Searching...
wtorek, 27 listopada 2012

Książki, książeczki, biblioteczki*

Zauważyłam, że stos gazet do przejrzenia jak rósł, tak rośnie.
Nie mam czasu na ploteczki z metra.
A raczej mam, ale jak już zasiadam, by opisać jakiegoś kolejnego dziwoląga, albo głębiej podrążyć jakiś temat, to zaraz przeczytam coś to tu, to tam i wszystkie plany dotyczące wpisów biorą w łeb.


Pomijam już, ile to ja wpisów Wam naobiecywałam! Pewnie mi wcale nie wierzycie, że recenzja książki Kominka grzecznie czeka na publikację (i parę ostatnich szlifów :)).
A teoria o korku, a wpis o metrze, a wyniki ankiety o mojej pierwszej zakupionej na Wyspach Szczęśliwych książce?
Oczywiście wiem, że nikt nie cierpi na bezsenność z powodu niespisanej anegdotki z życia Fidrygauki, ale w końcu OBIECAŁAM.
A nieładnie tak z gęby cholewę robić.


I telepie mi się po głowie to wszystko, pałęta karteluszkami po notatniku, dojrzewa w nieopublikowanych zakamarkach bloga.
I już mam się brać do roboty, już zaczynam pisać wstęp, a tu zawsze się 'napatoczy' jakiś ciekawy komentarz, albo wpis i bardziej mnie kusi, żeby odpowiedzieć, niż trzymać się z góry ustalonego planu.


A właśnie ostatnio niejaka Żona Oburzona (wiem, wiem, że wzajemnej adoracji się już nie zaprzemy, ale co ja poradzę? :))) natchnęła mnie podwójnie.
Bo nie dość, że rzuciła temat ciekawy, to jeszcze zmobilizowała mnie - zupełnie nieświadomie - do odgrzebania jednej z obiecanych notatek.


Najpierw będzie w nawiązaniu do fajnego wpisu autorów Qry i gości, w którym prezentowali swoje biblioteczki.

Ten wpis spowodowała LAWINĘ tematów. Właściwie każdy aspekt, o którym zamierzam napisać (co mi z tego wyjdzie, nie wiem, choć na pewno będzie tradycyjnie za długie :)) mógłby posłużyć jako inspiracja do kolejnych wpisów, ale spróbuję zawrzeć je w jednym.

No, chyba że znów się kroi jakiś tryptyk ...

Wuj Antoś
Za namową Żony popatrzyłam się na imponujące zbiory, popodglądałam konstelacje na półkach z książkami, wlazłam bez pardonu (aczkolwiek na uprzejme zaproszenie) do najintymniejszych 'sankturariów' i uświadomiłam sobie, że podejście do książek w moim domu jest niezbitym dowodem na powtarzanie pewnych wyuczonych zachowań (a nie bynajmniej na genetycznie ukształtowane preferencje.
Czyli sama sobie przeczę. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni ;))


Moja biblioteczka wygląda bowiem bardzo podobnie do biblioteczki moich rodziców.
A mianowicie jest w niej ... niewiele książek. Książek 'do czytania' :)

W moim domu nie kupowało się wielu książek. Na półkach znajdowały się głównie albumy, słowniki i encyklopedie. Czasami klasyka, szczególnie pięknie wydana. Oraz książki branżowe.


Pamiętam jak przez mgłę mojego wujka Antoniego, który umarł gdy miałam 7 lat.
Nazywał mnie Gacek i kochał bardzo miłością starego kawalera do wnuczki brata.
Ja z kolei mruczałam sobie pod nosem jego imię - Antoni, Antoni, An-to-ni, Antoni??? - zastanawiąjąc się, jak można było dać komuś takie imię. Brzmiało dziwnie, tajemniczo, obco wśród tak dobrze mi znanych Piotrków, Krzyśków i Arturów.
Dziwne imię starszego pana.
W jego mieszkaniu bywaliśmy rzadko, bo malutka garsoniera na Czerniakowie nie była dobrym miejscem dla żywotnego Gacka.


