedra i udaję, że mnie tam nie ma.

      Usuń
    5. Ja bym się chyba też nie przełamała, szczególnie wśród tych wszystkich szafiarek i kulinarek. Wyszłabym i wymamrotała, że niby co? Że takiego blogaska mam, gdzie streszczam artykuły z Metra (O właśnie! Dawno nie było prasówki :))).
      Albo gdzie dla odmiany piszę o wiktoriańskich fotografiach pośmiertnych?
      A może powinnam przedstawić jako 'my best selling point' Ilustrowany Słownik Blogera, powstały (sic!) w oparciu o poprzednie edycje Blog Forum Gdańsk?
      Też bym się przemykała.

      Usuń
  2. Słowa, to, co się mówi i pisze odkrywa człowieka. I wie się, czy się go "czuje", czy nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu, generalnie tak, ale są jednak mistrzowie kamuflażu. Mam nadzieję, że rzadko spotykani. No i jak to już parę osób napisało trzeba później weryfikować w realu, aby mieć pełen obraz.

      Usuń
  3. Moim zdaniem da sie poznac czlowieka przez kontakty wirtualne, czyli ze slowa pisanego. Tak sie zlozylo, ze mialam okazje poznac "na zywo" juz ladnych kilka osob z blogowiska i nigdy nie bylam zawiedziona. Jakos zawsze wyobrazenie o danej osobie pokrywalo sie ze "stanem rzeczywistym".
    A magnetyczne zakladki wrecz uwielbiam i mam zawsze kilka "luznych" w portfelu na wypadek jak by cos nowego do czytania wpadlo w rece:)))
    Na spotkanie oczywiscie jedz, bez dwoch zdan, starsza, czy najstarsza, najmlodsza, a jakie to ma znaczenie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Star, zależy ile kto pisze :)))
      Ale w dużej mierze na pewno można kogoś poznać. Chociażby poglądy, a to często jest dobry punkt wyjścia :)

      Zakładeczki magnetyczne są super fajne :)

      Co do spotkania, to sama nie wiem. Może nie do końca chodzi o to, że bedę najstarsza, ale jak doczytałam na ich stronie:
      "Podczas spotkania my, blogerzy i vlogerzy wymieniamy się swoimi doświadczeniami, rozwiązujemy razem problemy związane z funkcjonowanie bloga, vloga, współpracy z innymi podmiotami, wspólnych akcji itp." - więc sama nie wiem. Ja do jakiejś współpracy międzyblogowej się chyba nie nadaję :)
      Ale jeszcze pomyślę ...

      Usuń
    2. Dla mnie to jest mega problem. Bo trzeba koniecznie się profesjonalizowac, czytać książki o prowadzeniu blogów, zarabiac na blogu, robić kampanie na blogu, zostać twarzą orange i straszyć potem niewiernych w markecie z plakatu, trza być twarzą, nazwiskiem, marką, brandem, opiniotwórcą i cewebrytą. Pisać, by pisać nie wolno, bo się spada w dół pogardy i potępienia. Brrr.

      Usuń
    3. Veni, nie wiem dlaczego ten komentarz uciekł mi do spamu! Czyżby był niepoprawny? :0)
      Dobrze, że udało mi się go - przez absolutny przypadek - wydobyć!
      A wiesz, mi się co raz bardziej wydaje, że ten podział na blogi profesjonalne (= w większości zarabiające) i te hobbistyczne staje się co raz bardziej wyraźny. Nie ma w tym nic dziwnego, a i co raz mniej mnie to denerwuje.
      Faktem jednak jest, że wszystkie te konkursy na Blog Roku czy Blog Fora Gdańsk przestają powoli mieć sens, jeśli chodzi o blogerów 'hobbystycznych'. Myślę, że zawsze będą się tam czuli jak 'ubodzy krewni' i jak nie z tej bajki.
      Także jedynym rozwiązaniem jest chyba pisać, ale unikać takich imprez i dać sobie w ogóle spokój z analizowaniem tego (aczkolwiek nie wiem, czy się pohamuję :)))

      Usuń
  4. Podpisuję się pod tym co napisałaś - pod wszelkiemi :-) rozważaniami, stwierdzeniami i wątpliwościami - wszystkimi racicami :-). Wiem, nudna jestem, nie polemizuję, ale co zrobię, gdy tak się jakoś Twoje spostrzeżenia i refleksje intensywnie pokrywają z moimi? :-).
    Człowieka można poznać, polubić, znielubić a nawet pokochać (ta....) przez internet i intuicja "kto zacz" chyba tak często nie zawodzi (przy odrobinie zdrowego rozsądku) :-). Chociaż z drugiej strony na pewno poznanie wirtualne ograbia z szeregu informacji o drugiej osobie, bo nawet jeśli ona na nikogo się nie kreuje i jest w sieci sobą, to my tworzymy sobie wciąż tylko wyobrażenie o niej i się można potem często zdziwić :-). Mój mąż na przykład zaskoczył mnie wielokrotnie - pozytywnie i negatywnie i ja jego na pewno też. Poza tym nie poznajemy człowieka w konkretnych sytuacjach i też się można potem "w realu" zdziwić na korzyść lub wręcz przeciwnie :-).
    Z tym wyobrażaniem sobie jeszcze ... ja na przykład nie udaję nikogo kim nie jestem (mimo, że nie podaję imienia, nazwiska, PESEL i NIP ;-)), a jednak często słyszałam na blogu opinię jakobym była niemalże aniołem (cierpliwości, pokory, opanowania itepe), a mój mąż kolejnym do pary, czemu staram się zadawać kłam w komentarzach i mailach głównie (bo tędy otrzymuję takie sygnały), ale teksty? Piszę jakieś, o czymś, niekoniecznie na bieżąco o tym, że miałam dzisiaj akurat napad furii z histerią lub, że mąż zachował się wyjątkowo paskudnie, bo i nie ten typ bloga, no i jakoś ekshibicjonizm, jakim podobno jest pisanie bloga, do pewnego stopnia jednak mam na wodzy ;-).

    Na spotkanie pójść czy nie pójść? Sama mam do tego ambiwalentny stosunek... Jedno spotkanie z osobą poznaną w sieci mam już za sobą - pierwsze i od razu takie spektakularne z wycieczką do Syrii i Jordanii na 8 lat.... A spotkania np. z czytelniczkami bloga? Z niektórymi tak, naprawdę chętnie, ale indywidualnie. Czy w jakichś zorganizowanych grupach, zjazdach, dniach specjalnych? Nie wiem, nie jestem pewna, ale chyba nie i nie chodzi o wiek, sama nie wiem o co dokładnie chodzi, może cierpię na demofobię ;-). Z drugiej strony, gdyby dawali dobrą kawę ... :-)

    A magnesy są świetne, ale nie ustawiam się, bo gdybym nawet pierwszy raz w życiu coś wygrała :-), to do nas nie dochodzi nic poniżej DHL i EMS (list od Babci krąży gdzieś od 8 lat po świecie ...).

