Searching...
wtorek, 16 sierpnia 2011

Londyn się wali!

Londyn się wali.

 to zdjęcie, tak swoją drogą, to instalacja z Margate :)
I nie, nie chodzi tu ani o radosną twórczość artystów ani też o  niedawne zamieszki ani o wyburzanie starych lub niefunkcjonalnych budynków, co jest tu normą - widocznie bardziej opłaca się zrównać wszystko z ziemią niż mozolnie odnawiać. (Jakiż przeżyłam swojego czasu szok, gdy po przyjeździe z Polski po wakacjach nie zastałam po drodze do domu ... naszego lokalnego szpitala - budowli bynajmniej niebagatelnej. Tylko zza ogrodzenia wystawała nieusunięta jeszcze sterta gruzu.)



Cóż więc się wali? - zapytacie.
Otóż w dosłownym tego słowa znaczeniu na razie jeszcze nic i to wydaje się być najbardziej zwodnicze, gdyż - paradoksalnie - zagrożenie ma związek z budowaniem :)


Nastała bowiem nowa moda wśród celebrytów, gwiazd maści wszelakiej, magnatów (finansowych) - jednym słowem wszystkich, dla których sześciocyfrowe pensje nie są niczym szczególnym - by rozbudowywać swoje posesje. 

Nie edwardiańskie dworki we wsiach zabitych dechami, nie elżbietańskie zameczki na prowincji, nie georgiańskie rezydencje w rejonach, gdzie noga parweniuszy nie postaje, lecz LONDYŃSKIE DOMY.


Domy usytułowane w Holland Park, Chelsea czy Belgravii. Piękne, z klasą i duszą, stylowe, monumentalne, tradycyjne i ... zbyt ciasne jak na wystawny tryb życia ich mieszkańców.

Ziemia, jak wiadomo, jest na Wyspach towarem niemiłosiernie drogim (również i stąd to wyburzanie - byle skrawek jest tego wart). Brytyjczycy mają awersję do wielgaśnych, niezgrabnych budowli. Jak więc rozwiązać ten problem? Gdzie upchnąć basen, siłownię, salon gier, studio nagraniowe, kino domowe, salę balową?



Rozwiązanie jest pozornie proste - KOPAĆ!

Rezydencje w bogatych dzielnicach, oryginalnie budowane bez piwnic, co najwyżej z suterenami, w których kiedyś zamieszkiwała służb, rozbudowują się w dół. I to mooooocno w dół, dzięki czemu zyskały sobie malowniczy przydomek: góry lodowe (iceberg houses - widoczna jest zaledwie niewielka część nad powierzchnią :))




I jest to nazwa jak najbardziej adekwatna, jako że rezydencje te nierzadko wzbogacają się aż po 3 kondygnacje wgłąb!!!


Gminni projektanci przestrzeni publicznej przymykają na ten proceder oczy, twierdząc, że nie mają przecież prawa zabraniać ludziom rozbudowywać ich własnych posesji. Ponadto - argumentują dalej inteligentnie - wspomniane wyżej ekskluzywne dzielnice wystarczająco długo odpierały naciski Kena Livingstone's i Borysa Johnson'a (byłego i obecnego mera Londynu), którzy mieli potężne parcie na budowanie drapaczy chmur, że ich mieszkańcom, dzielnie walczącym o zachowanie spójnej wizualnie linii architektonicznej zabytkowych dzielnic chyba też się coś od życia należy.
Czyż nie?


Szczególnie że rezydenci to zasobni, wpływowi, znani, prestiż dzielnicy przynoszący i swoją jaśniepańską obecnością windujący, szalone już i tak, ceny posesji w górę.
Dla których wyłożenie 500 000 funtów na samo tylko POZWOLENIE NA WYKONANIE ADAPTACJI jest przysłowiową betką.
Jak podaje Evening Standard, taką właśnie sumę wyłożył pewien potentat, któremu się zamarzyła podziemna trampolina (a więc i głęboki basen).
Inny zaś miał natomiast nieodpartą potrzebę posiadania własnego, przydomowego boiska do grania w squash'a oraz muzeum dla swoich wypasionych Ferrari.


Developerom zaś w to graj. Użyją wszelkich metod - od nagabywania, poprzez podlizywanie się aż po łapówki - by uzyskać dostęp do tego, co jest najbardziej chodliwym towarem - gruntów.

 

Zjawisko zaczyna przybiera już taką skalę, że wojna wisi na włosku. Wojna między ... samymi celebrytami, którzy zaczynają ostro naruszać prywatność sobie nawzajem.
 

Wąskie uliczki, z gęsto upchanymi szeregowymi rezydencjami (terraced houses) nie są przygotowane na potężne wykopki. Warczenie koparek, łomot młotów pneumatycznych, odgłosy kucia, walenia, wiercenia i siarczyste 'wiąchy' robotników rozlegają się tygodniami mącąc spokój, utrudniając ruch uliczny, rażąc wybebeszonymi 'wnętrznościami' miasta.

Pojawia się jednak problem znacznie bardziej palący niż zjadliwe kłótnie czy zazdrosne spojrzenia.
Te dzikie wykopki potężnie narusząją całą strukturę budowli. Coraz gęstsza siateczka rys i pęknięć to tu, to tam zaczyna przecinać stiukowe fasady posesji.
Ponadto podziemne rezydencje regularnie bywają zalewane wodą (czemu sprzyja wilgotny klimat Wyspy).

A i struktura gliniastego podłoża, naruszana w co raz to nowych miejscach prędzej czy później zacznie stanowić poważne zagrożenie.
Raz po raz słyszy się o 'piekielnych' wypadkach - a to robotnik zginął przygnieciony ziemią w piwnicy, a to chodnik zawalił się pod stojącym grzecznie skipem, odsłaniając zaskakującą 'jaskinię' kryjącą się pod nawierzchnią.
 

Nikt sobie jednak z tego nic nie robi. Zafiksowani na zwiększanie wartości posesji właściciele ryją podziemne korytarze zajadle.
Na nieszczęście nie ma jeszcze odpowiednich regulacji, które mogłyby pozwolić na monitorowanie tego zjawiska.
 

Systematycznie, od 10 lat rozkopywana stolica - oprócz podziemnych i podogrodowych 'przybudówek' ciągle przeprowadzane są naprawy dróg i inne wykopki - pada ofiarą niespójności przepisów, niepewności miejskich architektów, żądzy posiadania bogaczy i bezradności gminnych urzędników.

Londyn ma wiele palących potrzeb.  Na pewno nie są nimi jednak prywatne, podziemne baseny.


wtorek, 16 sierpnia 2011 

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!