Searching...
czwartek, 4 czerwca 2015

Rachunek za załatwienie pracy

Spotykamy się na herbatce.
Słyszałam o tobie wiele, bo on nie mógł się już doczekać, kiedy do niego dołączysz.
"Isia przyjeżdża!" - zemocjonowany przypominał o tym mojemu mężowi po kilka razy na tydzień.
"Isia i dziewczynki! Zobaczysz, jakie mam cudne córeczki! Moja Isia ..." - rozmarzał się.


I wreszcie siedzisz w mojej jadalni, zmaterializowana, nad szklanką herbaty z mlekiem.
Bo smak herbaty z mlekiem nie jest ci obcy, bo poprzednim krótkotrwałym romansie z Brytanią.


Lubię cię.
Już od samego początku coś między nami klika.
I jak się później okaże, splot różnych przypadków był tak moim jak i twoim udziałem.
Ślizgałyśmy się po podobnych zakrętach życia i to nas jeszcze bardziej zbliża.
I dlatego chcę ci pomóc.
W końcu mieszkam tu już od prawie piętnastu lat i rozgryzłam system.
Ty jesteś zdeterminowana, żeby zacząć wszystko od nowa, bo w Polska skopała ci dupkę.
Witam w kręgu nieudaczników, którzy wybrali emigrację.
 

Nie liczysz na życie na koszt angielskiego podatnika.
Chcesz zakasać rękawy i wziąć sprawy w swoje ręce.
Masz zawód, który kiedyś pozwali ci na zarobienie całkiem sensownych pieniędzy.

W przyszłości.
Bo na razie jeszcze nie.
Na drodze stoi bowiem potężny potwór, który żywi się papierem i angielskimi słówkami.

A ty z angielskim jesteś na bakier.
Szybko mianujesz więc mnie swoim osobistym tłumaczem i doradcą emigracyjnym.
W końcu (chwilowo) nie pracuję więc mam dużo czasu.


Proponuję, że będę cię uczyć angielskiego, domyślając się, że wydawanie paruset funtów na kurs językowy jest na samym końcu listy potrzeb początkującego emigranta.
Z nauki niewiele nam wychodzi. Jesteś niezła w wyszukiwaniu wymówek, to muszę ci przyznać.
Trudno.
Czas 'zaoszczędzony' na lekcjach wykorzystuję na trening zawodowy.
Dzielę się zupełnie bezinteresownie wiedzą zdobywaną latami.
Podpowiadam od czego zacząć, tłumaczę na co zwracać uwagę, wyjaśniam tajniki myślenia Anglików.
A w wolnym czasie wożę po przychodniach, wypełniam stosy formularzy, zapisuję ci dzieci do szkoły.
Po raz milionowy wpisuję twój adres, nazwisko panieńskie i telefon.
Umiem je już prawie na pamięć, w przeciwieństwie do ciebie.
Próbuję w żartach zmotywować cię do nauczenia się numeru własnej komórki
grożąc, że jeśli następnym razem będziesz musiała go sprawdzić, to nie wypełnię ci już ani jednego papierka.
Uczysz się, bo papierków przybywa: ubezpieczenie na samochód, podanie o brytyjskie prawo jazdy, formularz uprawniający do otrzymania zasiłku na dzieci.
Samo otrzymanie szacunkowych cen na ubezpieczenie samochodu wymaga wklepania tony danych: adresu obecnego, adresu poprzedniego, modelu samochodu, historii wypadków, rozmiaru silnika, koloru karoserii.

Owszem, prosisz mnie grzecznie, dzwonisz, umawiasz się, dziękujesz, ale ta papierologia zaczyna mnie męczyć, tym bardziej, że mój przymusowy urlop właśnie się kończy i zaczynam pracę w pełnym wymiarze i ... ciążę :)

Coraz częściej, po dwóch godzinach spędzonych na załatwianiu cudzych spraw puszczają mi nerwy ...
Wtedy dajesz mi trochę wytchnienia, udając się do szwagra, który mieszka w tym samym miasteczku. Niechętnie, gdyż nie żyjesz z nim w najlepszej komitywie, bo powiedział ci wprost, że ma już dosyć wpisywania po raz n-ty twojego adresu w kolejny formularz.
 