    Czy podtrzymałam tradycję, niepisane prawo bloga? Chyba tak :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamo Ammara, wyrobiłaś normę! :)
      Co do pokochania kogoś przez internet - jeszcze parę lat temu bym temu zaprzeczyła, ale teraz postrzegam to inaczej. Wszystko może zacząć się od rozmowy i od poznawania drugiego człowieka. Oczywiście jest pewne ryzyko, że ten ktoś udaje, ale czy w życiu ludzie nie udają?

      Na pewno blog jest pewną kreakcją, chociażby przez to, że o wielu rzeczach nie piszemy, bo trzymamy ekshibicjonizm na wodzy. Ja też nie piszę, jak drę mordę na dzieci, tylko jak mam pokazać córce, że ją kocham - i już się tworzy sielankowy obrazek :))))
      Ale też nie sądzę, żeby moje 'darcie ryja' było komukolwiek potrzebne.

      Co do spotkania, to też mam stosunek ambiwalentny, bo mam wrażenie, że to jednak będzie spotkanie tzw. 'blogosfery profesjonalnej' (napisałam więcej w komentarzu pod posteem 'Piąta władza') niż zwykłe ploteczki londyńczyków :)

      A co do magnesów, to w razieczego mogę wysłać na polski adres? (ale rozumiem, że może nie chcesz podawać). Może się kiedyś spotkamy w polskich górach, to Ci przekażę (ten prezencik, albo inny; się zobaczy :)))

      Usuń
    2. No więc okazuje się, że można się zakochać via internet na zabój :-), a ludzie niestety udają w obu światach. Na szczęście nieliczni napotkani :-).

      Ekshibicjonizm na wodzy - tak, jestem jego wielką zwolenniczką (o, mój blog biłby chyba rekordy popularności, gdybym pisała o wszystkim co przeżyłam/wam i obserwuję - tylko po co mi to?), ale fajnie zobaczyć w autorze człowieka o różnych emocjach (jak Ty na ten przykład :-)). Wpadłam razy kilka na blogi, gdzie ktoś okrutnie przesłodził wizerunek swój i swej familii. I tak szybko jak wpadłam - uciekłam. Chyba każda przesada jest męcząca.

      Są takie osoby, którym podałabym swój adres bez wahania i Ty do nich należysz :-). Ale może rzeczywiście te polskie góry kiedyś? Może być bez prezencików :-). B-B? Dobrze pamiętam czy coś pokręciłam?

      Usuń
    3. Gdzieś tam w zamierzchłych czasach przewijał mi się w zakładkach blog osoby, która śmiało zasługiwała na miano GigaEkshibicjonistki (Anulina, Ona bloxuje, czy jakoś tak). Pisała o wszystkim: o seksie z mężem, o problemach w pracy, o dzieciach. Nie była to moja bajka, ale jako że ten blog gościł wiecznie w top rankingach, to czasami coś tam przeczytałam.
      Po latach pomyślałam sobie: ciekawe, co u Anuliny, czy nadal bloguje.
      I to co tam znalazłam mnie zszokowało - rozwiedziona z mężem, wiecznie z nim walcząca o dzieci, robiąca jakieś głupie akcje typu zamykanie się w domu, niedopuszczenie do spotkań, walka o pieniądze - jakiś hardcore!!!
      I myślę, że trochę ten jej ekshibicjonizm sie do tego przyczynił. Bo dużo ludzi czytało, bo komentowali, nakręcali, radzili, wsadzali swoje trzy grosze itp. A jak już się pewną granicę przekroczy, to potem już łatwiej pójść na całość.

      Swoją drogą, to piszesz gdzieś o tym, jak poznałaś swojego męża (bo nie natknęłam się na razie - jakby co, to poproszę o sznureczek).

      No i dzięki za zaufanie w sprawie adresu.
      Jeśli B-B to Bielsko-Biała, to tylko urlopowo. Jam Warszawianka z krwi i kości. Ale nie Warsiawski Cwaniak i nie Słoik :))) (aczkolwiek do 'Słoików' nic nie mający, choć nienawidzę tej nazwy).

      Buziaki

      Usuń
    4. Dobry i smutny przykład na to, że warto nie przekraczać granicy.

      Pisałam :-). Myślę nieskromnie, że byłam pionierką związków przez internet i to od razu tak spektakularnie ;-). Sznureczek do akurat wyjątkowo ekshibicjonistycznego tekstu, ale wciąż na wodzy ;-): http://jordaniaokiempolki.blogspot.com/search?q=mama+ammara+ma+wolne :-)

      No ba :-). Tak, nie mam wątpliwości, że urlopowo :-). Pytałam tylko czy dobrze pamiętam jakieś powiązania z Bielsko-Białą (tak to się odmienia?!), bo może np. raczej Zakopane? Ale znaczy dobrze pamiętam? Żeś Warszawianką - wiem i pamiętam :-), o "Słoikach" nic mi nie wiadomo (?!) :-). Buziaki :-)

      Usuń
    5. Mamo Ammara - dzięki za link. Przeczytałam i ... mimo wszystko podziwiam za odwagę :)))
      Choć tak jak piszesz, pewnie wcale nie myślałaś o tym w takich kategoriach. Pewnych rzeczy nie da się zatrzymać. Najfajniejszy jest koniec tej historii, który jest oczywiście początkiem nowej historii, która wciąż się pisze :)
      O słoikach pisałam w komentarzu pod tym zdjęciem (tam też link do oryginalnego artykułu w gazecie)
      https://www.facebook.com/photo.php?fbid=583359008364716&set=pb.231845996849354.-2207520000.1380388005.&type=3&theater
      Ps. nota bene okazało się, że twórcy tego projeku kupowali lajki na facebooku i konkurs anulowano. Wiec dobre i to!

      Usuń
    6. Fidrygauko :-) dzięki, że chciało Ci się przeczytać i tak ładnie podsumować :-).

