Searching...
niedziela, 1 grudnia 2013

W angielskim pierdółkowie

Struktura społeczno-demograficzna Anglii jest zgoła inna niż w Polsce.
 
To się pewnie zmienia, ale w zbiorowej mentalności 'wieś' wciąż kojarzy się w nadwiślańskim kraju źle.
'Wieśniak', 'wieś polska śpiewa i tańczy', 'wioskowy głupek', czy 'wsiowy' strój to epitety wątpliwej jakości. A i powiedzenia typu 'burak', 'wystająca z butów słoma', czy choćby 'przaśna uroda' wyraźnie nawiązują do niezbyt pochlebnego - w oczach wielu - pochodzenia.
 
Nawet jeśli chcielibyśmy odłożyć na bok miejsko-wiejskie uprzedzenia, to chyba nie da się zaprzeczyć, że statystycznie wieś wciąż oznacza gorsze szkoły, mniejsze szanse na zrobienie tzw. kariery, ograniczony dostęp do kultury, ciekawej pracy. Jest synonimem pewnej bezradności, zaściankowości, nieudolności i biedy (ekhm, nooooo tu to już rzeczywiście możnaby polemizować ;))
Wieś jest miejscem, z którego się ucieka.

Owszem, od czasu do czasu ktoś gdzieś napisze jakiś 'Dom nad Rozlewiskiem' i zarazi ¾ czytelniczek marzeniami o słodkim pensjonaciku na odludziu (A co?! Myślicie, że mi się nie zamarzył? Nawet już nazwę miałam wymyśloną :)).
Albo w tych i owych kręgach pojawi się moda na domek na Mazurach, chatę w Bieszczadach czy bacówkę na Gubałówce.
To jednak wciąż nieznaczny promil społeczeństwa i moim skromnym zdaniem mający tyle wspólnego z 'życiem na wsi', co ja z miłością do kotów.

W Anglii natomiast sprawa ma się zgoła inaczej (co - nie omieszkam nadmienić - wywnioskowałam raczej na podstawie moich własnych  dwuletnich obserwacji w miasteczkowo-wiejskich rejonach, niż dzięki dogłębnym studiom socjologiczno-etnograficznym; uprasza się zatem o nietraktowanie mnie jako wiarygodnego źródła informacji :)).
Otóż na angielskich wsiach mieszkają oczywiście typowi farmerzy, aczkolwiek słowo 'wieś' jest tu mocno przesadzone, jako że często jest to samotny dom wśród szczerych pól dom, a wokół niego długo, długo nic poza łanami pszenicy lub rzędami elsanty.

Poza farmerami na sielskich odludziach, szczególnie tych z dobrym dojazdem do metropolii, mieszka ... bogatsza część angielskiego społeczeństwa.Tutaj wyprowadzka do 'countryside' to społeczna nobilitacja, a zamieszkanie w tzw. 'barn convertion' czyli stodole przerobionej na dom lub w domku z epoki, z drzwiami dla krasnali, dachem krytym słomą i oknami na poziomie kolan jest szczytem marzeń niejednego snoba miłośnika tradycji.
Przyczyna jest prosta - żeby móc POZWOLIĆ sobie na mieszkanie na wsi, trzeba mieć grube pieniądze i pracę, którą można wykonywać z domu lub na tyle dobrze płatną, by po odjęciu kosztów dojazdu do większego miasta została jeszcze spora sumka na wystawne wiejskie życie.

Wystawne wiejskie życie to wielohektarowy ogród (najlepiej z dochodzącym ogrodnikiem), to psy, koty i konie, to herbatki charytatywne, to dinner parties, golf, polowania, to zmienianie wystroju wnętrz co parę lat, to ciągłe dopieszczanie duszy i ciała.
To pudełeczka, ściereczki, bibelociki, rameczki, dzbanuszki, świeczuszki i inne duperszwance.

Skąd to wiem?

 
Odwiedzam czasami moje lokalne 'pierdółkowo'.

Angielskie Pierdółkowo to nie jakiśtam Spółdzielczy Dom Handlowy czy inny sklep wielobranżowy.

To miejsce, do którego się jedzie parędziesiąt mil swoim Jaguarem* (a salon Jaguara czy Volvo w jakiejś wytwornej wioseczce, to widok nierzadki) i  kupuje się zapasy mydła i powidła na najbliższy miesiąc, płacąc kartą American Express Platinum (pamiętawszy o uprzednim zeskanowaniu karty lojalnościowej).