A ja nie jestem asertywna.
Powtarzasz mi na okrągło.
I masz absolutną rację, bo po kolejnej scysji ze szwagrem nie potrafię ci odmówić. Szczególnie, że zaplanowane wizyty zastępujesz co raz częściej niezapowiedzianymi nalotami, a sms-y telefonami wykonywanymi tuż pod moimi drzwiami.
Już nie raz kusiło mnie, żeby ci po prostu nie otworzyć, ale mam jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że masz zdolność prześwietlania murów i dobrze wiesz, że jestem w środku.
Więc otwieram.
I krew mnie zalewa, gdy widzę kolejną teczkę pełną papierów.
I gdy widzę, że masz w dupie moje rady.

Nie zapisałaś się do biblioteki, co nic nie kosztuje, a można tam przez godzinę dziennie korzystać z internetu za darmo, wypożyczać książki dla dzieci, słowniki, materiały do nauki angielskiego, czyli korzystać z dobrodziejstw inwentarza do woli, szczególnie, gdy dzieci są w szkole, a poszukiwania pracy wciąż w toku, co daje - odjąwszy dowożenie do szkoły - bite pięć godzin dziennie!

Nie chcesz wykupić sobie nielimitowanego dostępu do internetu. Wolisz zapłacić parę funtów mniej za ten w komórce, który starcza ci ledwie na tydzień.

Zwlekałaś dwa miesiące z zapisaniem młodszej córki do szkoły, co kończy się umieszczeniem dzieci w dwóch różnych placówkach (liczba formularzy siłą rzeczy podwaja się).

Nie zaczęłaś procesu nostryfikacji dyplomu.

Nie nauczyłaś się słownictwa branżowego z listy, którą ci przygotowałam, żebyś nie prosiła mnie o tłumaczenie każdego ogłoszenia o pracę znalezionego na gumtree.com

 
Nie zarejestrowałaś się w żadnej agencji pracy - wolisz chodzić od jednego domu opieki do drugiego, pytając się czy przypadkiem kogoś nie potrzebują.
Choć ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w jednym z nich dostajesz parostronicowy formularz.
Z którym natychmiast przychodzisz do mnie.
Wypełniam go w nadziei, że wreszcie uda ci się gdzieś zahaczyć.




Nie, nie tylko dlatego, że nie będę już musiała wypełniać kolejnych rubryk nasycając bazę danych nazwą twojej podstawówki, adresem pierwszej pracy, historią zatrudnienia czy informacjami o stanie zdrowia.
Wiem, że jest wam finasowo ciężko i szczerze życzę ci poprawy sytuacji.
Idziesz na pierwszą rozmowę o pracę i łamanym angielskim przekonujesz ich, że będziesz idealną kandydatką na to stanowisko.
Dom opieki znajduje się dwie ulice od twojego mieszkania.
Dwie ulice!
Nie będziesz musiała płacić ani pensika za dojazdy, będziesz mogła odbierać dzieci ze szkoły i wracać do domu o sensownej porze.
Gratuluję ci, ściskam serdecznie i wyjeżdżam na wakacje do Polski, by tuż po przyjeździe dowiedzieć się, że pracy jednak nie podjęłaś.
Nie odpowiadał ci system zmianowy.
Zaczynam powoli podejrzewać, że szukasz drogi na skróty.
Że chcesz znaleźć się w tym samym punkcie co ja, pomijając tę dekadę małych kroczków, godzenia pracy zawodowej z opieką nad dziećmi, płacenia horrendalnych pieniędzy za opiekunki i poznawania systemu od środka.
 

Tak więc pielgrzymki trwają nadal.
Bo nie masz drukarki, bo nie masz edytora tekstu (!), bo wyczerpałaś internetowy limit.
Bo znalazłaś kolejną pracę i potrzebujesz, by ktoś napisał ci porządne CV.
Surprise, surprise ... pada na mnie.
Właściwie to mogę przecież tupnąć nogą i powiedzieć basta, ale naprawdę cię lubię i chcę ci pomóc.
A poza tym myślę sobie, że przecież już za chwileczkę, już za momencik operacja pod kryptonimem 'praca dla Isi' dobiegnie do końca.
Zresztą czy jest sens, po tylu godzinach zainwestowanych w ciebie, targować się o 'ten moment', który (w twoim mniemaniu) zajmie mi kolejna papierkowa robótka?
Po dwóch godzinach szperania w googlach konstruuję więc zgrabne CV, uwzględniając w nim te wszystkie ukochane przez Anglików kruczki w stylu znajomości procedur i przywiązywania wagi do pisemnego dokumentowania każdego kroku, wrażliwości na otaczanie szczególną opieką dzieci, osób starszych i niepełnosprawnych oraz otwarcie na wszelką różnorodność i inność, czy to religijną, etniczną czy seksualną.
Trochę się denerwujesz, czy - biorąc pod uwagę twoją znajomość angielskiego - nikt się nie przyczepi do tak elegancko napisanego życiorysu, ale udaje mi się wyperswadować ci, że to tylko przynęta i że obie strony wiedzą doskonale, że na nie pretendujesz do tytułu
profesora anglistyki.
Pani rekrutująca nie omieszka później pochwalić 'ciebie' za doskonałą 'cefałkę'.
 