Te wizyty wywarły jednak na mnie niezapomniane wrażenie.
Wujek był naukowcem i podróżnikiem. Jeździł po świecie i zwoził niesamowite rzeczy, które do dziś stoją w zaciszu domowych biblioteczek moich rodziców i mojej cioci. Wypchany półmetrowy krokodylek, zęby ryby piły czy maska smoka ze Sri Lanki nie są dziś niczym poruszającym, ale czterdzieści lat temu zachwycały i pobudzały wyobraźnię.


Wujek był też ilustratorem. W świecie bez cyfrówek, bez photoshopa, bez komputerów cyzelował pędzelkiem i ołówkami żuki i rajskie ptaki.
Jego malutkie mieszkanko zastawione było po sufit albumami, przewodnikami i encyklopediami. Zbierane latami książki zostały podzielone pomiędzy dwie siostry, ukochane bratanice wujka, tuż po jego przedwczesnej śmierci (na skutek raka płuc - był koszmarnym palaczem - i przez zaniedbanie lekarzy).
Próbowałam coś znaleźć w necie. Ale po wklepaniu nazwiska pojawiają się tylko biblioteczne spisy zbiorów ilustracji oraz pozycji, których wuj Antoś był redaktorem. A także jego nazwisko i data śmierci w spisie nekrologów. Szkoda. Postaram się poszperać w maminej biblioteczce w czasie następnych wakacji.


Nie zdążyłam go dobrze poznać, ale jak słyszę piosenkę Skaldów "Szanujmy wpomnienia", to przed oczami staje mi łysy, korpulentny pan w rogowych okularach, z uśmiechem od ucha do ucha, rozprawiający ochoczo na rodzinnych, coniedzielnych obiadach.
Piosenka ta była motywem przewodnim jakiegoś programu, który akurat leciał zawsze przy wnoszeniu deseru.


video


Nie zdążył na mnie 'powpływać, nie zaraził mnie bakcylem badacza (tak jak zrobił to ze swoimi bratanicami), nie dał mi szansy wysłuchać setek niesamowitych opowieści z podróży po Indiach i Mongolii. Myślałam o nim jednak często, patrząc na naszą domową biblioteczkę.

Nie była imponująca. Ot, niegodna takiego zaszczytu peerelowska meblościanka na wysoki połysk. Ale 'księgi' poustawiane na jej półkach wzbudzały we mnie nie mniejszy zachwyt niż tajemna biblioteka w Williamie z Baskerville (Nie mogłam spać przez dwie noce, z żalu nad spalonymi zbiorami. Nie pomogło tłumaczenie sobie, że to były atrapy stworzone na potrzeby filmu :)))


Ludy pierwotne, dinozaury, ptaki przedziwnej urody, dzikie zwierzęta, nieznane miejsca. Uwielbiałam je oglądać, choć poczytać o nich nie mogłam, gdyż książki były najczęściej po niemiecku lub angielsku.

Na czołowym miejscu stała, odsądzona dziś od czci i wiary (opierająca się na doktrynie marksistowsko-leninowskiej) 13-to tomowa Wielka Encyklopedia Powszechna PWN.

 
Zdjęcie z Allegro; hmmmm dlaczego nie można było sfotografować całości??? Niestety nic sensowniejszego nie znalazłam.  

Mnie jednak doktryna nie obchodziła nic a nic. Stawałam przed regałem i patrzyłam się na zaczarowane książki w brązowo-żółtych obwolutach (tak, tak, oryginalnie każdy tom miał obwolutę).
Powtarzałam jak mantrę dziwne zaklęcie: A-Ble, Bli-Deo, Dep-Franc, ... Polska-Robe, Robi-Step, St-Urz, USA-Ż. I tajemniczy Suplement.
Znałam ją na pamięć.
Powtarzałam skacząc na skakance, śpiewałam pioseneczki niczym Lisa z Bullerbyn.
Tyle, że nie o kiełbasie, ale o Kont-Mam'ach, Man-Nomi'ch, Nomo-Polsc'ich i innych bohaterach z mojej biblioteczki.
Następnie brałam jeden z tomów i przeglądałam, szukając zdjęć.
Hasła czytałam sporadycznie, głównie wtedy, jak mnie zainteresowało jakieś zdjęcie wklejone w tekst. Najbardziej lubiłam kolorowe ryciny, wklejane na grubszym papierze co parędziesiąt kartek. Owoce tropikalne, stare samochody, polskie stroje ludowe, zwierzęta Ameryki Południowej ... To była jedna z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie (obok oczywiście gonienia się z chłopakami po podwórku i grania w 'wojnę', tę ze scyzorykami i odcinaniem ziemi, nie tę karcianą :))
   