To miejsce, gdzie eleganckie angielskie 'wieśniaczki' w stylowych kaloszach (hunter wellies), pikowanych bezrękawnikach i wyfryzowanych włosach wybierają ozdoby choinkowe z najnowszej kolekcji i zerkają z umiejętnie skrywanym zdziwieniem na dziwną kobiecinę ze smartfonem, obfotografującą wszystko z zapałem japońskiego turysty (choć niestety zdjęciom japońskiego sznytu brak).

To miejsce, na które takie miastowe ćwoki jak ja natrafiają przez czysty przypadek i gdzie spędzają ponad dwie godziny, chodząc w kółko z rozdziawioną paszczą i zastanawiając się, kto do jasnej Angielki Anielki to wszystko kupuje (terroryzując jednocześnie rodzinę, że 'tylko jeszcze parę zdjęć, nooo, i pozwolę wam kupić sobie po lizaku').


To miejsce, gdzie wszystko krzyczy do ciebie: Kuuuuup Mnie! Wyyyyybierz Mnie! Muuuusisz mnie mieć!

A zatem ... co byście wybrali?

Fajansowy komplecik obiadowy (również w wersji świątecznej - z ostrokrzewem), pastelowy zestaw do 'five o'clock tea' (z nieodzownym, trzypoziomowym stojakiem na cupcakes) lub kolejny kubeczek?




Ramka? Borsuk? Reniferek? Kryształowy wazon?



Lawendowy krem do rąk? Świeczkę o zapachu mandarynek? Olejek zapachowy do perfumowania pokoju z marokańskiej róży albo drewnianą kaczkę?




Kartki świąteczne? Książkę kucharską? Podręcznik 'Jak zachować spokój po 80-ce'? Ściereczki z wyszywaną jemiołą?





Sztuczne kwiaty? Wiklinowy renifer? Śnieżne jelonki czy orchidee?





Spersonalizowane skarbonki, torebeczki, breloczki? Albo miliardową metalową puszkę z herbatnikami?






Christmasowe lampki? Halogenowe sowy? Mini fontannę do salonu, czy jeża-wycieraczkę?





Chutney? Herbatę? Różowy makaron? Krakersy? Więcej herbatników?

Więcej herbatników? Dżem? Ozdoby z suszonych skórek pomarańczy? Czekoladowe drzewka? Więcej herbatników?

Eeeee, nie! Koniec z tymi słodyczami! Proponuję sery i pickle.



 A teraz pora wybrać stylizację choinki: czerwona, piernikowa, złota, srebrna?
Jakakolwiek wersja Wam przypadnie do gustu - możecie być pewni, że w Pierdółkowie znajdziecie ozdoby w wymarzonej kolorystyce i stylistyce.


I jeszcze wianuszek na drzwi, prezencik dla dziecka (jak nie macie na stanie, to się nie przejmujcie; dzieci znajomych mogą przerobić każdą ilość prezenów), christmas crackers (czyli takie wielkie cukierasy, które się przerywa, po to, by w śródku znaleźć jeszcze wiecej zbędnych duperelków).
No i oczywiście - jak mogliśmy zapomnieć - pokrowiec na imbryczek.
I więcej metalowych puszek na herbatniki!


Ach! Ale skoro już tu jesteśmy, to dlaczego by nie zajrzeć - choć na małą chwieczkę na zewnątrz, do centrum ogrodniczego. Wszak angielska pogoda jest łaskawa dla roślin nawet parę tygodni przed świętami.
Zawsze można więc oko nacieszyć ...

Podkładka do klęcznia z wzorem Union Jack zawsze miła sercu.
A dla tego pana pogrzebacz i stojak na drewno.
A dla dziewczynki w zielonym płaszczyku Zestaw Młodego Ogrodnika.
Pani po lewej wybiera zaś ... **
(Uwaga! zagadka na końcu wpisu!)

I już gonimy resztką sił.
A tu jeszcze doniczki, gliniana menażeria, stojaki na bluszcze, grecka bogini, a nawet srebrny Budda!
A cukierki? A ubrania do spacerów po wiejskich bezdrożach? A sadzonki kwiatów wiosennych, zestaw do aromatoterapii, notesy,  kieliszki, ramki na zdjęcia?
Moje dzieci już więcej nie zdzierżyły.
Co więcej. Nie zdzierżył też smartfon, który się zapchał taką atomową dawką pikseli.


