Searching...
niedziela, 30 czerwca 2013

Rozczarowanie na całej linii!

Marzyła mi się cicha, spokojna sobota.
Po upiornym tygodniu.
Ale nie! W weekend mój mąż dostał szwungu (jakby jeszcze się mało napracował w tygodniu :))


A już miałam zostać 'najlepszą matką świata' i pozwolić dzieciom cały dzień oglądać filmy w imię świętego spokoju ... okazało się jednak, że miałam zostać (surprise, surprise!) matką aktywną.
Dziś padło na 'pick-your-own-farm'.


Laptop w łóżku nie wchodził w rachubę.
Snute przy porannej kawie opowieści o truskawkowych polach zaczęły powoli skutkować wizjami (strawberry fields forever? :))).
Oczami wyobraźni widziałam łubianki pełne czerwonych owoców zbieranych wprost z krzaczków, a przy okazji marzyłam też o chrupiącej fasolce szparagowej, fantazjowałam o skrzypiących przy krojeniu cukiniach i śliniłam się na myśl o koszyku pełnym
świeżutkich, narwanych ręką mą warzyw.

Wewnętrzny leń (lub w wersji łagodniejszej kobieta zapracowana) się tak łatwo nie poddawał.
W chwili zawahania pomyślałam, że zawsze mogę przecież użyć niewinnej manipulacji i kazałam dzieciom NAJPIERW posprzątać pokoje, "albo zostajemy w domu".
Po raz kolejny przekonałam się jednak, że naprawdę możliwe jest doprowadzenie 'jaskini kreatywności' do stanu zacnego. W kwadrans.


Mogłam jeszcze postawić parę warunków, a nawet poszukać jakiegoś błahego pretekstu, który pozwoliłby mi się obrazić i powiedzieć, że 'No to w takim razie ja nigdzie nie idę!', ale na szczęście mój mąż rozgryzł ten (podświadomy, przysięgam) mechanizm parę ładnych lat temu, więc ta metoda 'wykręcania się' jest spalona, pod groźbą publicznego zdemaskowania i uprzejmego wyszydzenia. 

Ruszyliśmy więc na podbój angielskich wsi.
Zajęło nam to trochę, by dotrzeć na upatrzoną farmę, jako że nawigator stracił szybko orientację, więc jechaliśmy na czuja (nie zapachowego, bynajmniej).


Na miejscu zastaliśmy wszystkie miejsca parkingowe zajęte i ogłoszenie, że niestety, z powodu angielskiej kapryśnej pogody w dniu dzisiejszym nie należałoby liczyć na jakiekolwiek zbiory, z wyjątkiem nieśmiałych truskawek (po sensowne zbiory zapraszamy za tydzień) i agrestu.
Agrest pod koniec czerwca wydał mi się podejrzany, ale na truskawki się napaliłam. W końcu mam całkiem niezłą praktykę w 'pikowaniu' na albiońskich farmach (zdobytą co prawda za czasów studenckich, a więc paręnaście lat temu, ale jednak) i pamiętam, że czasami nawet na początku czerwca było już przy czym się uwijać.



Obserwując pielgrzymki odpowiednio wyekwipowanych Anglików (kalosze, spodenki i koszulki na ramionka) wracające z pustymi pojemniczkami, nie miałam już cienia nadziei.
I rzeczywiście ... pola truskawkowe ledwie się zieleniły, a w niektórych miejscach dopiero kwitły :(



Udało mi się co prawda, po długich poszukiwaniach, uciułać mini-łubianeczkę, ale nie mogę powiedzieć, że truskawki rozpływały się w ustach i ociekały lepkim sokiem.
Ot, były poprawnie słodkie i umiarkowanie aromatyczne.
Za tydzień na pewno nabiorą należnego sznytu, o ile przeżyją dzisiejsze i jutrzejsze szarpanie krzaczków i obskubywanie niedojrzałych owoców przez dzieci, zwiedzionych ich jednostronną czewonością i rozczarowanych ich dominującym seledynem.


