Searching...
sobota, 20 lipca 2013

Jak nie urok to ... nowa menażeria!

Jak nie urok, to przemarsz wojska. W wersji drastyczniejszej - sraczka.
Pamiętam, jak mnie w dzieciństwie szokowało to słowo w ustach mej bardzo zacnej i ułożonej mamy, która w momentach desperacji 'rzucała' tą sraczką w te i we wte, dając upust nagłej frustracji.


I jam sfrustrowana. Uprzedzam na wstępie, żeby nie było niejasności.
Czytać dalej nie ma przymusu. Pocieszania niekonieczne (aczkolwiek próbować zawsze można). Oczekujących twórczości
radosnej z góry przepraszam.
Będzie się dziś ulewać.
Żółć, głównie.
Bo nie woda. Nie woda...

Tej jak na lekarstwo. Jak sobie napsikam szlauchem, ciesząc się jak głupia, że gmina nie wprowadziła jeszcze tzw. 'hose pipe ban' czyli zakazu podlewania ogródków wodą, za którą przecież płacę słone rachunki.

Nad Wyspy nadciągnęło pierwsze od siedmiu lat lato. A jak już się pofatygowało, to z tupetem i przytupem, grzejąc, prażąc, piekąc i wysysając wszelkie soki z ludzi, zwierząt, roślin, drewna, szkła i betonu.

Żar omija jedynie chwasty i
muchy. Te się mają nad wyraz dobrze, chyba że są w smole :)

Nie po raz pierwszy tęsknię za 'angielską pogodą'.
Niech pada, niech leje, niech będzie zimno.
Mówię to ja, zmarźluch, co się zowie :)


Żar dałoby się jeszcze jakoś wytrzymać. Tu i ówdzie zdarza się klimatyzacja, a i wysokie żywotniki w ogrodzie stanowią naturalny ekran przeciwsłoneczny.
Czynników stresogennych i żółciorodnych jest jednak dużo, dużo więcej.


1. Spanjardy

Mamy nowych sąsiadów. Po roku mieszkania obok spokojnych, nikomu nie wadzących, ba, nie za bardzo widocznych Portugalczyków, którzy zmyli się równie niepostrzeżenie jak żyli, do posesji obok wprowadził się tabun Hiszpanów.
Hiszpanie nie robią nic złego. Oni 'tylko' rozmawiają.
A że ich patio jest odgrodzone od mojego półtorametrowym płotkiem trzy metry od mojej kuchni to już doprawdy wina tylko i wyłącznie architekta (no i trochę spadzistości terenu).
A że głosów natura nie poskąpiła, to siła wyższa, nie mnie z nią walczyć.
A że drą ryje i przekrzykują się nawzajem, to przecież taka ich kultura i tradycja.


A mi się też chce drzeć ryj.
Z rozpaczy i bezsilności.
W zeszłą niedzielę impreza trwała od południa do północy, z małą przerwą na dyskusję międzypłotową, w czasie której próbowałam w miarę grzecznie i spokojnie wytłumaczyć towarzystwu, że dwanaście godzin wchłaniania dymu z barbeque i papierosów oraz słuchanie ich przeszywających mózg głosów jest z lekka poza moje siły.


W tygodniu Spanjardy trochę spasowały, ale przecież jest piątek wieczorem.
Trzeba zacząć świętowanie weekendu.
A Spanjardy, biedne studenty i dorywczy pracownicy wygnani kryzysem z kraju rodzinnego (Hiszpanie nowymi Polakami Europy :))) nie mają pieniędzy, żeby jak każdy 'porządny' mieszkaniec tej Pojemnej Wyspy, iść do pubu czy klubu.

Odreagowują więc emigracyjne stresy w swoim ogródeczku.
Dwa metry od mojej sypialni.

Nie straszne im słońce.
Parę godzin smażenia się w trzydziestopięciostopniowym upale nie stanowi dla nich żadnej przeszkody.


 Spanjardy. Niemalże na wyciągnięcie ręki.
Ich rozmowy są równie denerwujące rano, co wieczorem
(na zdjęciu tylko skromna reprezentacja tych, którzy tam bywają - bo ilu naprawdę mieszka, to nie wiem). Dzięki bardzo dużemu pochyleniu naszej ulicy ich ogródek jest jakieś pół metra wyżej niż nasz, a ich patio, około metra - więc jak widzę ich wychodzących z domu to na wysokości oczu mam ... ich kolana.

Część z Was zna sprawę (wylewałam żale na facebooku) i nawet podjęła dzielne próby pocieszania mnie - niestety, nadal czuję się bezradna i nie za bardzo wierzę w to, że policja czy gmina są w stanie cokolwiek mi pomóc (z tego, co przeczytałam w internecie szanse na jakiekolwiek załatwienie sprawy są bliskie zeru, szczególnie, że w sumie podwładni króla Juana Carlosa nie podchodzą pod klasyczne ASBO (zachowania antyspołeczne).
Na stronie mojej gminy stoi jasno i wyraźnie:


- Bądź realistycznie nastawiony. Twoi sąsiedzi mogą sugerować, że oni po prostu próbują cieszyć się komfortem swojego mieszkania i że to ty jesteś osobą nadwrażliwą i masz nierealistyczne żądania

-  [...] istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że zażalenia o sporadycznych (hmmm, czy każdy piątek, sobota i niedziela, to jeszcze sporadycznie???) imprezach czy głośnej muzyce będą brane pod uwagę. Takie rzeczy są częścią mieszkania w społeczności - wszyscy sąsiedzi są w pewnym stopniu sprawiają kłopoty, nawet ty.