Inną, nie mniej tajemniczą serią, choć oglądaną dużo rzadziej, był zestaw opasłych tomiszczy o dziwnym tytule:

Эрмитаж

Skarby Ermitażu nie miały jednak aż takiej siły przyciągania, a poza tym podpisy były jakimś dziwnym języku :).  

W domu był jeszcze jeden regał, który mnie kusił nie mniej swoimi tajemniczymi tytułami, choć nie był aż tak okazały. Jednak statystycznie rzecz ujmując, to jego zasoby rozpracowałam najdokładniej parę lat później, jak mogłam ogarnąć trochę więcej niż podpisy pod rysunkami i krótkie hasła encyklopedyczne.    

Zanim jednak dorosłam pochłaniałam książki z ... biblioteki szkolnej raczej, niż z własnej kolekcji, która była uboga. Aczkolwiek parę cennych pozycji w niej było: wszystkie książki Szklarskiego o przygodach Tomka, Mała Księżniczka Burnett :)), Chmielewska, Musierowicz i piękne wydanie Bajek Hansa Christiana Andersena - prezent, jedyny kupiony specjalnie dla mnie, od wujka Antosia.
 

Ha! I znowu popłynęłam. Nawet nie doszłam jeszcze do tematu mojej obecnej biblioteczki, o zaległym wpisie o pierwszej książce z wyspiarskiej księgarni nie wspominając.
Będzie tryptyk, jak nic!
Ale nie żałuję takiego obrotu sprawy, bo mi chyba bardzo blisko do tego tekstu:
 
 
Co było, to było, co może być - jest  
A będzie to co będzie  
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc  
Do których wracamy pamięcią  
Gonimy za szczęściem, sięgamy do gwiazd 
  Na gwałt świat chcemy zmieniać 
  Lecz to najważniejsze, co żyje gdzieś w nas  
Panowie, szanujmy wspomnienia 


* Tytuł miał być zupełnie inny, ale jak zwykle ewoluował.
Oryginalnie miało być o Bilioteczce Emigranta, ale trzeba było dostosować go do rzeczywistości :)



wtorek, 27 listopada 2012


2012/11/27 09:06:17
Piękny wpis. Cieszę się, żem jego inspiracją :-)

2012/11/27 09:09:16
" (...) 13-to tomowa Wielka Encyklopedia Powszechna PWN. zdjęcie z Allegro; hmmmm dlaczego nie można było sfotografować całości???" phi, a co ciekawego może być pod 'Z'? ;) u mnie recenzja Kaloryfera też czeka. Może uda się nam zsynchronizować okresy. Publikacji ofkors ;)

2012/11/27 09:56:53
O, lubię wpisy o książkach i domowych biblioteczkach :) tak, jak, gdy kogoś odwiedzam mój wzrok kieruje się najpierw na regały i po tym co tam stoi można się wiele dowiedzieć o właścicielu. W dzieciństwie odwiedzałam domy, gdzie stały na półkach tylko kryształy, co było dla mnie nie zrozumiałe. To ja czekam na c.d. tryptyku :)

2012/11/27 12:44:11
@ Żono, dziękuję za inspirację (w końcu jesteś żoną Inspiratora, nie?). Chciałam najpierw wysłać zdjęcia do was, ale po pierwsze byłaby to musztarda po obiedzie, a poza tym ... moja biblioteczka jest, hmmm, nieco inna, więc stwierdziłam, że opiszę ją u siebie. @ IK, no jak to co ZSRR!!! @ Emilya, a ja chyba nie patrzę na półki z książkami. Dlaczego? O tym będzie w następnej części tryptyku (który mam nadzieję, nie będzie kolejną obiecanką-cacanką ;))) Ale faktycznie, same kryształy to przesada :))

2012/11/27 14:20:30
Przez lat ...dzieści zdążyło mi się zapomnieć te emocje odczuwane nad kolorowymi wkładkami w encyklopedii (u mnie w domu rodzinnym jedynie 4-tomowej)... i teraz, po przeczytaniu tej cudnej notki, wróciły jak niegdyś :) Dziękuję!