Kto nie dostał oczopląsu - ręka do góry!
My ostatecznie zdecydowaliśmy się na pudełko maślanych herbatników (eh, ten double-decker ma jednak w sobie jakąś magię), ...

... szydełkowe bombki 'cup cake' oraz ...


Z całego morza słodyczy moje dzieci wybrały (instynktownie?) galaretki owocowe w cukrze ... Made in Poland! Przysmak naszego dzieciństwa :)




A zatem, Panie i Panowie, wyznawcy Świętego Konsumpcjonizmu i skromni 'Apacze' ('Czy Pani szuka czegoś konkretnego?' 'Aaaaa, pacze tylko!'), mieszkańcy miast i wsi obojga narodów, w Pierdółkowie czy Gieesie sezon świątecznego szaleństwa zakupowego uważam oficjalnie za otwarty!



______________________________________________
*No, żeby  nie było, to ja przyjechałam Toyotą i to tylko po doniczki i zapłaciłam Visą Debit (bez karty lojalnościowej :))

** Czy ktoś ma pomysł, co to właściwie jest?
    Kto zgadnie?
    (Rezydentów Królestwa uprasza się o wstrzymanie się od głosu).



Ps. Zbliżenie na sztuczne kwiaty (w odpowiedzi na komentarz Mukli)



niedziela, 1 grudnia 2013 

59 comments:

  1. Kocham takie sklepy! WE Włoszech jest sieć która się nazywa CO&Import, asortyment bardzo podobny lecz śmiem powiedzieć że jeszcze bardziej kolorowy i wystawny, jako że Włosi uwielbiają śmiałe, krzykliwe barwy, odważnie zestawione. Jednak wiele produktów jako żywo chyba tego samego pochodzenia [jeże- wycieraczki, postarzane żeliwo (mam takie podstawki pod garnki), kubki itd]. Ja będąc gadżeciarą zawsze się skusiłam na coś czego nie mogłam sobie w żaden sposób odmówić...Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żartujesz?! Ale chyba nie przebili Anglików jeśli chodzi o asortyment herbatników i dżemów?
      Ja też - jak widać - się skusiłam.
      Mam też słabość do tych 'vintage' kosmetyczuszków w kwiatuszki, w rozkosznych buteleczkach, choć nijak nie pasują do mojego raczej surowego wystroju mieszkania.
      Poza tym - mimo mojego dziwowania się, uważam, że sporo rzeczy nadaje się na miły, niezobowiązujący prezent, a dla mnie to zawsze jak na wagę złota, jako że zakupy mnie generalnie męczą.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  2. Orany, i to wszystko w jednym miejscu?
    To na dole nie wiem, ale stawiałabym na stojak na cztery pary butów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko w jednym miescu i to wcale nie jakimś rozległym!
      Z rozwiązaniem zagadki jeszcze chwilę poczekam (choć nie powiem, trop jest dobry - tylko wymaga doprecyzowania :))

      Usuń
  3. Momentalnie zogniskowałam się na "Jak zachować spokój po 80-tce" i kaczce. Może być już ta medyczna. Plus basen ;)
    Poproszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monia, 80-tka to kolejny etap wtajemniczenia. Najpierw musisz przejść przez swoją kategorię wiekową (sprawdzają wiek przy kasie :))
      A z kaczek zdecydowanie polecam Ci tę drewnianą, lub patchworkową.

      Usuń
    2. Hehe..mnie tez wpadły w oko poradniki...rozwaliły mnie te po 80ste...

      Usuń
    3. Poradniki na każdy temat. Tu tylko skromny wycinek rzeczywistości :)

      Usuń
    4. Dokładny tytuł tej książeczki to: "Keep calm, you are only 80", he, he, he :)

      Usuń
    5. Czuję, że to już ten moment, Fidrygauko. Kolejne wtajemniczenie to "Ceep calm, you are only dead man".
      To ja poproszę tę drewnianą kaczkę, skoro nie ma artykułów medycznych... Będę nią dziobać Małża w łeb.

      Usuń
    6. W takim razie dla Pani zimne okłady i sole trzeźwiące!
      A co do kaczki, to ... zaczynam mieć nieśmiałe przekonanie (biorąc pod uwagę pewne cechy morfologiczne), że to jednak gęś. I co teraz?