Można prowadzić sobie dzienniczek przewinień sąsiadów i zgłosić sprawę do gminy, a nawet zażyczyć sobie mediatora, który bezstronnie, bez osądzania, bez uprzedzeń, bez dawania rad i opinii, bez gotowych rozwiązań, za obopólną zgodą (no to jestem bez szans) wysłucha obu stron spróbuje im pomóc dojść do porozumienia.

Tylko jak można pogodzić czyjąś chęć spania (w nocy) lub chęć wąchania kwitnącego jaśminu i słuchania śpiewu ptaszyn buszujących w tymże jaśminie z czyjąś chęcią rozmowy i jedzenia mięsa z grilla?

I tak, nawet ściągnęłam sobie ów dzienniczek do notowania 'niegrzecznego' zachowania sąsiadów. Tylko, że jakoś nie wyobrażam sobie wpisywania tam, co następuje:
Między siódmą wieczorem, a pierwszą w nocy Alvaro krzyknął 50 razy w stronę kuchni, a Pedro rechotał się rubasznym głosem. W tym samym czasie Manuelo dyskutował zawzięcie z Juanem, przekraczając mocno 60 decybeli (to wciąż 50 decybeli poniżej progu bólu), przekrzykując chichrające i pogwizdujące dziewczątka (o imionach nieznanych). 
Albo tak: między pierwszą a piątą sąsiedzi robili barbeque. Smród palonego mięsa przenikał moją świeżo wypraną bieliznę, a w kącie ogródka znalazłam DWA tajemnicze pety.

A oto niewielka próbka 'zwykłej rozmowy' moich sąsiadów. Nagrywając to stałam w drzwiach kuchni, które są jednocześnie wyjściem do ogródka. Nagranie jest dość ciche, a głosy w rzeczywistości słychać w każdym pomieszczeniu domu.
Najbardziej w naszej sypialni (w której - wiadomo - nie tylko się śpi :))))
Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek wyląduję ... w łóżku z Hiszpanem, a nawet kilkoma!






Nooooo, powyższy wywód można by potraktować jako wstęp do badań nad ... rodzeniem się uprzedzeń.
Bo ja na dzień dzisiejszy nienawidzę wszystkich Hiszpanów.
Gaudi niech się schowa, Marquez* nie umie pisać, a Santana* grać na gitarze.
Skasuję wszystkie hiszpańskojęzyczne klipy z playlisty na Youtube i nie tknę już w życiu paelli.

Picassa nigdy nie lubiłam, a Columbus i tak był przecież Polakiem :)
*poprawka: powyższe osoby są tylko 'Hispanic', co nie zmienia wymowy mojej puenty :)))

2. Surykatki

Jakby szczęścia ze Spanjardami było mało, mamy też nowych sąsiadów naprzeciwko. Małżeństwo, które wróciło po pięciu latach z placówki w Addis Abebie. Z dwójką dzieci. Dzieci są bardzo mocno spragnione towarzystwa innych dzieci. Przychodzą więc pod nasz płot i tam wyczekują, niczym surykatki (co w sumie nie powinno być aż takim zdziwieniem, gdyż te przeurocze zwierzątka zamieszkują również Etiopię).
Przypadli sobie wszyscy czworo ('surykatki' i dwójka moich młodszych) do gustu.
I teraz - równie blisko mej kuchni i salonu - odbywają się narady okołopłotowe, wspinanie się na nieukończony jeszcze domek (z którego można pięknie zlecieć na różne wystające elementy, czego doświadczył mój nieposłuszny syn), krzyki i piski, przechwalanki, chichranki i nawoływanki.
Gdy moich dzieci nie ma w ogródku, surykatki wspinają się na płot (od ich strony jest niski murek) i wystają tam do upadłego.
Wystają tam często też, gdy szanse na powrót mojego potomstwa są niewielkie, jako że przyssani są do szklanego ekranu.
Surykatki się tak łatwo nie zrażają.
Z braku laku lubią obserwować np. moje zapasy z niechcianym zielskiem i jak najbardziej chcianymi innymi przedstawicielami świata flory.
Tylko że ja niekoniecznie czuję się komfortowo z czwórką oczu wbitą w mój (pardon) zadek.
No i wydawało mi się, że podobno 'it's rude to stare' :)))




