Searching...
środa, 10 sierpnia 2011

Spełnij marzenia w 30 dni

Dobra, rozwinę jeszcze trochę temat niepisania :)

To nie tak, że się zmęczyłam.
Męczyło mnie niepisanie.
Tematy kotłowały się w głowie, przeglądałam Metro i co i raz przychodziły mi do głowy zagadnienia, które chciałam poruszyć. Niektóre zainspirowane także życiem pozagazetowym, jak np. chodzący za mną od dłużego czasu motyw autodestrukcji. 

Nie, nie bójcie się, myśli samobójczych nie miewam.

Łańcuszek skojarzeń (oglądałam w necie fragment Bitwy na Głosy, gdzie jeden z zespołów śpiewał piosenkę z filmu Mojżesz) doprowadził mnie natomiast do Whitney Houston, kobiety, która z zawsze zdumiewała mnie swoim talentem i urodą, a która zaprzepaściła to tak nieprzeciętnie. 'Chodził' za mną ten wpis i chodził.
W poniedziałek - postanowiłam sobie, jak nie chwycę numeru porannego Metra - napiszę o pogoni za szczęściem a'la Whitney czyli o tym, jak posiadanie wszystkiego (lub prawie wszystkiego) w ilościach ponadprzeciętnych nie jest gwarancją niczego.
Aż tu w sobotę gruchnęła wieść o Amy Winehouse - kobiecie, którą znałam tylko z widzenia (pisałam już o mojej ignoroncji w kwestii muzyki) - więc stwierdziłam, że w tym momencie moje wywody na temat autodestrukcji wszelakiej będą już tak skrajnie banalne, że sobie darowałam.


video


Temat mnie jednak męczy - to całe poszukiwanie szczęścia.
Albo spełnianie marzeń.
Albo branie sprawy w swoje ręce ... (i znowu - to temat na dzieło filozoficzne, a nie na poranny wpisik).


Chcę jednak nawiązać do pewnego wpisu, który mnie potężnie zainspirował i który, niejako był przyczyną mojego zniknięcia.
Otóż, przeczytałam na bocznej szpalcie taki oto tytuł wpisu: 30 dni, które wstrząsną twoim życiem. 

Pokrętnie (byłabym chyba niezłym materiałem dla psychologów badających mechanizmy spostrzegania czy freudowskich pomyłek) przeczytałam ten tytuł jako 'Spełnij marzenia w 30 dni' :))
Tytuł wydał mi się tak głupi i zwodniczy, że aż postanowiłam przeczytać ów wpis.
Jest tam link do minutowego miniwykładu o tym, jak (niejako) ZMIENIĆ SWOJE ŻYCIE W 30 DNI (widzicie, znowu przekręcam sens, ale teraz już świadomie, bo tak w sumie rozumiem to przesłanie).  

Temat mnie zafascynował. Nieeeee, nie dlatego że wierzę w pozytywną psychologię, magię wyznawania (confession brings possession), amerykański hurraoptymizm, branie sprawy w swoje ręce i zaplanowanie swojego życia od A do Z i sprawowanie nad nim całkowitej kontroli.
Tak się nie da - to wiem.

Ale oglądając ten krótki filmik po raz któryśtam doznałam oświecenia! Zrozumiałam bowiem mój największy błąd życiowy, będący źródłem wielu problemów. 

Ja zawsze chciałam albo wszystko, albo nic.
Wszystkiego nie da mieć. Więc wybierałam często opcję 'nic', czyli poddawałam się.

Mój mąż dostawał ze mną szału (nie, przesadam, on nie jest zdolny do takich skrajnych emocji - powiedzmy więc, że unosił często brwi w bezbrzeżnym zdumieniu), gdy ja np. brałam się za generalne porządki, tzn. wywalałam wszystko ze wszystkich możliwych szaf po to tylko, by - gdy dnia mi nie starczyło - wwalać to co zostawało z powrotem i frustrować się, że 'my ciągle żyjemy w bałaganie' :-D
 

Ten filmik - który zresztą polecam - pomógł mi uświadomić sobie, że systematyczność i zorganizowanie, które są moimi 'marzeniami ściętej głowy' nie są aż tak bardzo poza moim zasięgiem.
Muszę tylko zacząć od małych kroków i nie chcieć zmieniać wszystkiego na raz.
 
Ponadto jestem właśnie w trakcie przygotowywania szkolenia na temat zarządzania czasem i jestem już na tyle wyedukowana, że wiem, iż jednym z pierwszym kroków do sukcesu jest ... uśmiercenie złodziei czasu.
W moim przypadku Blox.pl jest niestety jednym z nich.
Musiałam go więc uśmiercić, żeby odzyskać nad władzę nad swoim własnym czasem.
Na razie wydaje mi się, że wiem, kto tu rządzi i dlatego pozwoliłam sobie na powrót :)

Zaczęłam więc wprowadzać już małe 30 dniowe zmiany nawyków.
I wiecie co?
Średnio mi idzie.
Te cholerne 30 dni, to jest jednak długo.
I niby wydaje się, że poświęcanie na coś 10 minut dziennie nie powinno być problemem. Jeśli jest to jednak rzecz nielubiana i odciągana i wypychana ze świadomości, to człowiek znajdzie sobie milion powodów, żeby tego nie robić.
 
Nie poddaję się jednak, bo przy małych celach niepowodzenia są jak potknięcia.
Chrzanić powiedzenie, że 'jak spadać to już z porządnego konia'. Ja wolę te trzydzieści dni przejechać na kucyku, ale przejechać je świadomie.


Dziękuję za Wasze komentarze - nie będę ukrywać, że miło mi że ktoś to czyta :)

video

 



środa, 10 sierpnia 2011

2011/08/10 14:33:41
uff, czyli żyjesz.

2011/08/10 15:07:55
Blox jest największym pożeraczem mojego czasu. Niestety - to mój największy nałóg i nie umiem się z niego wydobyć. Na dodatek się wkurzam, bo niektóre blogi (które czytam) nie są warte mojego czasu. Ale czytam.
Czasem komentuję i to też zabiera mi trochę czasu. A czasem się wkurzam, bo jak już się zdobędę i skomentuję, to (jak dziś na innym blogu) wychodzę na półgłupka, bo nie wpisuję się w temat i nie gdaczę jak wszyscy...
Czasem myślę skończyć ze sobą tutaj, ale na to z kolei brak mi odwagi...

2011/08/15 10:56:42
@veni - miło mi, że moje życie ma dla ciebie znaczenie (cieszę się, że ci ulżyło :))
@ rest - moi tak samo (przynajmniej od maja się stał), ale muszę, muszę to ograniczyć, bo będzie kiepsko :) Jeśli chodzi o konktrowersyjne komentarze, to chyba właśnie o to chodzi w publicznej sferze, że każdy ma prawo mieć odmienne zdanie, a osoby publikujące swoje przemyślenia powinny się z tym liczyć. Choć to nie łatwe płynąć pod prąd :)

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!