Na szczęście pozostałe dokumenty wypełnia się online, więc stosuję metodę 'copy-paste'. Staram się zoptymalizować mój czas pracy na wolontariackim stanowisku menedżera zasobów ludzkich.Twój życiorys już dawno stał się stałą pozycją na pulpicie mojego laptopa.
Historia wykształcenia, historia zatrudnienia, historia zamieszkania (adresy do pięciu lat wstecz), spis umiejętności, zdolności, zainteresowań, pomysłów na osobisty wkład w rozwój firmy oraz preferowanych godzin zatrudnienia.

Pracę dostajesz i cieszysz się jak głupia.
Jestem z ciebie dumna, bo dałaś sobie radę na rozmowie o pracę i teście.

Jestem z siebie dumna, bo ... po roku nękania zapisałaś się na kurs językowy!

Jeszcze tylko trzeba wypełnić podanie o wystawienie zaświadczenia o niekaralności i dostarczyć referencje od ostatniego pracodawcy.
Tak, tego z Polski.
Pracodawca jest życzliwy, referencje wystawi, jak najbardziej, tylko Isia, ty się nie wygłupiaj i nie każ nam tego pisać po angielsku. Napisz, wyślij, a my podpiszemy.
Awansuję więc tym razem na szefa placówki. A właściwie na dwóch (bo dwóch świadków trzeba) i skręcam się w bólach, tworząc dwa różne listy rekomendujące Isię jako pracownika nieskazitelnego i godnego zaufania.
Jeszcze tylko szybka wymiana maili, parę wydruków i ... otrzymujesz zaproszenie na szkolenie.
 

Z osobistej sekretarki przeistaczam się w trenera personalnego.
Przekonuję że nikt z pracowników domu opieki społecznej nie spodziewa się erudytów cytujących Szekspira w oryginale, tłumaczę że oprócz szkolenia na pewno zapewnią ci instruktora, który powoli wprowadzi cię w świat balkoników, podnośników i łóżek przeciwodleżynowych.
Zachęcam, podnoszę na duchu, dopinguję.

Sms! Jest praca! Ruszasz od marca!
 

Oddycham z ulgą.
 

Wieczorem wpadasz do mnie ... z sześciostronicową umową o pracę.
Musisz złożyć podpis, ale najpierw przecież musisz się dowiedzieć, co podpisujesz.
Z sekretarki awansuję na doradcę prawnego.


*****


Rachunek za załatwienie pracy?
Sporo przekroczył zdolność kredytową.

I przeniósł mnie na złą stronę mocy.
Tam, gdzie 'Polaczki zagranico sami majo, a nie pomogo'.
No nie pomogo i już!
I niech mnie w dupe pocałujo!




czwartek, 4 czerwca 2015

17 comments:

  1. Słyszałem podobne historie od znajomej. Tylko ona ma mniej cierpliwości i szybciej się wkurza.
    Zdaje się, że jesteśmy dość leniwym narodem. Umysłowo. Polak ostatecznie gotów jest się natyrać fizycznie, to jeszcze tak, ale żeby zrobić wysiłek umysłowy, to już nie każdy. A nawet wielu nie, jeśli dobrze zrozumiałem opowieści stamtąd. Nic dziwnego, że w Ameryce opowiadają polish jokes. Czy w GB też?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie też. Ja za wielu nie znam, oprócz paru historii o Polakach jedzących królewskie łabędzie i pijących wódkę na śniadanie.
      Co do lenistwa umysłowego, to się zgadza, szczególnie że teraz niemalże WSZYSTKO jest na wyciągnięcie ręki i za naprawdę śmieszne pieniądze. Jak ja zaczynałam swoją przygodę na Wyspach Szczęśliwych, to na internet musiałam chodzić do kafejki internetowej, a w bibliotekach nie było ani polskiego działu, ani zbyt wielu materiałów do nauki języka.
      Teraz na wyciągnięcie ręki są kursy językowe, słowniki online, blogi, fora internetowe.
      Ale przecież lepiej jest mieć polską telewizję i prosić o pomoc innych.
      W końcu dla nich 'to moment'; nie muszą przecież szukać każdego wyrażenia w słowniku, c'nie?