 3. Sen Szalonego Ogrodnika

Pozostając zaś przy temacie ogródka ...
Miejsce to, jak pamiętacie, było jedną wielką kuwetą, porośniętą chwastami.
Przez rok udało mi się doprowadzić go do jako-takiego stanu używalności, przy relatywnie małych nakładach finansowych (bo jak wiadomo, 'mature garden' podwyższa sporo wartość posesji, nie naszej posesji, co swoją drogą może się okazać błogosławieństwem, bo w razie czego po prostu zwiniemy manatki i zostawimy Spanjardów w spadku kolejnym wynajmującym :)))
Posadziłam parę krzaczków i kwiatków sezonowych. I owszem, parę iglaków się zadomowiło, ale w większości efekty moich zabiegów (dzięki upałom i kiepskiej glebie) nie są niestety najciekawsze:


Hortensja, tak, tak, ta z poprzedniego wpisu. Ta, którą prosiłam ładnie, by rosła. No jakieś tam nowe liście wypuszcza, więc kto wie, może za rok 'będą z niej ludzie' :)

 Maki. A w tle pożarte przez ślimole fiołki.

Byczki pożerane przez żuczki, które nadgryzają kwiaty tak konsekwentnie, iż te zwieszają głowy, zanim jeszcze zdążąna dobre rozkwitnąć

Pióropusznik Strusi, szczepka przeniesiona od koleżanki, gdzie faktycznie ozdabiała ogród pięknymi piórupuszami - u mnie się buntuje na całego.

 
Dalie. Co tu dużo gadać, w centrum ogrodniczym prezentowały się dużo lepiej :)

 jadalnia mrówek, czyli coś o zapomnianej nazwie, co w zamyśle miało wyglądać tak (w całej gamie zółci, pomarańczy i czerwieni)
 
 Trawa - to tak dla jasności, gdybyście się nie domyślili. Ale walczy dzielnie, walczy. Odbija, zieleni się gdzieniegdzie. Więc i ja ją wciąż pielęgnuję .

 Peonia. Jedna z trzech.
Ani myśli kwitnąć (już trzeci rok; pierwszy spędzony w doniczce)

Wino. Przywiezione z Polski w kwietniu. Ukorzeniało się więczność i straciło niemal wszystkie liście. A teraz, w swej łaskawości, wypuściło dwa i ani myśli piąć się wyżej. Jak tak dalej pójdzie, inwazyjne powojniki od Spanjardów przejma nad nim kontrolę).

4. Sraczka

A dokładniej łupież, który pojawił się na głowie mej córki, jako konsekwencja (jak mniemam) ciągłego odwszawiania. Preparaty wszozgubne bardzo wysuszają, gdyż mają na celu nie tylko uduszenie wszy, ale też zasuszenie jaj.
No to musi skuteczne są!

Także fajnie jest.
Czwarta nad ranem.
Spanjardy gościnne właśnie dwadzieścia minut temu opuściły posesję obok, waląc drzwiami na potęgę i nie przerywając konwersacji.
Czas iść spać.



sobota, 20 lipca 2013

39 comments:

  1. Och jakże metaliczną i zimną stroną życia obróciłaś się do nas, czytelników. Przedstawiłaś taki ogrom kataklizmów niedzielnym słonecznym rankiem...
    Czy aby nie za liczebna ta orda hiszpańska? Czy oni tam wszyscy nocują? W Polsce nie można podnajmować mieszkania osobom trzecim, może lokal winny zamieszkiwać cztery osoby, a nielegalnie przebywa ich tam siedemdziesiąt pięć?
    Gdybyś miała konia, możnaby spożytkować Twój trawnik, hm.
    Byczki????!! Hm u nas to turki są albo aksamitki, nie wiedziałam ,że maja na drugie byczki!
    A begonia Twa to nie piwonia alias peonia?

    Nie martw się, czekaj na deszcz. Gdzie jak gdzie, ale na wyspie musi za chwilę zacząć padać. Poza tym- jupi! już za 2 miesiące jesień i koniec wszelkich problemów :))

    A może lawenda???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monia, uwierz mi, to istne pandemonium :))
      Kataklizmy mają to do siebie, że przychodzą i odchodzą.
      A kropla drąży skałę. Czasami równie skutecznie i równie upierdliwie.
      Orda hiszpańska jest nie do skontrolowania. Może mieszkać, kto chce. Jak im udowodnisz, że tu mieszkają, a nie tylko przyjechali z wizytą na tydzień (miałam już podobny przypadek w Londynie - to stały punkt programu, znany dobrze gminom i ich urzędnikom; a w Anglii nie ma czegoś takiego jak meldunek, więc kręcimy się wokół własnego ogona)?