2012/11/27 16:31:35
Ja wspomnienia mam kilka lat swiezsze ale calkiem podobne. Biblioteczka moich rodzicow byla bardzo podobna do tej opisywanej przez Ciebie. Z ta roznica ze zamiast encyklopedii 13 tomowej stala 4 tomowa jedna i 20-kilku tomowa druga. Zamiast skarbow Ermitrazu ogladalam "najpiekniejsze miejsca w Polsce". Za to biblioteke szkolna przeczytalam prawie cala chyba. Wzory jakies od rodzicow przejelam ale juz w mojej prywatnej biblioteczce jest wiecejpozycji do poczytania.

2012/11/27 19:57:27
ciekawy wpis :) nakłoniłaś mnie do przemyśleń... moja biblioteczka jest kompletnym zaprzeczeniem biblioteczki moich rodziców ;) a Przygody Tomka A.Szklarskiego też pochłaniałam będąc dzieckiem, młodzieżą i osobą dorosłą (bo kupiłam ich sobie cały komplet :)) Mała Księżniczka autorstwa autorstwa pani Frances H. Burnett ;) była pierwszą książką w języku language jaką przeczytałam :)

2012/11/27 22:21:01
@ Przewodniczko po Krakowie, cała przyjemność po mojej stronie. Faktycznie ekscytacja była wielka, jak się znalazło kolejną rycinkę :) @ Fristerinne, to popolecaj trochę fajnych miejsc do zobaczenia w Polsce :) Moja biblioteczka też oczywiście się różni, ale pewne tendencje są zachowane. @ Aotahi, oczywiście, że autorka Małej Księżniczki to kobieta :) Dzięki, już poprawiłam. Tomek był świetne. A dzisiejsza młodzież to tylko o wampirach, szpiegach i kosmitach czyta :))
Gość: czarnypieprz, host86-166-201-218.range86-166.btcentralplus.com
2012/11/27 22:32:54
Ladnie napisane, zreszta jak zwykle: :D. Oczywiscie zaraz zanurzylam sie we wlasnych wspomnieniach...jednak u mnie inaczej. Nagromadzenie literatury wszelakiej, od przedwojennych romansow, przez albumy, literature ambitna az do biblii mojego dzieinstwa czyli grubej ksiazki pt. Seksuologia. A Tomka nigdy nie przeczytalam, moze dlatego, ze obok Hemingway'a byl ulubiencem mojej mamy i bez przerwy slyszalam...przeczytaj, bo warto! A ja sie uparlam, ze nie i juz. I twardo sie tego trzymam. Wuja zazdroszcze, piosenke pamietam.

2012/11/28 13:18:54
Wciągająco piszesz (jak zwykle). Czekam na dalsze opisy biblioteczki. Jeśli chodzi o moją ówczesną to dopiero ją rozwijam, bo do niedawna nie miałam warunków lokalowych, za to 5 letnia córa ma pokaźną :)

2012/11/28 17:17:13
Natchnęłaś mnie do wpisu. Pojawi się wkrótce. Popolecam kilka fajnych miejsc, w których byłam ;)

2012/11/28 17:35:46
man-nomi, nomo-polsc, polska-robe, robi-step Polska robi step... myślałam, że to tylko moja mantra! ;-) (mantra się wtedy chyba nie mówiło/myślało) Encyklopedia była u dziadków. Co niedziela coś tam oglądałam. Czy dziś jakieś dziecko zagląda samo z siebie do encyklopedii?