      Usuń
    7. Nie wiem co na to Kaczka, ale dla mnie wspaniale! Dłuższa dźwignia = większa siła! ;)

      Usuń
    8. Rety, Monia, a Ty tak swobodnie te dowody potencjalnej zbrodni zostawiasz w necie? ;)

      Usuń
    9. Sama widzisz, jak bardzo potrzebuję tego poradnika!!!!!!!! ;)

      Usuń
    10. Wspomnę o Tobie w czasie następnej wizyty w w/w przybytku :)

      Usuń
  4. Można się pochorować od takiego dobrobytu! Ja zdecydowanie szerokim łukiem omijam takie przybytki.
    Bogacze zawsze snobowali się prostym (wiejskim) życiem. Maria Antonina zbudowała sobie nawet własną wioseczkę na swoim wersalskim podwórku:) Miała swoich rolników, pastuszków, owieczki, krówki, a nawet mleczarnie...
    To ciekawe, że im kto bogatszy, tym bardziej docenia prostotę wiejskiego życia... Tylko niewykształceni wieśniacy potrafią narzekać na trudy z tym dobrem związane;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renya, oj można, można, szczególnie jak się nie jest fanem zakupów.
      Ale czego się nie robi dla Wiernych Czytelników!
      Dwie godziny latania po sklepie z przyświecającą ideą, że to 'na bloga'.
      Ja chyba jednak JESTĘ BLOGERĘ :)
      O Marii Antoninie nie wiedziałam. Ciekawe.
      A co do prostoty wiejskiego życia (a'la Wyspiański czy spółka), to uwierz mi, tu z prostotą nie ma ono nic wspólnego.
      Niewyształeni wieśniacy, phi, tacy to zawsze narzekają :)))

      Usuń
  5. O tak,tak. Co do stereotypu wsi spokojnej, wsi wesołej to zgadzam się.
    Znajoma Angielka opowiadała, że gdy jej mama zobaczyła jak ona mieszka w Polsce (11 piętrowa poznańska deska) rozpłakała się.... Podobno dla nich mieszkanie w bloku oznacza w 90% patologię i biede.. a tu 11 pięter. Mówiła właśnie że domek na wsi to szczyt wystawnego i bogatego życia...
    Co kraj to obyczaj powiedziałabym....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! To się też trochę zmienia wraz z zagęszczaniem się populacji wielkich miast, gdzie budowanie piętrowych apartamentowców (broń Boże bloków :))) staje się koniecznością, ale generalnie angielskie blokowiska to patologia. Niestety :(
      Instynktowny pęd do posiadania własnego domku, choćby nawiet miał sypialnie o rozmiarach jednego łóżka i szafy oraz wybetonowany ogródek 2x2 jest silnie zakorzeniony w brytyjskiej mentalności.
      I w mojej już teraz też :)

      Usuń
    2. Zaplątałam się kiedyś na takie blokowisko w Glasgow - nigdy więcej!! Blokowisko tam, a u nas to dwie różne sprawy :)

      Usuń
    3. Emila, to fakt, że nie da się porównać. Tu blokowiska to głównie mieszkanka komunalne, przydzielane przez gminę bezrobotnym. To musi kreować patologie.

      Usuń
  6. Dla mnie świnka morska! Mogłabym ją trzymać w klatce na balkonie i udawać, że jest prawdziwa (i co najważniejsze bezzapachowa).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bezzapachowość jest niewątpliwym atutem.
      Ja nigdy nie przepadałam za tego typu 'ozdupkami' a la krasnale ogrodowe, ale trzeba przyznać, że wykonanie niektórych przedmiotów jest tak wiarygodne i estetyczne, że kto wie, kto wie, może i mogłabym się przekonać.
      Np. sztuczne kwiaty - absolutny symbol kiczu, są ... naprawdę fajne. Wykonane nie z samego plastiku, ale z jakichś usztywnianych materiałów, ułożone w piękny bukiet mogą spokojnie ozdabiać pokój zimą. A jaka oszczędność! :)
      Ps. Wkleiłam zbliżenie.

      Usuń
    2. No lepsza taka niż żadna! O żywą doprosić się nie mogę...