Za tydzień wyślę męża samego :)



Przyczynkiem do poznawania angielskiej mentalności okazał się agrest, który  w przeciwieństwie do truskawek (choć kolorystycznie jak najbardziej zintegrowany :))), był namiętnie zrywany.
Moje dzieci, które na farmie najbardziej zachwycały sie przestrzenią i możliwością robienia podchodów wśród drzew czereśniowych i leszczyn, poczuły nagle zew zbieracza. Rozochocone perspektywą zrywania czegokolwiek dorwały się do kolczastych krzaków i zanim dotarliśmy statecznie na agrestowe poletko, każde z nich dzierżyło już po pół kobiałki zielonych, żyłkowatych kulek.
Okazało się - po małym wywiadzie środowiskowym - że spożywanie owłosionego, składającego się głównie z pestek i skóry, agrestu nikomu by tu nawet nie przyszło do głowy.
Agrest zbiera się twardy i kwaśny niczym szczaw, po to by zrobić z niego chutney, ostry sos do mięs.





Na pocieszenie został nam jeszcze sklepik z farmerskimi przysmakami oraz (zawsze i wszędzie mnie kuszący) zakątek z roślinami ogrodowymi.
Sklepik przywitał nas ... koszami z mango i bananami :)
Trochę lokalnych warzyw też było (choć większość - jak się nietrudno domyślić - nie z tubylczych gruntów). Była też skrzynia z agrestem, w której dyskretnie wylądowały zbiory naszych dzieci, jako że nie planowałam w najbliższym czasie bawić się w przetwórstwo.


Żeby dnia nie uznać za całkowicie stracony, kupiłam więc kalafiory, sok z czarnego bzu i ... młode buraki.
A musicie wiedzieć, że botwinka regularnie śni mi się po nocach w okolicach przesilenia letniego :)
Zatem jutro ...



To kolorowe cudo (rainbow chard), to burak liściowy, czyli właściwa boćwina, odmiana buraka, który uprawia się właśnie ze względu na liście, ignorując zupełnie korzenie.
I pomyśleć, że ja w takiej nieświadomości żyłam tyle lat ...


Kolejną ciekawostką, były kwiatuszki (nazwy nie pomnę), które pachną inaczej w zależności od koloru.
I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że czerwone pachną truskawkami, różowe malinami, a żółte gruszkami.

No dobrze ... przy odrobinie wyobraźni :)
Ale oczy cieszą.





Pozostając w temacie oryginalnych roślin prezentuję Wam (którzyście bez konta na facebooku :)) niesamowitą roślinę, namierzoną przeze mnie w innym centum ogrodniczym, zwaną ... szczotką do czyszczenia butelek (bottlebrush plant).
W rzeczy samej, nazwa mówi sama za siebie.
W rzeczywistości (= nie na moim zdjęciu ;))) wygląda jeszcze bardziej tandetnie i bazarowo (choć w tym przypadku jest to komplement), gdyż końcówki pręcików pokryte są złotym pyłkiem.



Na farmie nie zabawiliśmy zatem długo, za to potem nadrobiłam z nawiązką na kolanach, we własnym ogródku, wykopując przez pięć godzin zielsko.
Fakt, wyspiarski klimat sprzyja roślinom. Wszystko rośnie tu pięknie.

WSZYSTKO.
Zielsko też.


No, może z wyjątkiem moich niebieskich hortensji, z którym już drugi rok zawieram pakt, by rosły przykładnie, a które najwyraźniej źle się u mnie czują, bo tuż po wyskoczeniu z doniczki tracą obłędny niebieski kolor (wiem, wiem, że gleba, ale moja jest, widać, wyjątkowo nieprzyjazna, mimo zakwaszania), po czym bezczelnie usychają.
Zakochałam się w nich w czasie mojej pierwszej wizyty w Anglii, mimo mojej niechęci do koloru niebieskiego (jak widać, miłość nie ma względu na kolor :)), długo, długo przed tym, zanim w ogóle przyszła mi do głowy myśl, że mogłabym zamieszkać na Wyspach Wilgotnych.