2012/11/28 17:41:12
@ Pieprzu, Wujek był niesamowity, ale z żalem stwierdzam, jak właściwie niewiele się po nim zachowało (oprócz skromnych zbiorów). Szkoda, że tak wiele rzeczy umyka. Ja też sobie zawsze obiecuję, że będę dokumentować życie mojej rodziny, a ciągle czasu brak. Mam trochę pamiątek i wydrukowany mój poprzedni blog, gdy dzieci były małe, ale teraz, jak jest praca zawodowa i ta ciągła gonitwa, to nie ma za bardzo czasu na 'dokumentację'. Biblia dzieciństwa 'Seksuologia'????? Hmmm, ciekawe :))) Na Tomka nie będę Cię namawiać, bo teraz to już może by Cię mogło nie zachwycić, ale moim zdaniem trochę straciłaś :)) @ Milexica, moje dzieci też mają 3x większą :))) @ Fristerinne, zatem łańcuszek inspiracji przekazany :))) Ps. Dzięki wszystkim za miłe słowa. Dzienna dawna ego-łechtania dobrze mi zrobiła :)))

2012/11/28 17:44:07
Nemuri, 'mantra' chyba faktycznie było wtedy nieznane. Teraz jest tyle innych książek dla dzieci typu '8000 pytań i odpowiedzi', wydanych specjalnie dla dzieci, z krótkimi hasłami i zdjęciami, plus internet, że chyba nie ma potrzeby szperać po encyklopediach :)))

2012/11/28 22:52:49
Fidrygauko, nie wątpię... nie znam zbyt dobrze materii tylko mnie zastanawia czy książeczki kolorowe i słodkie a do tego napisane prostym językiem (bo dla dzieci) są w stanie popchnąć intelektualnie do przodu? Nie ma wyzwania - nie ma rozwoju...

2012/11/29 00:17:50
Nemuri, czy ja wiem, czy one są słodkie? Są kolorowe, przyciągające, pisane językiem nie dziecinnym, ale też nie zawierące milionów 'encyklopedycznych' faktów i odnośników. Moim zdaniem jest teraz sporo fantastycznych książek edukacyjnych dla dzieci. Myślę o czymś w takim rozmiarze, zawierającym ilustracje i ciekawostki (sorry, kiepska jakość, ale już mi się nie chciało poprawiać), z materiałem podzielonym na różne sekcje tematyczne itp. Moim zdaniem te książki są świetne (są na różnym poziomie i o różnej tematyce, dla najmłodszych są np. takie z nalepkami, gdzie się np. 'ubiera' wojowników z różnych epok, są takie ruchome, trójwymiarowe ... eh, co ci będę mówić. Książki dla dzieci są piękne i moje dzieci mają ich dużo więcej niż ja :)) Nie wspomnę już o interaktywnych programach i grach edukacyjnych, które potrafią być niezłym wyzwaniem. Na szczęście w Anglii można kupić takie cuda za naprawdę rozsądne pieniądze. Np. co jakiś czas do mojego 'zakładu pracy' przyjeżdżają tzw. book people, zostawiają całe pudło książek, które sobie można podczytywać i oglądać ze wszystkich stron, a następnie zamówić po cenach hurtowych (np te dwa 'grubasy' ze zdjęcia koszowały mnie mniej niż płacę za DZIENNY bilet, więc chyba nie najgorzej, choć oczywiście ceny dojazdów w Anglii są horrendalne :)))

2012/11/29 12:26:32
Moją pierwszą ulubioną książką również była encyklopedia. Podobała mi się z tych samych powodów, co Tobie:) Kolorowe ilustracje i zdjęcia na kredowym papierze... Była starsza ode mnie i należała do mojej mamy, która jako zamiłowana szaradzistka bez encyklopedii nie wyobrażała sobie życia;) Ma ją zresztą do tej pory i gdy coś potrzebuje sprawdzić, to nadal po nią sięga... Biblioteczka mojej mamy nie była duża, ale i tak ją lubiłam ze względu na sporą kolekcję kryminałów, które podczytywałam ukradkiem:) Zaś dziadek, Antoni zresztą (serio!), kolekcjoner (serio, serio! może imię ma jednak jakieś właściwości determinujące;)), miał absolutnie fantastyczną, pełną tajemnic biblioteczkę zamykaną na kluczyk. Zawartość można było oglądać jedynie pod jego nadzorem. Jakie tam były skarby! Same cudowności! Kolekcje znaczków, monet, jego wycinanki... A może po prostu fakt, że na co dzień była zamykana i niedostępna tak działał na naszą dziecięcą wyobraźnię? Oj tak, szanujmy wspomnienia:) I to ciekawe, że tyle moich dziecinnych wspomnień związanych jest z książkami... Mojej mamy również. Ostatnio poprosiła mnie, żeby jej kupić w antykwariacie "Przygodę na Missisipi", książkę jej dzieciństwa, którą komuś pożyczyła i nigdy nie odzyskała, a sentyment pozostał do dziś... Jestem bardzo ciekawa, co moja córka będzie kiedyś wspominać ze swojego dzieciństwa... Może swój pierwszy komputer i oprogramowanie;)