      I ja dziękuję za linka :-). Zajrzałam do słoików - nie mam konta na FB, ale udało mi się podejrzeć :-). Teraz już wiem o co chodzi :-). Sam projekt estetycznie nie jest zły, natomiast jako wizytówka miasta? Yyyy no nieporozumienie zdecydowanie. Nie rozumiem dlaczego o Warszawiakach krążą jakieś niechlubne opinie? Mieszkałam i pracowałam w Warszawie i najbardziej małoprzyjaźni na mojej drodze byli akurat imigranci - z Poznania, ze Śląska, z Krakowa ;-). Warszawiaków z krwi i kości wspominam bardzo pozytywnie, do imigrantów też nie udało mi się zresztą uprzedzić (bo znam cudownych Ślązaków, Krakowiaków i Poznaniaków, a tu akurat kiepsko trafiłam i też nie tak, że wszyscy przyjezdni byli źli), bo jak świat światem - generalizacja jest be i fe.

      Usuń
    7. Mnie - rodowitą warszawiankę, zakochaną w Krakowie - też zawsze wkurzały te 'rasistowskie' komentarze, szczególnie z ust Krakusów.
      Nie wiem, skąd się biorą takie opinie o warszawiakach, ale coś musi być chyba na rzeczy (mam pomysł na pewien wpis, więc nie będę na razie pisać co ;-P )
      A słoiki - masz rację - jako projekt nie są złe. Jako symblol, moim zdaniem, beznadziejne.
      A na facebookowe linki można wchodzić nie mając konta (a wiem, że wielu czytelników tego bloga nie ma tam konta i nawet moje próby perswazji, że nie taki straszny diabeł spełzły na niczym :)))

      Usuń
    8. No to się rozumiemy :-).
      Z FB chyba jest tak, że można wchodzić na linki personalne bez logowania, ale nie da się podejrzeć bez logowania fejsbukowych stron (próbowałam - no nie da się) i jeśli ktoś nie przeszedł zapory na FB-stronę mógł się dożywotnio zrazić i żadne próby perswazji nie pomogą, ale ja spróbowałam i się cieszę :-)

      Usuń
  5. Blog jest bardzo subiektywnym tworem, przefiltrowanym najpierw przez sito narządów zmysłu autora, a potem dodatkowo po raz drugi przez jego mózg. To, co jest efektem, niekoniecznie pokrywa się z tym, jak ta rzeczywistość postrzegają inni. Tak to tylko funkcjonują stenotypy. Ale tak przecież jest w życiu, tak pięknie się wszyscy różnimy :)

    Jeśli pozwolisz, to ustawię się w kolejce po zakładki, uwielbiam książki podróżnicze i podróże, chociaż ten etap w moim życiu jest zamknięty...zakładki w 50% będą mi przypominały miejsca, które odwiedziłam, a w 50% dadzą nadzieję, że być może, kiedyś...

    :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monia, tych filtrów jest pewnie jeszcze więcej. Trochę kreacji, trochę interpretacji, wszystko po trochu i efekt końcowy wychodzi często zupełnie niespodziewany.

      W kolejeczce jak najbardziej :)
      50% to bardzo dużo, więc kto wie, kto wie, może za jakiś czas zalożysz jakiegoś bloga podróżniczego? ;)

      Usuń
  6. Ja parę znajomości wirtualnych przeniosłam do realu. Na jednej się rozczarowałam totalnie, nie tylko ja, wszyscy, którzy poznali dana osobę. Nie wszyscy są tacy jacy się przedstawiają, opisują, czasami ja realne z ja wirtualnym różni się bardzo. Dałam się nabrać, zaprosiłam do siebie na jeden dzień, i miałam trudności z wyproszeniem z domu po 5 dniach.Trafiłam na człowieka, których się widuje w okolicach dworców, większych sklepów, a tak pięknie pisał..Pisałam o tym u siebie. Ach, było minęło, ale ten incydent uczynił mnie ostrożniejszą,ale nadal lubię czasami przenosić romowy wirtualne w real. Idz na spotkanie, potraktuj to jako przygodę i doświadczenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam takich doświadczeń, bo właściwie z nikim z wirtualnego świata się nie spotkałam, nie licząc jednej znajomej z forum i rozmów telefonicznych z jedną z czytelniczek tego bloga :)
      Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy bym się odważyła posunąć wirtualną przyjaźń na tak zaawansowany poziom, żebym zaprosiła kogoś poznanego online do domu (choć nigdy nie mów nigdy).
      Proszę, daj linka do wpisu, gdzie o tym pisałaś.

      Usuń
    2. Ten człowiek pisał bloga, pięknie pisał, wciągająco, ludzie wpadali do jego świata wirtualnego codziennie, komentowali, pozniej znajomość przeniesli w real. Naprawdę fantastyczni ludzie, chociaż nieidealni:) Autor posiadający pewną charyzmę, osobowość. Niedoszły pisarz, zaprosilam do siebie, bo szedł na piechotę do Santiago de Compostela, tak zwane "camino". Szedł przez BCN i wiedząc,wierzac ze pielgrzymom trzeba pomagac zgodzilam sie na przenocowanie. Nie uwierzyłabym wcześniej, nie poznając tej osoby, ze może być inaczej. Poczułam się oszukana, zmanipulowana tak naprawdę na własne życzenie i z własnej głupoty, i wiary w drugą osobę...Przypisywałam mu cechy, których nie ma, brałam go też przez pryzmat swoich wad i cech.Po czasie okazało się, ze nie tylko mnie tak oszukał ale i wielu ludzi dobrej woli,ktorzy sami nie wiele mając ofiarowali mu pomoc finansowa, kąt do mieszkania, pomoc w szukaniu pracy etc.A on, no cóż zył na czyjś koszt, miał postawę roszczeniową, zawładnięty przez różne nałogi, nie pozwalające normalnie funkcjonować.. Jego blog, strona, domena była opłacana przez czytelników.
      Do tej pory Ci, co go nie poznali, twierdzą, że jest niezwykłą osobą, że kłamię, że na pewno on jest taki jak na kartkach swego bloga.