 A to mój plan na przyszły rok:


A dzieci me, z żalu nad niezjedzonymi truskawkami, oddały się swej ulubionej rozrywce czyli ... zabawie w Master Chef (kulinarny reality show).
Menu było następujące:

1. jagnięcina ze szpinakiem
2. chocolate fondant (ciastko z roztopioną czekoladą w środku) z wanilią
    i skórką pomarańczową
3. grzanki z grilowaną kapustą i sosem z pomidorów
4. pulpeciki z czerwoną kapustą na ziemniakach puree
5. sos z czerwonego wina
6. zupa-krem na ostro
7. pieczony ziemniak w sosie gravy (brązowe 'coś', w czym pływają angielskie
    potrawy)
8. omlet z lawendą
9. suflet polany polewą z kandyzowanych brzoskwiń
10. hinduski chleb naan
11. zioła (aka mój iglak, który nie przeżył zimy :))

  

to zdjęcie prezentowałam już na facebooku wcześniej, ale dzisiejsze menu było podobne :)
w wersji restauracyjnej (a nie ogrodowej :)) wyglą to na przykład tak:



A teraz jest trzecia w nocy, a ja nie mogę usnąć z przeforsowania.
Boli mnie każda najdrobniejsza kosteczka i chrząsteczka w moim ciele (acz ból to szlachetny i można powiedzieć, że wręcz owocny :)))

Niech żyje wolna i powolna sobota!!!

A na koniec krótki filmik o tym, jak wygląda jazda angielską wiejską drogą i ... nie jest to, bynajmniej, droga jednokierunkowa :))
W skrajnych przypadkach, gdy wokół nie ma posesji, a żywopłot ciągnie się nieprzerwanie przez paręset metrów, w razie napotkania samochodu nadjeżdżającego z naprzeciwka, należy szybko wjechać (lub cofnąć się) w jeden z licznych zaułków i pozwolić się wyminąć z zachowaniem minimalnej (często 2-3 centymetrowej) odległości i z koniecznością składania lusterek bocznych.

video

Ps. Wasze komentarze namiętnie czytam, śledzę dyskusję o polskich chłopakach i Wasze przygody ze złodziejami, tudzież niewdzięcznymi rodzinami. Na wszystkie sumiennie odpowiem.
Jak dobrze pójdzie, to jeszcze przed końcem weekendu :)


Miłej niedzieli. 


niedziela, 30 czerwca 2013

22 comments:

  1. W tym roku u nas nie ma hortensji. Chociaż krzak jest - oczywiście. Jesienią mój wspaniały mąż, w ramach pomocy utrudzonej żonie, sprzątał zagonek na zimę. I powycinał badyle z całego krzaczka. Nie wiedział - biedaczek , że hortensja wytwarza pąki kwiatowe już jesienią - i właśnie je wyciął...
    Chyba już mi w robotach ogródkowych nie będzie pomagał... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha, ha (a raczej powinno być chlip, chlip, chlip :)) - mój syn zrobiłby dokładnie to samo, w ramach szczerej chęci pomocy 'mamiś'.
      Ale uprzedziłam jego tor myślenia i surowo zakazałam się dotykać do hortensji. Jeśli sama nie zdecyduje uschnąć, to jest spora szansa, że za rok wypuści nowe kwiaty :)