      Usuń
  2. Skad ja znam cos podobnego... juz tak dawno, ze na szczescie prawie zapomnialam. Nie daj sie zjesc ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też już takich historii mam coraz mniej na podorędziu. Uodparniam się, ale jak widać na załączonym obrazku, nie do końca skutecznie :)

      Usuń
  3. Ta panna napiera.
    Ale gdzie twoje granice ?
    Jak ich nie stawiasz, to pulpa tak ma, że zalewa.
    Wyuczona bezradność jest jedną z lepszych (tzn. skuteczniejszych) strategii przystosowawczych.
    Opowiedziana przez ciebie historia jest tylko kolejnym na to dowodem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje granice?
      Moje granice są dość jasno nakreślone, gdy chodzi o obcych i ... moje dzieci. Tu sobie nie dam wejść na głowę, he, he (przynajmniej tak chcę myśłeć :)))
      Schody zaczynają się ze znajomymi, których sama 'zapraszam do mojego ogródka'. Co mi szkodzi - myślę sobie - pozwolić pozbierać dorodne czereśnie, które rosną tak obficie, że aż się drzewko ugina. Proszę, wejdź gościu i narwij sobie - zapraszam.
      I myślę, zgodnie z moim wewnętrznym standardem, że gość narwie sobie kubełek, podziękuje i pójdzie. A tu ani się obejrzę, a czeresienka obskubana do ostatniego owocu, a i parę gałęzi po drodze 'się połamało'.
      I tak to właśnie jest z moimi granicami.
      Osoba z opowiastki w sumie robiła wiele, żeby pokonać tę swoją emigrancką bezradność (bo naprawdę jest to osoba rzutka i życiowo zaradna, ale jednak ograniczenia językowe swoje robią), więc byłam zmotywowana, żeby jej pomóc.
      Ale zaczęło być tego za dużo.
      W końcu - z czego jestem szczęśliwa i dumna - stanęła dość mocno na obie nogi.
      Mogłabym więc sprawę puścić w niepamięć.
      Ale to napieranie, ta eksploatacja mnie jednak trochę stłamsiły i musiałam się przewentylować na blogu :)

      Usuń
  4. Prawie wdepnelam w cos podobnego. Poproszona o pojscie do urzedu aby dowiedziec sie o "cos tam", bez wahania sie zgodzilam i poszlam, ciagnac za reke corke, zamiast pojsc z nia na plac zabaw. W drodze oprzytomnialam, ze robie przysluge dla 4 doroslych osob + nastolatka mieszkajacych w UK od ok 5 lat, ktorzy caly wolny czas spedzaja przed polska telewizja. Omijam szerokim lukiem.
    Proponuje wymowki a najlepsza to powrot do pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powrót do pracy nastąpi niedługo, ale jak napisałam - i ten poprzedni też nic nie pomógł. Osoba nawiedzała mnie w weekendy, co było jeszcze gorsze :)
      Polska telewizja w UK to dla mnie załamka. Owszem, można coś obejrzeć, ale przecież oglądanie angielskiej telewizji to darmowe lekcje języka. Ehhh ...
      A co do wymówek, to jestem w tym bardzo kiepska. Jak kłamię, to rośnie mi nos :)