      Usuń
    3. Lui .. przepraszam, że włączę się do rozmowy nie zaproszony :^) .. przykro mi się jakoś zrobiło, że miałas mało pozytywne doświadczenie z pielgrzymem na El Camino ..z mojego doświadczenia to zdecydowanie mniejszość, którą się spotyka na El Camino .. to prawda, że dużo pielgrzymujących (i ja także :^) ) .idzie na El Camino aby 'spojrzeć na siebie z innej perspektywy' i często są to ludzie po jakiś tam 'przejściach' lub w trakcie takowych ... ale większość pielgrzymów zatrzymuje się gdzieś na jeden dzionek a potem wurysza dalej . .coś ich gna dalej .. oczywiście każdy jest inny ale to ten pielgrzym, którego spotkałaś nie pasuje mi za bardzo do ducha 'El Camino' .. inna sprawa, że BCN raczej leży na uboczu głównych odnóg Drogi :^) .. słoneczne pozdrowienia

      Usuń
    4. :) Tak, to był właśnie ten niechlubny wyjątek. To było jego już chyba trzecie el camino.Pięknie opisywał na swoim blogu, który prawie cały byl poświęcony el camino I Hiszpanii. Szedł na piechotę z Polski. Długa droga. Widuję czasami pielgrzymów, prawdziwych pielgrzymów,którzy idą tak jak Ty bo potrzebują a nie robią z tego sposobu na swoje życie. Nie musi Ci być przykro, tak musiało być, nadal wierzę, że warto z ludzmi, poznanych wirtualnie, i owszem gdy intunicyjnie nie zapala się czerwona lampka kiedy nadarzy się okazja spotkać się realnie. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    5. Myślę, że to najlepsze, co mogłaś zrobić - poczytać to sobie jako lekcję na całe życie :)
      A faktem jest, że niektórzy tak potrafią manipulować, że trudno im odmówić (myślę, że to jest na poziomie metafizycznym :)))

      Usuń
  7. ół Lord, jeśli nawet wschodzące gwiazdy blogosfery siedzą w Londynie to nie ma już dla nas nadziei, ah.
    Monia, zróbmy deal i się podzielmy tymi magnetami, jakby co ;)
    Chociaż najchętniej to bym tego Findusa adoptowała ;)
    Ja tam żałuję, że dałam namiary na bloga ludziom żywym i osobiście mi znanym bo teraz nie mogę ich obsmarowywać, a to by były perły socjoobserwacji,eh.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oki, jak los się do mnie uśmiechnie- dzielę się z potrzebującymi :)

      Mnie blokuje to, że teść czyta.;) Skrajnie deprymujące. A tyle ciekawych rzeczy mogłabym napisać! :P

      Usuń
    2. IK, to mój trzeci blog i chyba dlatego nabrałam przekonania, że trzymanie go w tajemnicy przed znajomymi jest błogosławieństwem - daje więcej wolności i ... więcej tematów do opisania. I to też mnie jednak powstrzymuje przed pójściem na to spotkanie wschodzących (lub kto wie, może już i błyszczących) gwiazd londyńskiej blogosfery.
      Poza tym ja nie z Londynu :)
      Findus jest piękny. Jeden z niewielu kotów, które lubię :)

      Usuń
  8. Ja oczywiście uwielbiam wygrywać, więc z niecierpliwością czekam na losowanie! Jedz na spotkanie, lepiej grzeszyć i potem żałować... No i koniecznie nam to potem opisz. Co do relacji w blogosferze całkowicie się z Tobą zgadzam. Kiedy przygotowuję jakiś szczególnie fajny wpis, to się zastanawiam, jak go odbiorą poszczególni czytelnicy, bo każdy nick to określone spojrzenie na świat. A jak np. taka Fidrygauka przestaje komentować, to pozostawia dziurę nie do zapełnienia... :) Tak, jak piszesz, osoby skrywające się za nickami to nie przyjaciele, ale jednak jest to jakaś grupa, do której człowiek należy, jakiś punkt odniesienia, element tożsamości, czy coś w ten deseń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żono, wyniki sondy (pomijając liczebność, czyli dość małą próbę reprezentacyjną :)))) są dla mnie zaskakujące. Większość osób jest na 'tak'.
      A ja się waham. W sumie, to najbardziej się skłaniam ku temu, co napisała Kalina - czy sam fakt, że ktoś pisze blog musi być integrujący?
      Masz rację - nie dowiem się, jak nie pójdę. A na razie to jednak stoi pod znakiem zapytania :)
      I też się często zastanawiam, co pomyślą moi stali czytelnicy. Wewnętrzny cenzor ma się dobrze (nie, żeby znowu jakieśtam kontrowersyjności czy tezy rewolucyjne pisała, ale jednak).

      Co do komentarzy, to faktycznie ostatnio się zaniedbuję straszliwie (tak jak zresztą z wpisami, ale cóż począć ... busy life :)))

      Usuń
  9. Macham z mazowieckiej wsi obłożona lekturami w 5 wydaniach! A każde założone czym innym: od paragonu z mięsnego, przez wizytówkę dekarza po papier toaletowy. Nawet nie wiem czy potrafię profesjonalną zakładkę obsłużyć, ale spróbuję chętnie :)

    A mnie blogerzy już nie raz wyciągali z opresji. Głównie moralno-myślowych, czyli tych najważniejszych. Ty też. W tym roku uratowałaś mi wakacje. :* Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bebe, oj tam, że od razu uratowałam :)
      Ale fakt, że jak człowiek z siebie wyrzuci parę rzeczy, przeniesie na ekran i spojrzy na nie z innej perspektywy, to jakoś mu lżej bywa na duszy.

      Z tego co piszesz, zakładeczki by Ci się przydały, jak nic!
      Wierzę, że w razie wylosowania jakoś tę trudną sztukę mocowania zakładek opanujesz ;)

      Usuń
  10. No i jeszcze pozdrowienia dla sowy, widzę, że jej pobyt na Wyspach dobrze robi. Lodówkówy Szekspir też ma się dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo ciekawie napisane (przeczytałam też ten o filmie Blogersi, którego nota bene nie widziałam i nic o nim nie słyszałam), bo ja nie zdawałam sobie sprawy, że za blogowaniem stoi taka silna ideologia. Że ktoś to analizuje, organizuje, kategoryzuje i wysuwa wnioski. Nie zdawałam sobie też sprawy (ja naiwna), że mogą być nieszczerzy blogerzy, pozujący na kogoś, czy też nawet na coś. No i who the f...is Tomek? Taka nieświadoma jestem i pykam sobie ten mój blog od tak...Pewnie, że jest mi miło, że ktoś mnie czyta, ale to takie wyróżnienie dla mnie a nie zamysł...no jakaś nie z tej planety chyba jestem. Zastanowię się nad sobą, a tobie bardzo dziękuję za super wpis...no i za magnesiki z góry dziękuję :-)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, no jak to kto analizuje i kategoryzuje? No ja przecież! :)))
      Przecież jestem Samozwańczym Badaczem Blogosfery, hi, hi.