      Usuń
    3. Musisz pójść i kupić sama :)
      Ewentualnie przyjedź na wycieczkę do Anglii :)

      Usuń
  7. To ja po raz drugi! Gwoli sprawiedliwości donoszę że w tego rodzaju sklepach w Italii dżemu i herbatnika nie uświadczysz, to raczej w supermarkecie albo piekarni, ale o asortyment byłabym gotowa kopie kruszyć, bo mają tego mnóstwo z tej racji że herbatniki albo "biscotti" je się same albo z dżemem na śniadanie (do tego kawa i nic poza tym) więc każda firma ma ich kilka albo kilkanaście rodzajów a do tego są jeszcze takie, które produkują tylko jeden gatunek no i ciastka z importu...Natomiast co do pierdółek naprawdę nie przesadzam Włochy to jedno wielkie pierdółkowo jest mnóstwo sklepów gdzie są rzeczy z całego świata + rodzime. Ja zawsze miałam problem co kupić, bo wszystkiego się nie da a konieczność dokonania wyboru przyprawiała mnie o ból głowy. Ta metalowa maszyneria to jak sądzę stojak do suszenia kaloszy i długich butów, widzę też skrobak i takie ustrojstwo do zdejmowania tychże w kształcie podkowy. Myślę że to lokalny niezbędnik garderobiany, Włosi mają za to coś, się nazywa "servomuto" czyli "niemy służący" a co pewna moja koleżanka nazywała "martwym służącym" specjalny wieszako - stojak do garnituru który nota bene jest co prawda wygodny ale wygląda koszmarnie. Pozdrawiam! http://www.arredaclick.com/it/servomuto-ruote-legno-smartly.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że faktycznie tego typu sklepów musi być dużo, chociażby ze względu na turystów, ale nie podejrzewałam, że to równie wielkie pierdółkowo, co Anglia. Myślałam, że w bibelociarstwie jest nie do pobicia.

      Martwy służący to faktycznie całkiem niezły (choć nieurodziwy) wynalazek, ale zupełnie nie na angielskie klitki. Zajmowałby za dużo miejsca :)

      Usuń
  8. Jedna propozycja tylko padła, więc ja powiem! Ja! Jajajajaja!!! (Podskakuje z wyciągniętym w gorę paluchem).
    Wpadłam na to tropem jeża. Otóż również sądzę, że to jest stojak na buty. W szczególe na te kaloszki lansiarskie. Bierzesz takiego kaloszka, obracasz go sobie wlotem do dołu i nadziewasz na to wystające z kulką na końcu. Kulka zaś jest po to, żeby ci wyściółki kaloszka szpikulec nie zepsuł.
    Wygrałam coś? Bo Kaczka to mi kiedyś przysłała kartkę z Wiedźmami. Bardzo były przystojne i od razu poczułam się częścią Bardzo Głęboko Wtajemniczonego Świata Kobiecego.

    To mówiłem ja, Jarząbek, trener drugiej klasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zauważyłam, że sukienka w kropki juz to napisała :(
      Idę do kąta, gdzie moje miejsce.
      Rozdzierająco pochlipując.

      Usuń
    2. No ciiiiiii ... napisałam Ci coś na pocieszenie poniżej :)

      Usuń
  9. A i jeszcze jedno. Po mojemu to też jest stojak na kalosze, ale tak bajerancki, z opcją samodzielnego ściągania tej gumy z nogi. Wkładasz nóżkę w kopytko, podnosisz i po sprawie. Przydałby się taki u mnie, bo jak na razie proces ściąganie moich kaloszy (a co! też trochę trendy być chciałam) wygląda następująco: siadam na stołku, a Andrzej próbuje to cholerstwo ze mnie zdjąć i ciągnie buta ile wlezie, potem ja spadam ze stołka, szoruję tyłkiem po podłodze w przedpokoju, a but tkwi nadal na swoim miejscu. Jeszcze gorzej, jak nie ma Andrzeja pod ręką (czy też w tym wypadku nogą)... No, ale czego się nie robi dla stajla ;-)
    Zgadłam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musi to być uroczy widok. Jako że mój mąż wraca z pracy dużo później niż ja, nie mogę pozwolić sobie na takie ryzyko :)
      Zgadłaś (rozszerzona odpowiedź na dole)

      Usuń
  10. Przepadłam:) Kicz kiczem, wiocha wiochą ale założę się że z pustymi rękami bym nie wyszła. A ten "wichajster" to chyba do suszenia kaloszy co? Widziałam w sklepach takie stojako-rury z nawiewem do suszenia. Czego ludzie nie wymyślą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam z tego kiczu parę rzeczy wybrałam :)
      Acha, i to miejsce stało się jednym z lokalnych atrakcji turystycznych dla odwiedzających nas znajomych czy krewnych.
      Zapewniam Cię, że wsiąkają wszyscy równo!