      Usuń
  5. gratuluję malutkiej istotki oraz tytułu z poprzedniej notki.
    mieszkam w innym kraju ale mechanizm ten sam.Prym wodzą Ukraińcy,bo alfabet inny,bo trudno w internecie,bo brak karty credytowej ( zakup biletów lotniczych) bo urzędnik mówi za szybko,mimo,że ja jestem w tym kraju krócej niż oni,bo umowa o np.internet ma tyle punktów, bo wychowawczyni córki w szkole zwraca się do nich po katalonsku,do mnie też! Bo kolega kolegi chce kupić cos tam i nie wie gdzie i jak ,może przyjsc ( człowieka nigdy wcześniej na oczy nie widziałam) bo trzeba iść na policje bo paszport,bo kara etc..i jeszcze czy moze iść Twój mąż bo przecież on obywatel tego kraju. Musze poćwiczyć asertywność!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Lui :)
      Myślę, że z mężem tubylcem ('tambylcem' :))) masz pewnie jeszcze trudniej.
      A jak odmówisz, to pewnie jesteś zołzą do szcześcianu, bo w domu takie niewyczerpane źródło wiedzy, a ty się nie chcesz dzielić :)
      Ja rozumiem, że można pomóc, że nam nie raz pomagano, ale jak to zaczyna urastać do instytucji dla bezradnych emigrantów, to coś się w człowieku gotuje.
      A jak się białko zetnie, to wiadomo - że to proces nieodwracalny.
      I stąd się właśnie biorą niechętni innym rodakom Polacy za granicą.
      Ugotowani przez własnych ziomków :(

      Usuń
  6. Skarb, ja bym chciała do ciebie napisać, ale prywatnie, ale nie wiem jak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy skarb, to nie wiem. Z tego 'skarbowania' to rodzi się głównie frustracja.
      Przepraszam, ale byłam trochę zajęta. Postaram się odpisać wieczorem.

      Usuń
  7. A co szanowny zemocjonowany mąż Isi zrobił, żeby jego (!) żona dostała pracę?!
    Przepraszam, że spytam, ale czy nie szkoda Ci czasu na takich darmozjadów? Przecież to czas Twojego życia. Lepiej z rodziną spędzić albo nawet z książką czy w ogródku. Pomagać trzeba tym, którzy pomocy potrzebują i można tym, którzy sami coś usiłują, ale im z różnych przyczyn nie wychodzi. Skoro Isi romans z Brytanią nie wyszedł a Polska skopała jej dupkę to...naprawdę się dziwię, że ktoś się z nią ożenił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mąż zrobił niewiele, tego się nie da ukryć. A raczej - śmiem twierdzić - przyczynił się do pewnych opóźnień i zawirowań, przerzucając na Isię wiadro swoich własnych fobii.
      Co do ożenku, to wiesz ... nie tylko zaradni ludzie są w związkach :)
      No i może przedstawiłam to jakoś super dramatycznie (bo mi wtedy Isia zalazła za skórę, oj zalazła, nie będę ukrywać), ale to naprawdę zaradna osoba, tylko że niestety nieznajomość angielskiego potrafi całkowicie rozbroić.
      A ponieważ wiele rzeczy się nałożyło: nowy początek, stres związany z przeprowadzką, tym razem z dziećmi, chęć szybkiego ułożenia sobie życia na nowo, to motywacja do nauki angielskiego była dość niska. Choć wydaje się, że powinno być odwrotnie, ale widocznie to była ta góra nie do przejścia.
      Dlaczego jej pomagałam?
      Bo to naprawdę fajna osoba, która rokowała na to, że szybko stanie na własnych nogach, co też się stało. Mam właściwie satysfakcję, że mogłam jej pomóc, choć nadal twierdzę, że ta pomoc była na mnie wymuszona i wyciśnięta siłą.
      I trochę ochłodziła moje wrodzone poczucie misji zbawiania całego świata :)

      Usuń
    2. A poza tym, w momencie kiedy ktoś cię prosi o małą przysługę po raz pierwszy, to nie widzisz tej potencjalnej piramidy piętrzących się problemów.
      Myślisz sobie: "No przecież nie jestem jakąś zadufaną, egoistyczną bzdziągwą! W końcu to jeden formularz". Przy kolejnej prośbie myślisz sobie: "No dobra, co mi szkodzi. Jeden formularz więcej". Potem już ci głupio przerwać, bo dlaczego niby teraz miałabyś powiedzieć 'nie'. Pomagasz więc, licząc na szybki koniec i tak to się kręci.
      Przynajmniej w moim przypadku ...

      Usuń
  8. Niestety... takie znajome i smutne jednocześnie. Najgorzej,że kiedy już cel (praca,mieszkanie itd.) zostanie osiągnięty to już nawet taka osoba bezinteresownie nie wpadnie na kawkę,żeby pogadać,tak po ludzku,bez interesu do załatwienia... ehhh...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak się niestety i w tym przypadku stało (choć owa obojętność miała swoje korzenie trochę gdzie indziej):
      http://szeptywmetrze.blogspot.co.uk/2016/02/jak-sie-traci-przyjacio-na-emigracji.html

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!