      Usuń
  2. Nie powinnam przy niedzieli, ale mnie się ta podróż wijącymi wąskimi dróżkami skojarzyła rektalnie. Z zapartym tchem wyczekiwałam wylotu na szersze przestrzenie ;)
    Menu cudowne, a cały wpis botanicznie przyjemny i podnoszący na duchu. Jakże cudownie, gdy nie bolą plecy, a Małż wywiózł dziateczki na spacer, bo ja muszę robić obiad :) (obiad jest od wczoraj heheh) :PP
    Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PandeMonia, fakt ddróżki mogą sprawiać wrażenie klaustrofobiczne (czy dostarczać wrażeń rektalnych to nie wiem :))
      Dobry mąż nie jest zły, a obiad się w końcu sam nie ugotuje, szczególnie, jeśli to skorpion w rosole ;)
      Dzięki!
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Uwielbiam te angielskie dróżki!:) Nigdy nie wiesz, co się czai za zakrętem:) A ile frajdy we wzajemnym przepuszczaniu się!:)
    Ten chutney wybornie smakuje z serami i krakersami:) Mmmmmmniam:)
    A za boćwiną będę musiał się rozejrzeć. Nie wiedziałem, że raibow chard to właśnie to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pietia, ja też lubię jeździć tymi 'wąwozami' ;)
      Ale tylko jako pasażer!
      Mogę wtedy spokojnie zamknąć oczy, wstrzymać oddech i modlić się o ocalenie lakieru na karoserii :))
      Chutneys są pyszne - też lubię z serem i krakersami.
      Co do rainbow chard to już jest nas dwójka ;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Aby hortensja pozosztala blkekitna, nalezy ja regularnie nawozic jakims specjalnym granulatem. Mi osobiscie za zmudne, wiec sie przeksztalcily w rózowate ;)
    Ciekawostka z tym agrestem, co kraj, to obyczaj. Wczoraj Bernd przerazil sie, gdy w ogrodzie Karen zerwalam 2 kwasno- niedojrzale, i skonsumowalam. Ponoc moge sie po nich rozchorowac o_O jeszze zyje, i to calkiem niezle :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja jest nawożona jakimś specjalnym płynem a też sfioletowiała, a liście ma zielono-brązowawe (ale nie uschłe), więc sama nie wiem :(

      Moje dzieci też się nażarły (bo to chyba lepsze słowo; na pewno było tego więcej niż 2 na łebka :))) tej zieleniny i bałam się trochę sensacji (w razie czego zapowiedziałam, że po nich nie sprzątam :)), ale też im nic nie było.

      Usuń
  5. Znam temat. O. proponował że może zamiast kupować truskawki na przetwory, gdzieś pojedziemy i sami narwiemy. Nie ze mną te numery. Przez całe moje dzieciństwo mieliśmy własne plantacje i już mnie nikt na taką nie zagoni. O nie!
    A że po niedojrzałym agreście człowiek inny może być to nie wiedziałam. Ja tam nasz zielony i trwady już smakowałam. Kwaśny że aż wykrzywia, to by się przydał:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolina, doskonale rozumiem :)
      Jak się coś robi na co dzień, albo robili się przez jakiś długi czas, to niekoniecznie chce się temu poświęcać weekendy. Ja bym sobie nawet i podbierała tych truskawek, jak już się w swej łaskawości wybrałam, a tu taki afront! ;)
      Kwaśny agrest jest jednak nie w moim guście. Już wolałabym mango, he, he.

      Usuń
  6. Dodajmy jeszcze zaparkowane na tej drodze pojazdy, najlepiej na zakretach i juz mamy pelen obraz :-)
    Ach, nie!
    Przeciez jeszcze moga tam byc jezdzcy i rowerzysci. Nie ze moga! Musza!
    W takich oto warunkach zdobywam prawo jazdy.
    Zdobede i Batman mi nie podskoczy. Juz prawie umiem jezdzic na dwoch kolach po zywoplocie :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. A tak, konie też były, ale akurat nie w tym wąwozie.
    "Jeżdżenie dwoma kołami po żywopłocie", he, he, he.
    Ja mam prawo jazdy z Polski, muszę tylko podmienić. I całe szczęście, bo tu bym pewnie nie zdała ;)))
    Ja jeżdżę tylko po prostych drogach i po rondach ze światłami, a na parkingu w supermarkecie szukam trzech wolnych miejsc ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie miałam pojęcia, że chutney jest z agrestu! Agrest uwielbiałam: jako młode dziecię - twardy i kwaśny, mimo napomnień rodziców, że od niedojrzałych owoców można dostać "skrętu kiszek" (nie miałam pojęcia co to takiego, ale brzmiało groźnie), z wiekiem coraz bardziej zaczęłam doceniać jego słodycz...
    Mimo wszystko fajną mieliście wycieczkę:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Renya, chutney podobno można robić ze wszystkiego (agrest to tylko jedna z wielu odmian i podobno lepiej użyć agrest czerwony.
    https://en.wikipedia.org/wiki/Chutney