      Tomek to guru blogosfery ... zarobkowej. Jeśli nie chcesz zarabiać na blogu, to właściwie możesz w ogóle o nim zapomnieć. Co prawda niechęć zarabiania na tym, czemu i tak poświęcasz sporo czasu czyni z Ciebie Prawdziwego Cieniasa, ale cóż, musisz się nauczyć z tym żyć :)))

      Usuń
    2. To ja jestem już Cieniasem Cieniasów bo wszystko robię za darmo z przymusu (gotowanie, pranie, sprzątanie) albo za darmo z przyjemności (jeżdżę na rowerze, na nartach i....piszę bloga). A niech będzie...Pozdrowiam. Cieniaska :-)!

      Usuń
    3. O nie! Pranie, gotowanie i sprzątanie to nie za darmo, ale ... za dozgonną wdzięczność :)
      A wiesz, ten Tomek czasami (w niektórych wywiadach na ostatnim Blog Forum Gdańsk 2013) to jakiś taki normalniejszy się wydawał.
      Kto wie, może potajemnie przeczytał mój wpis o piątej władzy? ;-P
      Ups. sorry, zapomniałam, że Kominek nie lubi emotikonów, szczególnie tego ;-P
      Ale co tam! W końcu jestem u siebie!
      :)))))
      ;-D
      ;-*
      :^)

      Usuń
  12. o matko i córko
    czyli nie tylko ja czytam po 4-5 książek na raz i wszędzie je rozsiewam i wciąż tylko szukam zakłądek!? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu (a tak swoją drogą, jak Twój nick brzmi w wołaczu? ;-P), witaj w klubie czytających po kilka książek na raz. Te zakładki też się niestety 'rozsiewają' (przez mimikrę - mimo żywych kolorów) - jest to taki, nazwijmy to, prezent przejściowy. Zmienia właścicieli :)

      Usuń
  13. Fidrygauko, dziękuję za miłe słowa - aż ciepło na sercu się zrobiło. Trochę mi jednak też głupio, bo te peany takie publiczne, że ojej...
    I ile razy mam Ci kobieto powtarzać, że nic na mnie nie wymusiłaś!?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muklo, jesteś moją ulubioną ciocią! ;-D
      Niby nie wymuszałam, ale wiesz jak jest ...
      Natomiast co do chwalenia, to moja znajoma mówiła: Nie krytykuj się sam - inni zawsze zdążą to zrobić. Więc jak już inni nie tylko nie krytykują, ale chwalą, to jest jakby wyższy poziom :))))
      W każdym razie: jeszcze raz dziękuję za niespodziankę, która sprawiła nam wiele radości.

      Usuń
  14. Blogerem nie jestem, blogera czy blogerki w zyciu nie spotkalem. No wlasnie, czy nie spotkalem??? Czemu wiele osob oburza sie i nie wierzy, ze i w swiecie wirtualnym wiezi moga sie zaciesnic? Przeciez dla wielu rzeczywistosc wirtualna jest dzis czescia codziennosci...Mysle, ze za kazdym razem gdy czytam blog,, spotykam jego Autora/ke. Moze nieco inaczej niz w swiecie realnym, ale spotykam!
    Oczywiscie ze jesli ktos kogo lubilo sie czytac przestaje pisac, ziemia nadal bedzie toczyc swoj garb uroczy.
    Ostatnio, kiedy nie po drodze Ci bylo z blogiem, byl jeszcze FB:) Chwala mu za to!:) Ale nie wszyscy sa fejsbukowiczami, i wtedy taki "ktoś tam cicho czeka, by ktoś powrócił"....Znam takich Fidrygauko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się wydaje, że jest to co raz bardziej 'aprobowana' i 'normalna' forma zawiernia i kontynuowania znajomości. A przynajmniej jakiś początek. Na pewno jest tu pewna doza autokreacji, bo jednak przesiewasz przez filtr prywatności/stylu/konwencji to co masz do powiedzenia. Słowo pisane ma inną moc, bo jest bardziej przemyślane, wyważone.
      Ja często się zastanawiam, na ile można poznać pisarza (nie blogera) przez to, co pisze. Przyznasz, że tu już ta granica między wyobraźnią, kreacją a osobowością autora (no ale to już temat na inny poemat :)))

      Jedną z moich pierwszych najwierniejszych czytelniczek i komentatorem była osoba o nicku Semiranna, która później zniknęła z Bloxa, zamknęła swoje go bloga, ale raz, po ponad roku napisała komentarz (przy okazji konkursu na Blog Roku) i sprawiło mi to niesamowitą przyjemność, choć nie odezwała się już później.
      A fejsbuk wcale nie jest moim zdaniem taki znowu zły - jeśli się go sensownie używa.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  15. Muszę się podpisać pod tym co napisałaś. Miałam ostatnio problemy, z blogowym wypowiadaniem się i w ogóle jakoś wyparłam tę sferę ze świadomości. A teraz, od dwóch dni, zdaję sobie sprawę czego mi tak bardzo brakowało przez ostatnie tygodnie. Nie pisania, bo mogłabym sobie napisać cokolwiek, ale właśnie kontaktu z Czytelnikami i innymi Blogopisarzami, którzy w końcu do tej pory byli częścią prawie codzienności. Odżyłam. Co to może być, jak nie tęsknota? :)
    Z drugiej strony, przez długie lata bardzo broniłam swojej anonimowości na blogu, traktując ją jako gwarancję szczerości i wolności wypowiedzi. Potem dałam za wygraną, teraz spotykam się z każdym, kto tylko wzbudzi moje zaufanie lub sympatię (o co nie trudno ;) I nie żałuję. A że ci ludzie przychodzą i odchodzą? Czy to nie tak jak Ci "realni"? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czaro, myślę, że kontakt z Czytelnikami w jakiś sposób wciąga, motywuje i staje się częścią życia. I nie chodzi tu o jakieś górnolotne stwierdzenia. Jednak nawet z dyskusji pod tym wpisem wynika, że inni, znani tylko z internetu ludzie, mogą mieć na nas wpływ (pozytywny i negatywny - zmuszający do refleksji).
      Ja wielokrotnie o tym pisałam, że pod wpływem różnych dyskusji pod wpisem zdarzyło mi się zmienić zdanie, lub coś ponownie przemyśleć. A ile wpisów zostało zainspirowanych właśnie komentarzami!
      Dla mnie to jedna z cenniejszych rzeczy - ludzie, którzy czytają i którym chce się komentować (a komentowanie, to wbrew pozorom dość czasochłonna czynność - uff, po trzech dniach od wpisu może wreszcie uda mi się odpowiedzieć wreszcie na wszystkie komentarze :))))

      Co do przekroczenia tajemnej granicy anonimowości, to ja jeszcze do tego chyba nie dojrzałam, ale może i w tej kwestii zmienię zdanie :)

      Jeśli zaś chodzi o szczerość, to przyznam, że ja wiele rzeczy zachowuję tylko dla siebie. Nie 'obgaduję' ich z koleżankami, nie rozbieram na czynniki pierwsze.
      Miałam taki okres w moim życiu, że wszystko mi się nagle zawaliło, ale nie umiałam i nie chciałam o tym rozmawiać, ani z mamą, ani z przyjaciółkami. I wtedy bardzo pomógł mi właśnie blog. Wyrzucałam z siebie wszystko, ciskałam bluzgami, złościłam się i ryczałam przed monitorem. Nikt o tym nie wiedział (tylko mój mąż, ale też tylko bardzo oględnie). I wiesz, bardzo, bardzo mi to pomogło. Spojrzałam z dystansem na tę sprawę, posłuchałam się rad zupełnie obcych i znanych tylko z sieci ludzi i po jakimś czasie zupełnie inaczej podeszłam do zagadnienia.