2012/11/30 13:22:47
Ren-ya, witaj w klubie encyklopediofilów :) Z tym iminiem to musi coś być na rzeczy, choć ja generalnie nie wierzę w takie 'determinacje' na całe życie. I masz rację, 'zakazane' rewiry z automatu zyskują na atrakcyjności. Ja miałam zadatki na takiego zbieracza, ale z częścią skarbów rozprawiłam się w ostatnie wakacje :) A co do książek z dzieciństwa, to nie wiem, co się z większością z nich stało i strasznie mi smutno z tego powodu :(
Gość: Chillax, 199.127.179.20*
2012/11/30 19:39:00
Prosze o dolaczenie do listy Wielbicieli Encyklopedii ! Ja, moja Wielka Encyklopedie, musialam wielbic z duza doza cierpliwosci. Na raty, talony i przez kilka lat moi rodzice ja nabywali. Nie wykluczam, ze 5 lat czekalam na informacje na "Z" :-) Ale jaka byla radocha ! Raczki umyte, stol czysty i jedziemy... Uwielbiam wspolczesna technologie za szybki dostep do informacji. Dotyk zakurzonej ksiazki cudny jest, ale wole Kindla niz traumatyczne rozstania z ksiazkami ( bo za ciezkie przy przeprowadzkach).

2012/12/01 15:56:43
Ja już miałam całość, ale faktycznie oczekiwanie wzmagało jeszcze 'magiczność' encyklopedii. Teraz dzieci mają wszystko podane na tacy i nawet na podanie obiadu nie mogą spokojnie poczekać ;-P Zapisuję Cię zatem do klubu! Przy okazji tego wpisu przypomniało mi się sporo książek. Zadzwoniłam więc do domu, spytać się, gdzie one są, ale ... ślad po nich zaginął :(

2012/12/03 22:34:13
a ja sobie odtworzyłam biblioteczkę z "młodości" i teraz poszerzam :) przed emigracją zadbałam o skompletowanie Jeżycjady, Pana Samochodzika i Ani (Lucy Maud Montgomery), ale encyklopedii trzynastotomowej u nas nie było nigdy i jakoś mi nie brakuje. Za to mieliśmy "Małą Encuklopedię Medycyny" (moja ulubiona "mądra" książka) i niestety nie mam jej... może jakąś nowszą wersję dostanę, trzeba bedzie w końcu syna zarazić. Mąż kwękał, nie dość że książki stare i tandetne (większość z allegro, no a jeżycjada nie jest wydana jakoś imponująco), to jeszcze po polsku... ciekawe czy mój syn da radę przeczytać Pana Samochodzika, za 10 lat to będzie prehistoria... jeśli jednak otoczony książkami i czytającymi rodzicami połknie bakcyla czytania to wybaczę mu jeśli nie sięgnie po książki mojego dzieciństwa! ;)

2012/12/06 11:34:46
Aleksandra, ja też poprzywoziłam sobie trochę książek z dzieciństwa. Moje dzieci je uwielbiają, ale tylko ... jak ja im czytam. Mój najstarszy, który zaliczył całą serię Pana Samochodzika na DVD przez książkę już nie dał rady przebrnąć (ale u nas z czytaniem po polsku krucho). Więc nie mam wyboru i mu wybaczam, szczeógólnie że bakcyla czytania złapał - niestety tylko po angielsku.

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!