      U nas też alternatywnie aksamitki, ale to zbyt ładna nazwa na takie 'śmierdziuchy' (które, co prawda nadrabiają wyglądem :)))

      Peonia, peonia, rzecz jasna (poprawione, dzięki :)))

      A co do deszczu, to obawiam się, że Spanjarów nie wygoni. Siła funta jest potężniejsza. A gadać zawsze mogą w salonie, z otwartymi drzwiami do ogródka. Prawie na to samo wyjdzie przy ich potencjałem akustyczno-wokalnym. Zresztą te angielskie deszcze to totalna blaga.
      Fakt, zeszłej wiosny padało codziennie przez 3 miesiące, ale potem już tylko w porywach :)))

      Lawendy niestety zapachowo nie trawię :(

      Usuń
  2. Na Spagnoli proponuję zatyczki do uszu, ja sama je wypróbowałam we Włoszech gdzie też miałam podobny problem w postaci rodziny mordodzieców w odległości dosłownie trzech metrów od mojego okna. Marta przysyłała mi z Polski takie woskowe, początkowo mi nieco przeszkadzały ale później przywykłam i spałam jak suseł. Miejmy też nadzieję, że uciążliwi sąsiedzi znikną tak jak się pojawili a następni nie będą jeszcze gorsi choć sądząc po filmiku to chyba trudno pobić ich w generowaniu hałasu. Co do ogrodu jeśli tam się załatwiały koty to kwiaty nie będą dobrze rosły, trzeba by było nawieźć świeżej ziemi albo przynajmniej wykopać spory dołek, dużo większy niż bryła korzeniowa, nasypać dobrej ziemi i dopiero posadzić roślinę. Zresztą najczęściej odchorowują one zmianę środowiska, też z tym wojowałam w moim ogrodzie, hortensje wzięły się w garść dopiero w tym roku a zasadziłam je 3 lata temu. Przesadzana piwonia kwitnie w 2 lub 3 roku po przesadzeniu...Przepraszam, jeśli się wymądrzam bo może masz to opracowane, ja też się bardzo przykładam do mojego ogrodnictwa bo chciałabym żeby moja praca przynosiła efekty lecz wciąż mnie coś zaskakuje więc kupuję sobie różne użyteczne książki albo szukam w internecie żeby uniknąć rozczarowań. Mimo to roślinki nie raz mnie zawiodły, a to choroby, a to złe stanowisko, nawozu za mało albo za dużo, ślimaki, mrówki, mszyce, nornice, ciągle coś... Pozdrawiam i życzę wytrwania na obu frontach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatyczki byłyby nawet dobre i na moje dzieci, ale ... to uśpiłoby moją czujność (która w stosunku do moich dzieci jest jednak wskazana :)))
      To w ciągu dnia.
      W nocy ... na razie, po mojej przedwczorajszej ingerencji (kiedy o drugiej w nocy powiedziałam im, że wszystko nagrywam, żeby mieć w razie czego o czym rozmawiać z ich landlordem), na razie jest spokojnie.
      Nawet jak ich ciągłe gadanie mnie wkurza (wkurza totalnie, bo mam wrażenie, jak by mi siedzieli w domu), to nie będę się czepiać. Jedną party w tygodniu przeżyję :))
      W ogóle nie chce mi się wojny (wiem, wiem, wcale tego nie proponujesz :)))
      Widać, że jest w tej grupie dwóch, którzy się stawiają na całego ("To jest nasz dom i będziemy robić to, co będziemy chcieli i kiedy będziemy chcieli"), ale reszta jest bardziej nastawiona na współpracę.
      Zobaczymy, co będzie dalej.

      Co do ziemi, to na pewno masz rację (absolutnie się nie wymądrzasz; też kupiłam sobie parę książek, ale po pierwsze nie mam na razie za bardzo czasu zajrzeć, a po drugie nie chcę się dodatkowo frustrować) - ziemia jest kiepska: obsikana przez koty, i tonami gruzu i wapna zakopanego pod powierzchnią. Staram się trochę nawozić i dodawałam 'świeżą' glebę przy sadzeniu, ale pewnie potrzeba trochę czasu.
      No i trchę szkoda mi tak hołubić, bądź co bądź, nie mój ogródek. A nuż się trzeba będzie szybko ewakuować?

      Dzięki za życzenia. W obu przypadkach muszę uzbroić się w cierpliwość :)

      Usuń
  3. Sukienka dobrze rzecze. Ogrodnik zawezwany w temacie naszego lysego trawnika, pokiwal smutno glowa i orzekl, ze trzeba by zedrzec te warstwe dwoch centymetrow ziemi, ktora przykrywa beton i gline, nastepnie wykopac dol do Chin i wypelnic to mieszanina czarnoziemu, torfu i popiolow wulkanicznych. W koncu posiac najlepsza trawe i nad kazdym ziarnem postawic rotweillera, aby drob i inne latajace nie wyzarly. Calosc za jedyne tysiac piecset, dwa dziewiecset, wiec podziekowalismy. Na pocieche, trawa w ogrodzie sasiada, pieszczona i ochuchiwana, obsypywana i czesana grzebieniem kazdego wieczora po tej serii upalow wyglada gorzej niz nasza. Chodzimy wielce usmiechnieci :-)
    A na spanjardow - rotweillera!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba zbyt optymistycznie założyłam, że angielska trawa (w kraju miłośników hodowania i deptania trawników) jest posłuszna, układna i wytrzymała na wszelkie przeciwności.
      A tu taka niespodzianka!
      Próbowałam siać, ale ten ogródek był tak tragicznie zachwaszczony, że nawet po kopaniu do 10 cm wgłąb (małymi fragmentami), korzeni nie dało się usunąć i wybijały na potęgę, szybciej niż trawa. Dlatego eksperymentuję z rolkami, ale niestety pogoda mi nie sprzyja :(