      To chyba syndrom tego sławetnego 'nieznajomego z pociągu'.

      Usuń
  16. Kilka osób z blogosfery poznałam i w realu. A z netu to całkiem spora grupę = raz w miesiącu spotykam się z innymi robiącymi w Wwie na drutach. Raz jak byłam w Krakowie poszłam i tam na takie spotkanie i też było fajnie.
    Byłam też dwa razy na spotkaniu blogerów - kiedyś gazeta organizowała takie wyjazdowe spędy. Ale o ile indywidualne spotkania w realu dobrze wspominam, o tyle te spędy blogerów niekoniecznie - to że ktoś pisze bloga, nie oznacza, że jest z mojej "bańki".
    Dla mnie net, to tak sam dobra przestrzeń do poznawania ludzi jak każda inna (no może z wyjątkiem tzw. portali towarzyskich, bo tam panują zupełnie inne reguły gry).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kalino, myślę że zwerbalizowałaś moje 'strachy'. Sam fakt, że ktoś pisze blog nie musi być częścią wspólną i nie musi gwarantować udanego spotkania. Pisząc, że byłabym jedną z najstarszych czytelniczek nie miałam do końca na myśli wieku (choć też), ale może bardziej tematykę rozmów (przejrzałam blogi osób, które zgłosiły na facebooku chęć uczestnictwa i mam co raz większe wątpliwości).

      Usuń
  17. Dzień dobry. Zawędrowałam z innego bloga i wsiąkłabym chyba na długo już dziś, ale obowiązki wzywają. Ja też z tych czytających kilka rzeczy naraz...
    Ciekawie piszesz. Myślę, że do pełni przyjaźni jest potrzebne przeniesienie jej w świat realny. Do tej pory sympatyczne wpisy/komentarze/posty współgrają mi z osobami poznanymi w realu. Ale poznawanie ciekawych ludzi jest i przez internet możliwe. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agaja, witaj Wędrowcze :)))
      Nie wsiąkaj, bo będę miała na sumieniu Twoją rodzinę. Ale zapraszam na mniejsze, ale regularne dawki.
      Na pewno internet nie jest miejscem na prawdziwe przyjaźnie - tak jak mówisz, do tego potrzeba przeniesienia do świata realnego, jeśli ma to być prawdziwa, klasyczna przyjaźń.
      Dlatego też rozróżniam przyjaźń od przyjaźni wirtualnej.
      Czasami jednak dobrze jest przedyskutować sprawę tylko wirtualnie, bo ... potem nie zostaje ona między nami (myślę jednak, że te przyjaźnie stricte wirtualne są inne, bo ludzie wchodzą np. na bloga, a potem wracają do swojego pozainternetowego życia).
      Tak myślę...

      Usuń
  18. Nic dodać, nic ująć:) Z internetem i blogowymi znajomościami mam dokładnie tak samo, a może nawet i więcej.... mam wrażenie, że BARDZIEJ żyję w sieci, niż w rzeczywistości...

    Raczej nie czytam paru książek na raz (gdyby któraś okazała się mniej wciągająca, nie byłoby żadnej siły, żebym doczytała do końca), ale zakładki zawsze się przydają:) Piszę się więc, choć bez nadziei - w życiu niczego nie wygrałam...

    A co do spotkania zagłosowałam na punkt drugi - nigdy nie wiadomo, co fajnego może z tego wyniknąć:) I ta niepewność jest właśnie najprzyjemniejsza. Ja bym poszła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ren-ya, może nie BARDZIEJ, ale ... inaczej. Inna dynamika, inna intensywność, inna specyfika. Bo jednak te wirtualne przyjaźnie są w dużej mierze takie nienaganne. Takie miłe. A w realnym życiu wiadomo. I najlepszy przyjaciel potrafi zaleźć za skórę i szpilę wbić :)))
      W internecie natomiast w większości przypadków (przynajmniej ja tak robię), jak się z czymś nie zgadzamy, to przemilczamy sprawę, wychodzimy z bloga, przestajemy odwiedzać, itp. A w życiu realnym tak się nie da, więc i tarcia są większe.

      Ja czytam po kilka książek na raz, bo nie są to książki tego samego typu. Np. na tapecie mogę mieć opowiadania, powieść i biografię. Mi to zupełnie nie koliduje :)

      Co do niepewności i spotkania z innym blogerami z Londynu, to ... właściwie już napisałam wszystko w komentarzach powyżej :)))

      Usuń
    2. mi też nie koliduje czytanie kilku książek na raz, wiadomo, ze nie czytam kilku powieści (zwłaszcza, ze prawie nie czytam powieści), ale zawsze mam zaczętą jedną o polityce, jedną o kościele, jedną "duchowa", jedna biografia, jedna jakaś całkiem lekka... każdego dnia mam bowiem nastrój na co innego :)

      Usuń
  19. głosik oddany .. instyktownie .. bo żem wyrósł w wielkim deficycie demokracyji :^) ..
    świetna notka Fidrygauko .. poruszyłaś wiele spraw bliskich bl(ł)ogosferze :^))

    .. czy hiszpańska Armada już sobie odpłynęła ? .. słonecznie pozdrawiam jesiennie już .. (nawet tutaj w TX jesień się przywitała na chwilkę zanim powóci piekarnik razem z wiatrem znad Karaibów)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrze, Armada co prawda nie odpłynęła, ale na razie przycumowana (i wyciszona jakoś - i całe szczęście!).
      Dziękuję za głos :)