      Usuń
  11. i jest tez miejsce na zdzieranie blotka z obuwia - czyli stojak 3 w 1
    stojak, ubierak (albo sciagak) i czyscik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, jak to ładnie nazwałaś :)

      Usuń
  12. Pamiętam takie sklepy z Anglii. W małym miasteczku w którym kiedyś mieszkałam było Garden Center Asortyment dokładnie taki jak pokazałaś plus zwierzaczki żywe do kupienia. I olbrzymia część ogrodowa i oczywiście mała kawiarenka. Uwielbiałam tam chodzić z dziećmi :)
    Z tym domkiem to rzeczywiście mają fioła Jak pokazałam swój polski domek na wsi 100m plus 1,5ha ziemi, ogrodu. Zazwyczaj byli w szoku, a już najbardziej dziwili się jak się dało mieszkać w 6 osób w 2 pokojowym mieszkaniu z łazienką w bloku. :) Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, zapomniałam o kawiarence, która OCZYWIŚCIE też była (pisałam o tym w innym poście:
      http://szeptywmetrze.blogspot.co.uk/2012/11/ile-kosztuje-babski-wieczor.html )
      Tak, Anglikom się wiele rzeczy nie mieści w głowie, np, jak można wynająć dom i zajać wszystkie sypialnie I SALON. To profanacja wprost niewiarygodna!
      Ale oni tacy nieżyciowi :)))
      Pozdrawiam.

      Usuń
  13. @ all
    W kwestii stojaka, to faktycznie Sukienka rozwiązała zagadkę (perfekcyjnie rozwinęła temat :)))
    Proszę nie chlipać po kątach bo i tak nagród nie ma, a odpowiedź padła niemalże w tym samym momencie. Spójrzmy więc na kwestię wygranej z pozycji, nomen omen, księcia Wellingtona (zwycięzcy spod Waterloo :))) - czyli o porażce być mowy nie może!
    A kartkę mogę przysłać. Dlaczego nie? :)

    Jest to przenośny stojak, którego używa na zewnątrz i rzeczywiście jest to 3w1 - skrobaczka do błota, zaczepka(?) do ściągania kaloszków bez użycia rąki i kołeczki do nadziewania gumowców do góry nogami (z kulką nie drapiącą wyściółki :)), żeby jakże częsty tu deszczyk nie zmoczył ich podczas oczekiania na następny spacer po wrzosowiskach.
    Moim zdaniem dość pomysłowy wynalazek, choć sama nie używam, jako że z kaloszami jakoś mi nie po drodze (moja noga jest pokaźna i bez kaloszy).
    Jak widać, jest to odmiana wiejska, choć i w mieście się takie zdarzały.
    http://www.flickr.com/photos/janepbr/3329920989/in/set-72157606632931055
    Gratuluję pomysłowości.

    OdpowiedzUsuń
  14. Najmocniej przepraszam, ale nie dałam rady wszystkiego obejrzeć. Rzuciły mi się po oczach zwierzaki z – chyba – plastiku? Wierzę głęboko, że przynajmniej jakość jest lepsza niż w Pułtusku, gdzie wiele podobnych, a nawet jeszcze bardziej dekoracyjnych cudeniek spotkałam tego lata.
    Moja wiara w brytyjskie całkiem oklapła.
    Pozdrowienia
    A.

    OdpowiedzUsuń
  15. Aj, poszło zanim napisałam, że gratuluję Ci, Fidrygauko, brawurowego tekstu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Almetyno, dzięki.
      Brawurowy, powiadasz? Hmmmm ... nie patrzyłam na niego z tej strony :)))
      Co do menażerii, to była gliniana i jeśli chodzi o wykonanie, to nawet wyglądała dość solidnie, ale generalnie nie jest to mój ulubiony sposób na przyozdabianie ogródka.
      Uwierz mi, że te prezentowane tu przedmioty naprawdę nie są jakimś szczytem tandety.
      W miejscowościach turystycznych to się można napatrzeć! ,Pułtusk' przy tym może wypaść całkiem stylowo :)