      Rotweiller byłby chyba karą też i dla mnie (wiesz Kaczko, że ja niestety nie jestem wielką fanką zwirzątek, szczególnie tych mało przewidywalnych :)).
      Aczkolwiek zaświtał mi pomysł z ujadającym ratlerkiem, którego można by wytresować tak, żeby ujadał na dźwięk języka hiszpańskiego (nie wiem, co na to behawioryści ;)))
      Tylko jest tu pewien problem ... mój syn będzie zdawał GCES z hiszpańskiego :)))))
      Właściwie, to zamiast się wkurzać, to powinnam go wysłać na darmowe konwersacje pod płot.
      Tylko że ostatnio dyskutowali (jest tam też jeden Grek, więc konwersacja toczyła się łamaną angielszczyzną), że słowo 'pornografija' jest właściwie takie samo we wszystkich językach.
      Więc sama nie wiem ... :)

      Usuń
  4. Oczywiście powinno być RODZINA MORDODZIERCÓW. Pozdrawiam ponownie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Juz mialem na FB zasugerowac bys opisala te nierowna walke z gadajacymi Spaniardami, bo kolezanka, ktora konta na FB nie ma, pozbawiona byla tej historii, a czytac Cie uwielbia! Zdawalem jej relacje co prawda, ale to nie to samo, co porzadny blogowy wpis:)
    Szczescie w nieszczeciu ze te Spanjardy przez sen nie gadaja:) Nie wiem, czy to przeoczenie, ale posrod znienawidzonych przez Ciebie hiszpanskich osob i produktow, nie ma Rioji:) Pyszniutkie wino:) Zapewniam, ze po buteleczce tak wybornego trunku malo sie slyszy, a jak juz sie slyszy, to czlowiekowi i tak wszystko jedno:)
    Trawa, a raczej siano, ktore z niej zostalo... Mam ten sam problem. Podlewam i podlewam, a ona nic sobie z tego nie robi. Sa jakies pojedyncze zielone kepki, ale akurat wlasnie te nieliczne wybralo sobie potomstwo moje na rozlozenie piknikowego koca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pietia, pozdrów koleżankę (właściwie to sama ją z tego miejsca pozdrawiam, skoro lubi tu wchodzić :)))

      Spanjardy przez sen nie gadają, ale śpią średnio od pierwszej w nocy do późna (na pewno część z nich nie pracuje, bo widzę ruchy całodniowe, jak mam dzień wolny).

      Z tą Rioją to niezły pomysł, ale ... jednak do pracy też trzeba wstać :)

      Hi, hi, moje dzieci też uwielbiają brykać to tych resztach trawy, której jeszcze choć trochę chce się walczyć o przetrwanie :))
      Też kocyk jest w robocie!

      Usuń
  6. O w mordę! Toś popadła w kałabanię i czort karty rozdaje, jak to się u nas mówi... Przeżyłam coś podobnego, gdy na naszej ulicy, w odległości jakichś 100 metrów, w budynku dawnego kina, otworzono klub z dyskoteką. Chwilę oddechu mieliśmy tylko w okresach postu. Za to zaraz po nich oraz w wakacje, w weekendy nie było spania. Pomijam już huk muzyki, szczególnie upiornych basów, które, niby niegłośne, ale wprost rozsadzające czaszkę od wewnątrz; największy problem był taki, że klub nie miał parkingu. Samochody parkowały wzdłuż ulicy, czyli jakieś trzy metry od naszych okien. A towarzystwo lubiło przenosić się z klubu do samochodów, gdzie pili, darli ryje i trzaskali drzwiami....
    Przez parę dobrychlat po prostu musieliśmy to znosić. Nie pomagały interwencje policji, petycje do władz... Pomogła konkurencja i rachunek ekonomiczny;) Kino-dyskoteka po latach prosperity wreszcie upadła. Ku niewysłowionej radości i uldze mieszkańców ulicy.
    Ale cośmy sobie użyli, to nasze.
    A Ty rzeczywiście, w najgorszym razie zawsze się możesz wyprowadzić, choć pamiętam, że szukanie nowego lokum, to też nie jest na Wyspach bajka...
    Tak czy inaczej... Rany, masz przechlapane!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renya, to rozumiesz moją desperację i bezsilność!
      Choć na razie, jak napisałam powyżej, trochę spokojniej. Aż sama się dziwię i czekam na jaką burzę, po dwudniowej ciszy.
      Na razie 'tylko' oficjalnie im powiedziałam, że nagrywam ich wrzaski o drugiej w nocy (wychyliłam się z okna z WYŁĄCZONYM iphonem :))), żeby móc to odtworzyć właścicielowi.
      A jak już pisałam na facebooku, tutaj domy są wynajmowane przez ich byłych lokatorów nie tak jak w Londynie przez 'potentów posesyjnych', którzy często mają po kilka lokali na wynajem - i w pewien sposób zależy im na dobrych układach z byłymi sąsiadami.
      Więc jest to jakaś nadzieja ... choć niewielka.