      Usuń
    2. To się ucieszyłem Droga Fidrygauko, że 'Armada' już 'spacyfikowana' .. to pomyślałem, że z nastaniem jesieni na wyspach .. 'żeglarze' Armady będę opatuleni w domku cichutko siedzie ć zamiast grilować do rana :^) ... ach przypomniałem sobie moje dobre czasy jesienne na lini SW Trains do Waterloo kiedy to pociągi bywały mocno opóźnionen z powodu 'spadłych liści na torach' .. na poważnie takowy komunikat mnie czasem radował już od rana na stacji w Mortlake :^)),,, wiadomo liście sprawa wyższa ... słoneczne pozdrowienia

      Usuń
    3. Piotrze, mam skrytą nadzieję, że to nie jesień utemperowała 'moich' Spanjardów, ale powiew cywilizacji, a raczej 'CIVIL-izacji' :)
      Taaaak, tu na Wyspach różne przeciwności pogody mogą zaskoczyć (pisałam o tym we wpisie o zimie (jeszcze niestety nieprzeniesionym ze starego bloga), aczkolwiek o liściach to, jako żywo nie słyszałam!
      http://szeptywmetrze.blox.pl/2013/02/Im-bardziej-proszy-snieg-bim-bom.html#axzz2UOfn0nv8

      Usuń
    4. :^) hihi .. przypuszczam, że 'ludzie listy piszą' do "radnych' :^)) . widać, że poskutkowało :^))
      a z tymi liścmi to nie wszędzie oczywiście ale w całkiem sporo linii kolejowych w okolicach Londka (jak choćby SW trains) jest zasilane '3 szyną' (podobnie jak metro) - przypuszczam tylko (zupełnie nie jestem eksperetem) ten typ zasilania jest narażony bardziej na psikusy (czy liście :)) ) zamiast napowietrzna trakcja (wiele jest tych napowietrznych chyba bardziej niezawodnych jak choćby Thames Line do St Albans) ale jak pewnie wiesz dużo jest pociągów spalinowych (ach ten dymek na Paddington) ..słoneczne pozdrowienia :^)

      Usuń
    5. Piotrze, do radnych nie zdążyłam. Są inne metody, choć przyznam szczerze, że sama wciąż nie mogę uwierzyć, że jest tak cicho :)

      Usuń
  20. ja kiedyś zdefiniowałam sobie przyjaźń nie jako "gadanie o czymś" ale wspólne przeżywanie czegoś... wspólne budowanie, tworzenie, wspólna droga. Bo gadać może się z kimś świetnie, ale po pierwsze kiedyś się wyczerpią tematy, a po drugie mam poczucie, ze to takie ... "nieproduktywne"... nie zrozum mnie źle, nie chodzi o to, ze jestem jakimś tytanem pracy albo bezduszna (co to to nie!) , ale po prostu ileż można gadać... każde źródło w końcu wysycha. Dlatego przyjaźnie z ludzmi ze szkoły (na przykład) się kończą, bo po prostu przestajemy iść razem i siebie wspierać. Można sie potem spotkać i gadać całą noc, zeby nadrobić... ale jak już nadrobisz to nie zostaje nic, każde idzie do swoich zajęć, chyba że możecie coś nowego razem przeżyć.

    Dlatego wierzę, że w warstwie blogowo-forumowej może powstać przyjaźń, bo ktoś nam może słownie towarzyszyć, razem z nami coś przeżywać. Odsłonić się, pomóc, pytać jak idzie. Trudniej niż w przypadku przyjaciela "na żywo" bo taki ci może fizycznie towarzyszyć.

    nie wiem czy dobrze oddałam swoje myśli na ten temat, może mętnie... takie jest przynajmniej moje doświadczenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ola, co do definicji przyjaźni (i różnicy między przyjaźnią wirtualną) napisałam już pod wypowiedzią Ren-yi.
      Na pewno samo gadanie nie wystarcza, co do tego nie mam wątpliwości. A czy jest nieproduktywne? To już różnie z tym bywa. Czasami może być bardzo pomocne.
      Na samym gadaniu przyjaźni się nie zbuduje.
      Ale może właśnie dlatego czasami dobrze jest przenieść znajomość z internetu do realnego świata :)))

      A co do Findusa, to tu też była afera wokół tej koniny i Ikea wycofywała swoje köttbullars ze sklepów. Ha, ha, obrazek piękny :)

      Usuń
  21. Fidrygauko! znalazlas mnie a ja zagladnelam do Ciebie...i jestes dla mnie prawdziwym objawieniem...powinnas koniecznie sprobowac takze pisac poza internetem, a moze juz to robisz: czytam i czytam...
    pisze sie na zakladki mimo zem nowa tutaj !
    Przyjaznie internetowe, to przyjaznie ale innego rodzaju ale rownie wartosciowe. Tak mi sie zdaje. takie mam odczucie.....wirtualne przyjazne serdecznosci

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażyno, witaj!
      Ja też się od razu zadomowiłam u Ciebie na blogu (no i co tu dużo gadać, zaimponowałaś mi tą fizyką :)))) A zdjęcia robisz piękne.
      Co do mojego pisania, to udzielam się tylko w skrytości tego bloga i zawsze niezmiennie pokrywam się płomiennym rumieńcem, na słowa takie jak Twoje (oczywiście bardzo mi miło i bardzo dziękuję).
      Szczerze powiedziawszy im więcej czytam i im więcej odwiedzam takie miejsca jak Empik tym bardziej (kiełkująca gdzieś tam kiedyś) myśl o napisaniu czegoś więcej niż wpis na blogu - więdnie. Przytłacza mnie wielość tego, co zostało już napisane i jakoś nie mogę sobie wyobrazić, bym była w stanie napisać coś godnego wydania, co czytałoby grono większe niż (skądinąnd wspaniali i wrażliwi) Czytelnicy tego bloga :)))

      Miłej lektury zatem i ... do ponownego spotkania na łączach :)

      Usuń
  22. Wpadaj koniecznie w piątek - nie gryzę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff!, Maćku! Kamień z serca :)))
      Co do spotkania, to pozwól, że jeszcze się trochę pobiję z myślami (bo wiesz, ta błoga anonimowość i te rzeczy).
      Tym niemniej przemiło, że wpadłeś.

