Searching...
piątek, 17 czerwca 2011

Jest takie miejsce ...

Jest takie miejsce na zbiegu dróg, gdzie się spotyka z zachodem wschód...
Klimaty "świątkowo-martyrologiczne" są mi zupełnie, ale to zupełnie obce. Ta jednak piosenka zawsze wywołuje gulę, albo gęsią skórkę, jak kto woli.
Bo jest taka prawdziwa.



video


I takie też miejsce "na zbiegu dróg" znalazłam tu w Anglii.
Wiem, wiem, to się zupełnie kłóci z kontekstem tej piosenki i brzmi śmiesznie w ustach emigrantki (odbierając mi "święte prawo bez dwóch zdań"???), ale ja ją traktuję bardziej symbolicznie niż dosłownie.


To zdjęcie katedry w Lincoln - moje miasteczko nie jest ani tak 'średniowieczne', ani tak nastrojowe. Spora jego część to zwykła podlondyńska sypialnia, ale klimat centrum, a nawet kościół jest podobny :)

Najpierw był to 'wschód', czyli totalna 'nierazbiericha' londyńska. Mieszanka, bałagan, nikt nic nie wie - uroki życia w dzielnicach emigranckich, moje dzieci jako jedyni reprezentanci rasy kaukaskiej :) Anglików prawie nie znaliśmy. 






Chcieliśmy stamtąd uciec, bo mimo poznania wielu fantastycznych ludzi, mimo fajnych przyjaźni, ogólna atmosfera tamtego miejsca była przygnębiająca. Poczucie niespełnienie i frustracji tudzież ogólnie panujący tumiwisizm i sam-sobie-rzepkę-skrobactwo były dla mnie nie do zaakceptowania na dłuższą metę.

Uciekliśmy.

Do małego, słodkiego, na wskroś angielskiego miasteczka. To był nasz ekskluzywny i poukładadany 'zachód'. Tu nasze dzieci były jedynymi emigrantami (no, parę rodzynków w klasach równorzędnych się by jeszcze znalazło). Było fajnie i miło. Wcale nie tak, jak nas staszyli inni, że będziemy wyizolowani i poznamy PRAWDZIWE OBLICZE ANGLIKÓW (że niby oschli, nieprzystępni, poklikowani).
 

Poznaliśmy trochę ludzi - choć trwało to dość długawo i opornie. Przyjaźnie ... hmmmm, raczej się nie zawiązały. Wszyscy byli dla nas mili, pomocni, zaskakiwali uprzejmością.

Ale ... no właśnie, było jednak małe 'ale'.
Nie pasowaliśmy tam. Czuliśmy się jak ulepieni z innej gliny. My - wiecznie zabiegani, zapracowani, przemęczeni. Oni - zamożni i zasobni, wiodący spokojne, sielankowe - wydawałoby się życie. Mamusie siedzące w domu, wychowujące, dopieszczające, doglądające, piklowo-przetwarzające, wyszywające, planujące w lutym pikniki na lipiec, chatytatywnie się udzielające. 

A ja ciągle w pędzie, zapominająca co chwila o tych wszystkich przebierankach-srankach i innych eventach, marząca o spokojnym piątkowym wieczorze przed komputerem a nie o urodzinach, sleep-over'ach i innych rozrywkach, klubach, baletach.
 

Tatusiowie - w garniturkach od Armaniego zasuwali codziennie do City po grube pieniądze. Mój mąż ... nielubiący formalnych strojów (powiedzmy eufemistycznie), choć grubymi pieniędzmi by pewnie nie pogardził :))
Oni zresztą chyba jednak trochę traktowali nas jak lokalne osobliwości, sądząc po pytaniach, które czasami zadawali...


Wyprowadziliśmy się.
Kombinacja różnych zaistniałych sytuacji, niezależnych w większości od nas, spodowodowała, że podjęliśmy - najpierw z żalem, a potem jednak z ulgą - decyzję o zmianie miejsca zamieszkania.

Przenieśliśmy się do nie bardzo odległego miasteczka (Londyn bye-bye forever and never again!). Takiego na granicy 'zachodu' i 'wschodu'.

I jakoś pokochałam to miejsce. Dobrze się tu czuję. Lubię tu wracać. Lubię spokój i ciszę naszej ulicy, a także bliskość centrum z wszystkim czego trzeba do codziennego funkcjonowania. Polski sklep w pobliżu też jest gratką nie do pogardzenia ;o)
Bo jak wracam po ciążkim dniu pracy z Londynu i widzę z pociągu takie sielankowe widoczki, to już się czuję zrelaksowana.





 
I może lać cały piątkowy wieczór i sobotę i niedzielę.
Nie rusza mnie to.

Dobrze mi tu.


piątek, 17 czerwca 2011



2011/06/17 22:15:35
Moja Najstarsza też zaczęła od Londynu. Zarabiała bardzo dobrze, ale wyjechała na prowincję "za chłopem";) Jej partner nie znalazł pracy w Londynie, wyjechał, a ona zostawiła te duże pieniądze dla niepewności małego miasteczka.
Nie żałowała ani przez chwilę. Tam jest Jej prawdziwy dom. A i ja mocno polubiłam to miejsce:)
Fidrygauko:) Dziękuję, że mnie znalazłaś. Twój kawałek świata jest wspólną częścią świata mojej Najstarszej:)

2011/06/17 22:58:08
Zawsze warto szukać swojego miejsca na ziemi. Takiego, gdzie będzie się czuło jak u siebie. I warto dążyć do zagnieżdżenia się w nim na stałe.
Mam takie miejsce, ale mogę o nim tylko marzyć... I tak bywa.

2011/06/21 19:07:26
@Semiranno, namów córkę, żeby pisała bloga ;) Niech bierze przyklad z mamy ;)

@Rest5, marzyć zawsze warto. To miejsce to może nie jest jeszcze to moje super wymarzone, ale ... nie będę się bawić w żonę rybaka, tego od Złotej Rybki ;)

2011/09/05 01:08:44
nie ma to jak odnaleźć swój kawałek nieba. Ja też czuję się tu, czyli w moim miasteczku, już jak u siebie.

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!