      Czytałam w necie wypowiedzi osób, które przechodziły prze duuuużo gorsze sytuacje z sąsiadami. Ludzie (tak pisali) kończyli często na antydepresantach i z uszczerbkiem na zdrowiu.
      Do takiego stanu doprowadzać się nie zamierzam :)))
      I tu się okazuje, że wynajmowanie może mieć swoje zalety!

      Usuń
  7. O ale masz przechlapane jak to sie mowi :(
    Moze im puszczac muzyke powazna z okna, czytalam ze jakis wlasciciel sklepu tak przegonil uciazliwe nastolatki z przesiadywania pod jego sklepem.
    moje doniczki na balkonie tez padaja tzn roslinki w nich :(
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edyta, taki też miałam pomysł (Requiem albo Walkirię :))), ale ... to oznaczałoby, że ja też musiałabym jej słuchać, a ja lubię ciszę!
      Po drugie, wiesz jak jest w Anglii - sąsiad na sąsiedzie. Nie chcę dokuczać innym sąsiadom i karać ich za winy Spanjardów.
      A poza tym wygląda na to, że im raczej hałas nie przeszkadza ...

      Hodowlę kwiatków trzeba będzie odłożyć na następny rok :)

      Usuń
  8. Ja mam tuż za oknem willę pełną miłośników grillowania przy disco polo, a po przeciwnej stronie warsztat samochodowy. Co prawda w nocy na ogół da się spać, ale w dzień, kiedy pracuję, otwierać okien nie warto. Lepiej się dusić, naprawdę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami wybieram właśnie kiszenie się w środku, choć to WKURZAJĄCE :)))
      W końcu ja też bym chciała trochę poużywać swój ogródek.
      Uciekłam z Londynu w poszukiwaniu ciszy i spokoju. I miałam go przez ostatnie 3 lata. A tu taki zgrzyt!
      Ale wciąż liczę na to, że może sprawę da się jakoś załagodzić
      (= wychować Hiszpanów :))
      Niektórzy nawet proponowali oswojenie ich polską kiełbasą i wódką, ale jakoś nie mam przekonania :)))

      Usuń
  9. Potrzebne są Ci wakacje - oto rozwiązanie. Wyjedź gdzieś na tydzień, koniecznie sama i miej spanjardów i wszystkich innych w głębokim poważaniu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, Mikasia. Sama ...
      Marzenie ściętej głowy. Te wakacje mamy wyjątkowo zwariowane, bo jeszcze na dodatek przyjeżdża do nas kuzyn. Więc z wypoczynku nici.
      Staram się wmawiać sobie, że mnie to w ogóle nie rusza.
      No w ogóle nic nie słyszę. Tak jak ludzie mieszkający przy linii kolejowej.
      Na razie z marnym skutkiem :)
      Czekam na deszcz.

      Usuń
  10. Marquez nie był Hiszpanem .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest.

      Usuń
    2. Santana to Meksykanin.

      Usuń
    3. Anonimowy,
      Po pierwsze: gratuluję spostrzegawczości i uważnego czytania :)
      Po drugie: dobrze wiedzieć, bo tak naprawdę to ich lubię :)
      Po trzecie: to, że zaliczyłam ich do Hiszpanów, potwierdza dwie tezy:
      a) że czwarta rano to nie jest najlepszy czas na pisanie bloga - o czwartej rano wklepałam listę 'Famous Hispanics' i wybrałam parę znanych mi nazwisk, ignorując fakt, że Hispanics to nie Spanish :))
      b) że tak się właśnie tworzą uprzedzenia - niechęć do jednej rzeczy/osoby/wydarzenia przenosi się nawet na rzeczy pokrewne.

      Usuń
  11. Miałam podobny problem. Pomogło puszczanie nad ranem bardzo, bardzo głośnej muzyki będącej poza sfera zainteresowania sąsiadów. Był to Haevy Metal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedziałam już Edycie powyżej, że ... metoda na pewno jest skuteczna, ale to byłaby kara i dla mnie i dla innych sąsiadów :)

      Usuń
  12. Żółć to się zwykle wylewa z Twoich notek, gdyby był konkurs na największą zrzędę roku - Ty byś go wygrała. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepszy taki wentyl bezpieczeństwa niż ganianie sąsiadów z tłuczkiem do mięsa. Jak się nie podoba, czytać nie trzeba;)))
      A mi się podoba, sama chętnie wykrzyczałabym to co mnie boli. Ci co duszą w sobie wszelkie emocje zwykle kiepsko kończą... ;)

      Usuń
    2. Anonimowy z 22 lipca :)
      Otóż to, otóż to.
      No i napisałam przecież, że żółć się wylewa ze mnie, a z kogóż by innego. W celach jak najbardziej terapeutycznych :)))
      Gdybyś nie skomentowała poprzedniego pseudo-komentarza, zignorowowałabym zupełnie 'anonimowego' trolla z Izbicka z woj. Opolskiego, mającego internet w Netii SA, o numerze IP 178.37.0.25,
      bo podstawową zasadą jest nie karmić trolli, szczególnie takich, którzy nie czytają ze zrozumieniem (to chyba przypadłość wszystkich trolli).