    Ja na początku nie miałam przekonania, ale niektóre są naprawdę przepyszne!
    Akurat agrestowego nie jadłam ;)

    Dla mnie owoc musi być słodki (kwaśne typu kiwi tylko jako dodatki np. do sałatek), ale np. mój najstarszy syn, który raczej za owocami nie przepada, te kwasidlaki właśnie wcina ze smakiem: kiwi, truskawki i jagody (potrafią być kwaskowate) i zielony agrest (jak się okazło ostatnio :))

    W sumie masz rację. Dzień się udał całkiem nieźle. Trochę przesadziłam z tytułem ;)
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  10. A my pojechaliśmy na 4 dni do Kornwalii, takie wąskie dróżki doprowadzały mnie do palpitacji serca, samochody z naprzeciwka na zakrętach, do tego tubylcy na koniach, ładnie dzikie liski, zajączki jeszcze nie rozjechane, a potem nam na "drogę" wlazło stado krów, a dwa młode byczki przepychały się na środku drogi, do tego jeszcze mgła z max widoczności 100 metrów. Super.
    pozdrawiam
    www.imigrantka.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imigrantko, witaj w nowym miejscu :)
      Kornwalia jest na mojej liście 'must go'.
      A padlinę, fakt, można tu przy drogach często spotkać. Niektórzy ponoć to zbierają (na świeżo :))) i jedzą.
      Byczki mi się jeszcze nie trafiły. Tylko gęsi:)
      https://www.facebook.com/photo.php?fbid=587997877900829&set=a.231850383515582.62234.231845996849354&type=1&permPage=1
      Pozdrawiam

      Usuń
  11. No popatrz, a ja wczoraj po pracy wsiadłam na rower i w 5 minut na pole truskawek... 1,5 kg w 15 minut. Duże i małe, różne rasy na różnych szypułkach, pachnące i smaczne.
    Panią w budce zbieracze zadręczają jednym pytaniem: Jak długo jeszcze będą truskawki?
    A potem wieczorem w zapachu lip i przy śpiewie kosów truskawki z serkiem waniliowym... Lato :-)

    ps: co zrobić, żeby dostawać powiadomienia o Twoich nowym wpisach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nemuri, Niemcy zawsze słyneli z dużej wydajności ;-P
      U nas też lato na całego, trzy tygodnie upału, bez deszczu, to jak na Anglię sukces niebywały (choć ja tęsknię za deszczem).
      A co do pytania, jak długo będą truskawki, to w Anglii hodują je przez ... parę miesięcy! (zamierzam coś o tym napisać wkrótce, jak upał trochę zelżeje :))

      A co do powiadomień, to jedynym sposobem wydaje mi się jakiś reader typu Bloglovin (w bocznym pasku) lub Feedly, gdzie możesz sobie zrobić listę wszystkich blogów (nie tylko z Bloxa, ale ze wszystkich serwisów).

      Usuń
  12. A więc to są Hortensje! Podziwiam je od dawna u sąsiadów i planuję, gdzie by je sobie zorganizować w warunkach balkonowych, ale głupio mi było iść do sklepu i powiedzieć panu, że jeśli pan chodzi tą drogą, to w połowie bloku sa trzy krzewy takich żółto niebieskich...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Veni, to są właśnie hortensje! Kapryśne straszliwie. Moje jak na razie marnie przędą ;) Musi być kwaśna ziemia, duuuuuużo wody i nie za dużo słońca.
      Ale może Tobie się uda? Musi macie tam w okolicy jakieś przychylne wiatry.
      Ale fajne są, nie?

      Usuń
    2. Cudne są, podziwiam szczerze. Ale u mnie chyba nie pojadą, bo słońca (o ile jest) to mamy tyle, że pół Norwegii można obdzielić. To chyba nie pohoduję na balkonie :(

      Usuń
    3. Moja też na razie nie wygląda jak te na zdjęciu (vide: następny wpis :)))
      Słońce to chyba najmniejszy problem. Zawsze można na balkonie jakąś przesłonę zmajstrować.
      Może jednak podejmij próbę?

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!