      Usuń
  16. Ależ kalosznik uroczy :) Byłby doskonały do suszenia naszych projektów z papier-mache, których ostatnio coś dużo się zrobiło w apartamentach o.O
    Po sprowadzeniu gałek ocznych nazad na zwykłe pozycje kupuję puszki. Z ciastkami czy bez. ;) Puszek nigdy dość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puszki są bardzo funkcjonalne i też często im ulegam ich niekłamanemu czarowi (jak zresztą widać na załączonym obrazku :)))
      I obowiązkowo co roku puszka dla babci: na lekarstwa, na rysunki od wnuków, na nici, na kosmetyki ... przeznaczeń jest wiele, a kolekcja rośnie :))
      Kalosznik jest do użytku zewnętrznego, więc z tym schnięciem to chyba nie za bardzo, choć w sumie można by go udomowić (straszna landara).

      Usuń
  17. Tak sobie pomyślałam, że to stojak na kalosze. W Polsce nigdy (poza dzieciństwem) nie miałam kaloszy, a w Anglii od kilku lat jestem dumną posiadaczką zgrabnej pary gumiaków, których regularnie używam.
    A co do angielskiej wsi i pierdółkowych sklepów, to ma to swój wielki urok w moich oczach. Dom na wsi marzenie, chociaż mój mąż twierdzi, że padłabym z nudy. Pierdółkowe sklepiki wykupiłabym najchętniej całe, na szczęście powstrzymuje mnie wizja ścierania kurzy i ceny, więc z reguły nic tam nie kupuje.
    Też zauważyłam, iż angielska wieś jest bardziej arystokratyczna od polskiej, chociaż wydaję mi się, że i polska wieś stopniowa się zmienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Viki, kaloszy się chyba nigdy nie dorobię, choć wszyscy wokół wciąż rozwodzą się nad ich zaletami :)
      Pierdółkowo ma niewątpliwie swój urok i mimo iż wiele rzeczy jest tam zupełnie nie w moim stylu, to jednak sprawiało mi to nieukrywaną przyjemność patrzenie się te 'baśniowe krajobrazy' :)

      Co do domu na wsi, to jeśli bym miała internet, to na pewno bym się nie zanudziła, hi, hi.
      Ale szczerze powiedziawszy nie chciałabym mieszkać na odludziu, w samotnym domku przy lesie. Brrr ... Może jestem czarnowidzem, ale bym się tam ciągle dopatrywała jakichś podejrzanych typków czyhających na moje życie :)
      Wieś polska się na pewno zmienia, i nawet jest podobny trend wyprowadzania się elit (przynajmniej tych finansowych) z miast na obrzeża i wsie będące w dość bliskim sąsiedztwie miast, ale to wciąż nie na taką skalę, jak tutaj.
      Jednak w Anglii wciąż jest (nieoficjalny i zacierany przez poprawność polityczność) podział klasowy. A przedstawiciele arystokracji ukrywają się właśnie angielskiej prowincji.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  18. Nie istnieje cos jak 5 o'clock tea...to mity wymyslony przez Francuzow (sa o godzine do przodu, wiec u nich jest 5ta jak tu sie pije herbate, choc i o 3 jest dozwolona :P

    oraz tez zmienianie wystroju wnętrz co parę lat to nie prawdziwi ludzie wsiowi (jak wsiowe middle class, landed gentry i takie tam) a nuworysze, ktorych niestety coraz wiecej :((( dla nich te zakupy w sklepie-ze-wszystkim, oni sloneczniki van Gogha by wywalili na zsyp jakby sie klocily kolorystycznie z nowa gama kolorkow na swieta na przyklad... hrehreherher mojemu slubnemu powtarzam ze mamy zalozyc zlomowisko i od razu bedziemy jedzic ferrarami i merrcedesami sportowymi . badz jaguarami. kamizelke pikowana posiadam. nawet trzy!

    to tak gwoli erraty ;)...aaaa, nie - barn to nie obora a stodola. choc mysle, ze i z obory moznaby dom zbudowac. moj brat zbudowal z chlewika prawdziwego. ale dla wladz budowalnych nazywalo sie to remont i renowacja.... osobiscie chetnie bym objela barn conversion, jesli zrobiona bylaby DOBRZE! a bywaja, oj bywaja....