      Szkoda mi tej osoby o masochistycznych zapędach, bo to w sumie całkiem dobrze wychowany troll. 'Twoich' napisał(a) z dużej litery, nie rzuca inwektywami i do tego jeszcze pozdrawia :)

      Miłego dnia Wszystkim :)

      Ps. Sobota i niedziela przeszły bez balangi!!!! Hurra!

      Usuń
    3. No tak, nie karmić trolli...Zapomniałam... to jest właśnie efekt tego niewykrzyczenia frustracji. Potem czytam teksty "ależ się z ciebie żółć wylewa", jeszcze ładnie by wyglądał dopisek, że to takie "typowo polskie" i właśnie za to "nie lubia nas za granicą" ;))) albo jeszcze np. "taki obraz polskiej emigracji tworzycie" ;). Czytam te teksty i, głupia, reaguję :D
      Jakbym ja miała takich sąsiadów to żółć lałaby się strumieniami jak Mickiewicza Wodogrzmoty ;)
      Również pozdrawiam

      Usuń
    4. Synergia, ja już przez to wszystko przechodziłam - byłam przez lata moderatorem na forum dyskusyjnym, więc 'napatrzyłam się' do woli i teraz po mnie to spływa, jak po kaczce. Nigdy tego nie zrozumiem, że komuś się chce pisać coś tak mało konstruktywnego, ale cóż ...

      Co do sąsiadów, to jak ktoś jest 'zepsuty' mieszkaniem w błogiej ciszy przez 3 lata, to później mu trudno zaakceptować taki nieprzeciętny łomot.
      Ale ... na razie szósty dzień bez żadnych incydentów. Sama nie wiem, co o tym myśleć!

      Usuń
  13. Wiewiór niezmiennie proponuje dzienne raporty na policji.
    A ja pewnie bym już na antydepresantach jechała. Już samo świętowanie Ramadanu w bloku na przeciwko doprowadzało mnie do granic wytrzymałości psychicznej. A co dopiero za ścianą, za wyspową ścianą (!!!!).... Wiewiór się w takich wychował, szczęściarz poniekąd, teraz zaśnie i popracuje w każdych okolicznościach dźwiękowej przyrody.

    A próbowałaś już zapukać do ich drzwi poza godzinami imprezy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bebe, poza godzinami imprezy jakoś mnie odrzuca, żeby tam w ogóle chodzić, ale mam plan (zgodnie z zaleceniami gminy) pójść do nich (jeśli się nie uspokoją) i grzecznie z nimi pogadać, jednocześnie wręczając im oficjalny list (wiesz jak tu jest - wszystko na piśmie!). To ma być chęć wykazania mojej dobrej woli do polubownego załatwienia sprawy.
      A później cóż ... pozostanie mi ten 'dzienniczek hałasu', choć cały czas mam wrażenie, że takie zapiski są śmieszne i z lekka żenujące.
      Moja wytrzymałość na hałas po całym dniu latania (i po trzech latach życia w ciszy) jest ograniczona.
      Policji nie wezwę, bo w nocy i tak nikt nie przyjdzie, a w dzień to oni przecież 'tylko' rozmawiają!

      Na razie chyba działa groźba nakręcenia wszystkiego na wideo, bo cisza już trzeci wieczór :)))

      Usuń
  14. Haa..haaa Hiszpanie potrafią być głośni :) ale jeszcze głośniejsi są przedstawiciele krajów Ameryki łacińskiej. Oni nie mówią oni krzyczą. Mam takich za sąsiadów i są przekleństwem, wiem wszystko o nich. Może Ci Twoi Hiszpanie to jednak nie Hiszpanie tylko przedstawiciele krajów gdzie językiem urzędowym jest hiszpański? Wiem, wiem staję w ich obronie bo sama posiadam takich na domowym stanie:) uwielbiam ich, kocham nad życie, bo przecież płynie w nich i polska krew, moja. Uwielbiam radość Hiszpanów, potrafią cieszyć się ze wszystkiego i są przy tym nastawieni bardzo przyjaznie wobec wszystkich. Może wystarczy zejść do nich i poprosić o spokój?
    Mieszkam na piętrze razem z obywatelami Pakistanu....nie życzę nikomu takich sąsiadów. Otworzenie okna na tak zwane patio de luz grozi zaczadzeniem się curry czy przejściem wszelkiego robactwa...Chodzą spać kiedy kury się budzą, co oznacza,ze co chwilę jestem budzona trzaskem drzwi, rykiem rozbawionej dziewczynki, dwuletniej, która np. o drugiej w nocy ma ochotę skakać lub odbijac piłkę o ścianę...
    p.s. wysłuchałam ich konwersacji pełnej zresztą oburzenia,na funkcjonowanie TV i internetu oraz zapachów dochodzących z ulicy. Osobnik, Hiszpan, w niewybrednych słowach wyraża soje niezadowolenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lui, nie wiem, czy to prawdziwi Hiszpanie, ale niektórzy nastawieni dość bojowo, jakby co najmniej na corridzie byli.
      Prosiłam już parę razy, ale niestety bez skutku, albowiem wyznają oni zasadę 'wolnoć Tomku w swoim domku' i najwyraźniej nie rozumieją, że są strasznie głośni.
      To, że oni są radośni, to nie wątpię, ale niech może tę swoją radość czy tam oburzenie, wyrażają nieco ciszej.
      Prowadzę podobne rozmowy z kolegą z pracy, który mieszka z Hiszpanem i często bywa w Hiszpanii - i on właśnie próbuje mnie 'oswoić' z ich mentalnością.
      Ale ja nie chcę poznawać ich mentalności, tylko chcę móc wyjść do ogródka i posiedzieć tam bez konieczności ciągłego słuchania czyjejś rozmowy (ja jestem gadułą, ale gadanie przez 12 godzin przechodzi wszelkie moje wyobrażenie!)