      Usuń
  23. Odpowiedzi
    1. Ilona, dzięki! Trudno się oprzeć zaproszeniu samej Organizatorki :)))

      Usuń
  24. a jeszcze o tym FIndusie - nie znam książeczki a wydaje się szwedzka :)
    no i jakoś tak skojatzyła mi się z popularną marką mrożonek. Niedawno był skandal, bo wołowina okazała się być koniną i taki obrazech "chodził" po fejsbuku (nie nie mogę się już teraz pozbyć skojarzeń, na wieki wieków podejrzewam :P)
    http://www.dravenstales.ch/wp-content/uploads/2013/02/findus.jpg

    OdpowiedzUsuń
  25. Londyn...powiadasz>) Mój głos oddałam na kawę:)
    A czemu niby przyjaźń internetowa ma być gorsza niż taka twarzą w twarz? Jest inna ale nie znaczy, że jest nieprawdziwa, dziwaczna, niepoważna, nietrwała itp. itd. Mnie strasznie wkurza to, że ludzie powielają ten komunał. W życiu też spotykamy ludzi z którymi nam po drodze, i takich z którymi wymieniamy się przelotnym "cześć" bo nie "kliknęło". Dla mnie internet to życie, wcale nie gorsze od prawdziwego. Moja najstarsza, ciągle utrzymywana znajomość internetowa trwa od roku 1996 (matko to już 17 lat)! - przeszliśmy razem przez chaty, fora mailowe, ICQ, GG, a teraz kontaktujemy się przez Facebook. Nie mamy potrzeby spotkania się ale lubimy czasem pogadać.
    Najpiękniejszym prezentem były dla mnie pierniczki ręcznie robione przez jedną z internetowych koleżanek, które dostałam paczką kiedy złożyła mnie choroba. Są osoby, które chętnie bym poznała w prawdziwym świecie bo wydaje mi się, że mają podobne poczucie humoru i spojrzenie na życie...i co ciekawe, prawie wszystkie napisały komentarz pod tym postem:))))( no...ze 3 jeszcze tu brakuje)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieprzu, a co, byłaś w okolicach Londynu? Może Ty się wybrałaś?
      Bo ja jednak nie dotarłam z przyczyn techniczno-logistycznych.
      No i trochę z powodu tej anonimowości też.
      Mam nadzieję, że inni sie dobrze bawili i że kawa była dobra :)

      Usuń
  26. Też chcę zakładkę:)) Chociaż ostatnio jakoś na e-booki się przesiadłam:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Gdy pisałam bloga (teraz już tylko czytam - przynajmniej na razie), poznawałam ludzi poprzez ich wypowiedzi w komentarzach na moim i wpisach na ich blogach. A ponieważ jestem istotą ciekawską, po jakimś czasie zawsze starałam się (jeżeli dany delikwent/ka także przejawiał/a taką ochotę) poznać także słowno-telefonicznie. Tak się składa, że wszystkie moje takie znajomości były trafione. To znaczy - osoby poznane przeze mnie telefonicznie bardzo odpowiadały mi mentalnie, teoretycznie nasza bliższa znajomość mogła by być utrzymywana (podchodzę zawsze do tego bardzo entuzjastycznie!). Cóż z tego, skoro doba ma tylko 24 godziny, z czego - niestety - dużą część trzeba poświęcić na pracę i sen! Poza tym - mam taką brzydką cechę charakteru, że nie lubię się narzucać. A w kontaktach telefonicznych, gdy tylko ja dzwonię, to dla mnie już jest narzucanie się...
    Mam od trzech lat bardzo bliską przyjaciółkę poznaną przez bloga. I znamy się tylko telefonicznie (i ze zdjęć), bo odległość, bo brak czasu... Dbamy o tę naszą przyjaźń obie i jest to dla nas bardzo cenne. Mam też kilka dobrych koleżanek, z którymi często nadajemy przez telefon lub przez skajpa. Bardzo sobie cenię te znajomości, bo w realu z ludźmi także różnie bywa...
    Raz tylko sparzyłam się na znajomości wirtualnej przeniesionej na real (osoba ta odwiedziła mnie z rodziną i zostawiła bardzo niemiłe wrażenie, a potem cuda wyprawiała na blogach - nie tylko u mnie). Zresztą ta osoba dała się we znaki dużej części blogosfery... No, ale przecież w realu też się zdarza poznawać takie osoby.
    A o zakładkę aż się boję "walczyć"... bo jak znowu wygram? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie widzę, że u Ciebie wciąż zimno i mokro. Ale czekam cierpliwie ...
      Co do telefonów jednostronnych, to znam takich, od których nie można sie doprosić numeru, bo mówią, że wolą sami zadzwonić, jak znajdą chwilkę :))
      Więc trochę trudno jest 'oddzwaniać'.

      Doba jest zdecydowanie za krótka!!!
      Nie pozostaje nic innego, jak selekcjonować mądrze (aczkolwiek - jak sama widzisz - wszystkiego nie przewidzisz).

      Jak byś wygrała zakładkę, to chyba naprawdę by mnie posądzono o kumoterstwo. Ale będzie dokumentacja filmowa, więc w razie czego będzie dowód ;)))

      Usuń
  28. jam przechodzień, jakoś tak u Kaczki skręciłam i podczytałam o przygodach z sąsiadami :) to i magnesiki zobaczyłam, cudnej urody. i jako że brak warunków do spełnienia lubię, to się ustawię do losowania, co mi szkodzi! :) a że podczytam bloga przy okazji, to chyba nie zbrodnia? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olga, witaj Przechodniu. Rozgość się, czytaj (jak znajdziesz chwilę :)) a już Cię zapisuję na magnesikową listę.

      Usuń
  29. Ja niestety lub stety mam podobnie z wirtualnymi przyjaźniami. Szybko się przywiązuję, nawet do ludzi z wirtualnego świata. Czasami porzucam tych co są obok mnie na rzecz internetowych znajomości.
    A magnesy zbieram, więc chętnie ustawię się w kolejce:)Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do porzucania znajomości nieinternetowych, to ... mój mąż czasami przebąkuje, że cośik za dużo w tym internecie siedzę :)
      Dołączam Cię do listy losowanych :)

      Usuń
  30. "Konkretne osoby, których poglądy, spojrzenie na życie, pomysły przyciągają nas na tyle, że dołączamy je do grona wirtualnych przyjaciół, z którymi lubimy podyskutować, na którch blogi wracamy z nieukrywaną przyjemnością." - ja tutaj wracam z przyjemnością. Co nie zmienia faktu, że najchętniej napisałabym Ci list. Taki ze mnie dinozaur.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o listy, to też uwielbiałam je pisać i być może pisałabym je nadal, gdyby nie fakt, że piszę dużo, dużo szybciej na klawiaturze i mój charakter pisma koszmarnie na tym ucierpiał.
      Pisanie elektroniczne ma to do siebie, że zajmuje jednak mniej czasu i łatwiej jest wkleić różne dodatki.
      Ps. Mam w planach wpis o listach, bo to ciekawy temat :)
      Ps.2 Miło mi, że lubisz tu wracać :)

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!