    Ja tu na goscinnych wystepach :))

    sklepow typu powyzje unikam jak diabel wody swieconej - same niepotrzebne klamoty! Za dlugo tu mieszkam, zebym potrzebowala wiecej niepotrzebnych rzeczy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opakowana, dzięki za erratę :)
      Co do 5 o'clock tea, to fakt, na własne oczy nie widziałam, a znam takich, którzy twierdzą, że jak czegoś nie widać, to to nie istnieje (np. Robert Makłowicz o cholesterolu :)))

      Ze stodołą miałam problem i nawet specjalnie sprawdzałam, ale słownik podaje, że barn to i stodoła i obora. Stodoła mi się zawsze kojarzyła z raczej mniej solidnym, drewnianym budynkiem, a obora jednak częściowo murowana, więc tak sobie wysnułam wniosek, że to jednak obora (ale też żadnej angielskiej na oczy nie widziałam, ani tym bardziej jej prawdziwego przeznaczenia :))
      Ale może być i stodoła.
      Pewnie są fajne barn conversions, ale ja bym na tych przestrzeniach i w z tymi ogromnymi oknami marzła straszliwie.

      Pozdrawiam na występach gościnnych :)

      Usuń
    2. dygam i dodaje, ze obora to cow shed :)
      to ja musze tego Maklowicza sluchac, to mi od razu ten chorerny chorestelrol odpadnie :PPP

      barn conversion sa robione ekologiczno-owoczesnie jesli chodzi o sciany i okna, dzielone sa na pietra, gdzieniegdzie, jesli warto, sa zostawiane na miejscu wysokie sufity przez pietro (tzw cathedral ceiling), dorzucane jest grzanie podlogowe etc etc. Moj brat w swoim chlewie mial bardzo przytulny, cieply domek :)

      Usuń
    3. Zmieniam zatem na stodołę :)
      W tekście, bo jak na razie to w moim skromnym wynajmowanym zostanę, marząc w zimne wieczory, że może kiedyś wespnę się na tę nieszczęsną property ladder.
      I nie będzie to musiało być barn conversion :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  19. ha, takie sklepy omijam szerokim łukiem! nie dlatego, ze ich nie znosze, ale dlatego, że połowa rzeczy krzyczy do mnie - spójrz!!!. a druga połowa woła - kup mnie! zawsze chciałaś mnie mieć! a wszystkie naraz wołają: przecież taki mały "tritment" poprawi ci nastrój :)
    Czasem jednak się skuszę i wejdę i nie żałuję,bo niekiedy wystarczy mi tylko nasycić oczy, napatrzeć się, pooglądać i pomarzyć.
    Plusem tych miejsc, w moim mniemaniu, jest to, że podpowiedzą mi czasem co zrobić z tym, co już mam w domu. Coś zobaczę, potem wykorzystam pomysł i zrobię tak samo tylko inaczej:)

    Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 'Tritment' zawsze się znajdzie :)
      Na pewno wiele z tych rzeczy ma swój urok i myśle, że zwolennicy różnych stylów znaleźliby tu coś dal siebie. Ja lubię takie różne kosmetyczne cudeńka i rośliny ogrodowe.
      I rzeczywiście, można podłapać parę ciekawych pomysłów.
      Aczkolwiek można sie zmęczyć od tego nadmiaru.

      Usuń
  20. Jak popatrzyłam na zdjęcie,to pomyślałam od razu o stojaki na kalosze. (Z Anglii to tylko byłam w Londku 3 dni).
    Ciekawe, czy zgadłam?
    Pozdrawiam z PL, Greta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to stojaki na kalosze! Ja nie miałam takich skojarzeń, bo mimo że mieszkam w Anglii od lat, to kaloszy nie lubię i nie noszę :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  21. W Australii również farmer to szanowana profesja, hobby-farmer jeszcze bardziej.
    Sklepiki w pierdółkowie też są nieźle zaopatrzone, ale daleko im do tego prezentowanego powyżej.
    Im dalej od wielkiego miasta tym gorzej. W Dimboola, 350 km od Melbourne był to bardzo przygnębiający widok ==>
    http://drugiezyciebloggera.blox.pl/2014/10/W-malym-miasteczku.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie, to nie wiem, czy tu farmer jest szanowaną profesją. Myślę, że czystej krwi rolnicy do takich sklepów jednak nie chadzają. Częściej chyba zasobne towarzystwo z middle class (albo jak skomentowała Opakowana - nuworysze; choć śmiem twierdzić, że nie tylko :)), które z rolnikami ma tyle wspólnego, że kupuje jedzenie na 'farmers markets' :)

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!