      Ja sąsiadów 'zapachowych' jeszcze nie miałam, ale pewnie są równie uciążliwi, co ci hałasujący.

      Pozdrów swoich Hiszpanów. Nie wątpię, że są kochani :)))

      Usuń
  15. O kurcze, to ci sie trafilo :/
    mam nadzieje, ze jak wojska i sraczka, w koncu... przejdzie.
    Ale chyba wydaja sie przystojni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie brzydcy, ohydni wręcz :)))

      Usuń
  16. Raz, że słabo wychodzi Ci zabawa w detektywa, gdyż jam nie z Opola.
    Dwa, że wypraszam sobie nazywanie mnie trollem, bo mam prawo do opinii takiej jak wcześniejsza.
    Trzy: trzeba umieć przyjmować krytykę nawet jeśli się z nią nie zgadzasz.
    Pozdrawiam
    Nie-troll

    OdpowiedzUsuń
  17. No, bieda...na takich sąsiadów to tylko wyprowadzka. Gmina nie pozostawia cienia wątpliwości, że będą ingerować - pewnie wygodnie zakładają, że środowisko samo się ureguluje.
    Widząc ogrom katastrofy nawet nie będę próbować pocieszać.
    Zbyt głośne rozmowy, rubaszny rechot, trzaskanie drzwiami i tym podobne zachowania to dla mnie najlepsze świadectwo braku wychowania tudzież wychowania w chlewie. I nic tu nie ma do rzeczy, że taka "kultura"... bo albo kultura, albo chamstwo. Są hałaśliwi Szwedzi a są i Grecy mówiący półszeptem.

    Surykatkom powiedz po prostu "precz!" - ewentualnie możesz powiadomić jakiś urząd ds dzieci i młodzieży, że coś Ci się wydaje, że w tym a tym domu to się rodzice nie przykładają, bo dzieci się włóczą i jak nic wkrótce padną ofiarą pedofila albo narkotyków. Powinny zniknąć.

    Co do ogrodu - wydaje mi sie, że przy takiej ziemi szkoda Twoich wysiłków. Może być nawet na groby (tutaj taka jest tańsza niż ziemia do doniczek/kwiatów/ogrodu), ale potrzebujesz jej dużo.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nemuri, z tą przeprowadzką to nie tak hola! Wiesz, jaki to wysiłek logistyczno-finansowy szukać mieszkania i przeprowadzić się z całym ekwipunkniem (meble wszystkie, oprócz kuchni są nasze)?!
    A poza tym szkoły, dojazd do pracy itp. - skoordynowanie tego wszystkiego jest koszmarne!!!
    Nie zamierzam tak od razu się poddawać. Najpierw zamierzam ich trochę powychowywać :)))
    Na razie czwarty dzień bez imprez. Hiszpanie prawie niewidoczni. Aż się zaczynam bać, czy to nie jakaś cisza przed burzą!

    Surykatki są niestety w swoim ogrodzie, trzy metry od swojego domu, a mama prawdopodobnie widzi ich z kuchni, tylko po angielsku nie reaguje. W końcu 'to tylko dzieci'. Fakt, że te dzieci są generalnie naprawdę bardzo miłe i w sumie to się cieszę, że tak się dogadały z moim, ale wolałabym, żeby jednak nie inwigilowały mnie tak namiętnie!

    O ogród też trochę powalczę (oczywiście, trochę przewrotnie i w linii programowej wpisu pokazałam tylko moje ogrodnicze porażki, ale coś tam jednak rośnie - może za rok, jeśli przewalczę Hiszpanów ;) - zrobię bardziej pozytywną fotorelację.
    A tak dla wyjaśnienia - te białe plamy na glebie, to wszechobecne chwilowo płatki jaśminu.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak tam dalej, Fidrygauko, uciszylo sie, emocje opadly? Czego wam zycze, tzw. swietego spokoju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Na razie się uciszyło, bo ... jestem na wakacjach w Polsce :)
      Mąż relacjonuje, że za płotem cisza, jak makiem zasiał. Hiszpanie na wakacjach, albo ... gromadzą siły na powitalne party :)))

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!