Searching...
sobota, 29 marca 2014

cywilizowany kraj

Jeśli miałabym wyliczyć wszystkie rekordy absurdu, biurokracji czy opieszałości, które mnie kiedykolwiek spotkały, to w większości kategorii Polska sromotnie by przegrała z Albionem!
Nie mam co prawda za sobą doświadczenia zaczynania wszystkiego od zera w nadwiślańskim kraju. Tam się bowiem urodziłam i większość procedur (oraz sposobów na omijanie procedur) poznawałam przez osmozę, wchodząc delikatnie w system, prowadzona opiekuńczą ręką rodziców czy znajomych.
Lecz to, co przeżyłam na Wyspach Brrr pozwala mi sądzić, że są one zdecydowanym championem.

Pisałam nie raz, że w Anglii wiele instytucji jest
przyjaznych klientowi, a urzędy są stworzone po to, by służyć ludziom uprzejmą i okraszoną uśmiechem pomocą. Sporo rzeczy da się załatwić w dziesięć minut przez telefon, albo przy pomocy smartfona, w drodze z pracy (choć, nie oszukujmy się, dotyczy to głównie POZYSKIWANIA nowych płatników haraczu, niż rozwiązywania nieoczekiwanych i często nawarstwiających sie problemów!)

Czy więc próbuję teraz rękami i nogami zapierać się głoszonej przeze mnie 'ewangelii emigranckiego sukcesu'?

Ależ skąd!

Próbuję jedynie pokazać drugą stronę medalu (albo - jak niektórzy wolą -
odcienie szarości :)))
Zapewne większość napotkanych przeze mnie ścian, w które musiałam walić głową z wielkim hukiem, dopóki nie poruszyłam paru ważnych cegiełek, stała na granicy.
Umownie dryfowały w Dover lub szybowały nad Luton. Odzielały świeżo przybyłych od rdzennych.
Okalały Urząd Skarbowy (zwany HMRC czyli, w wolnym tłumaczeniu, Urzędem Podatkowo-Celnym Jej Królewskiej Mości), agencje nieruchomości i przybytki użyteczności publicznej.
A na ich straży stał wielki smok, który ... żywił się wyłącznie papierem.
W duuuużych ilościach. 

Droga do stania się legalnym (nawet już po wejściu Polski do Unii) mieszkańcem Wysp i pełnoprawnym użytkownikiem systemu była długa, zawiła i wyboista.
Zapisanie w przychodni zajęło mi 10 tygodni (myślałam, że prędzej urodzę na ulicy, niż uda mi się wreszcie przekonać panią recepcjonistkę, że nie przyjechałam tu w ramach turystyki zdrowotnej, ale LEGALNIE mieszkam tu już z całą rodziną, a nawet pracuję). Na dostanie karty debetowej czekałam ponad półtora roku, co oznaczało szukanie bankomatu przed każdymi zakupami (nieco uciążliwe, szczególnie gdy się ciągnie ze sobą podwójny wózek i ruchliwego czterolatka). Niechęć krwiożerczych właścicieli mieszkań do dzieci w wynajmowanych lokalach okazała się dużo większa niż w Warszawce.
O sytuacjach, kiedy czekało się miesiąc na naprawę pieca (Cóż to jest wykąpać trójkę dzieci przy pomocy wody grzanej w czajniku?!) czy udowadniało firmie dostarczającej gaz, że nie jest się tą osobą, na którą są wystawiane rachunki, nie ma nawet co pisać (przynajmniej w tym wpisie - zasługują one bowiem na oddzielne potraktowanie).

Oswajałam więc tę angielską rzeczywistość klnąc, na czym świat stoi, gryząc pazury z bezsilności i wydając majątek na telefony.
Odsyłana od Anasza do Kajfasza uczyłam się opanowywać na zawołanie i nie wyładowywać swej złości i frustracji na kolejnym, bidnym, niedouczonym pracowniku 'call center' w Indiach, do którego mnie przełączano w nadziei, że może on będzie wiedział, dlaczego internet nie działa od miesiąca lub skąd się wziął taki drastyczny (i raczej niebędący moim udziałem) debet na moim koncie.


Przede wszystkim zaś nauczyłam się ... gromadzić papiery.
WSZYSTKIE!!!
Ile fabryka dała!

Rachunki, paragony, ulotki, faktury, zestawienia płatności, listy z urzędów, przychodni, szkół i instytucji finansowych.
Payslipy, P-60, P-45*, wyciągi z banków, potwierdzenia wpłat, powiadomienia o niedopłatach oraz (na ogół podejrzane) wiadomości o nadpłatach :)).
Książeczki zdrowia, listy z przychodni, monity z biblioteki, wyniki badań.
Zaproszenia, przypomnienia, ponaglenia, straszenia, grożenia, molestowania ...


Dziękowałam w duchu mojej pani od Creative Writing, która oprócz górnolotnych esejów czy nudnawych paragrafów kazała nam też namiętnie pisywać 'letters of complaint'**.
Przytachane z Polski podręczniki pt. 'Advanced Writing with English in Use' oraz "Writing Skills - Proficiency" okazały się niezmiernie pomocne, a częste poszukiwanie odpowiednich (jak się później okazało koniecznie grzecznych i stonowanych) zwrotów mocno je sfatygowało.
Powoli stawałam się specjalistką od słania ton papierów.


Niestety na niwie gromadzenia dokumentacji zwrotnej byłam totalną dyletantką.
Po roku stwierdziłam, że nie ogarniam.
Kolekcja Papierzysk i Dokumentów Niezbędnych rosła w szalonym tempie.
Najpierw sprawiłam więc sobie parę segregatorów.
Skromnie.



Wszystkie listy, wrzucane codziennie w zastraszającej liczbie przez dziurę w drzwiach, przechodziły przez przez następującą procedurę:
1) natychmiastowe otwieranie (i natychmiastowe czytanie w przypadku listów ważnych),
2) przekładanie na ekran komputera w celu późniejszego dokładniejszego przejrzenia i włożenia do odpowiedniej przegródki,
3) przekładanie z ekranu na biurko (najczęściej w wyniku runięcia góry listów i papierzysk z kilku dni na podłogę), w nadziei na to, że kolejnego wieczora znajdzie się czas by jednak je przesegregować (ewentualne wygrzebywanie listów niezmiernie ważnych i formularzy, których wypełnienie nie cierpiało zwłoki),
4) przekładanie sterty z biurka (którego już prawie nie było widać) na szafę, w celu uchronienia ważnych dokumentów przed pogięciem, podarciem, zalaniem, zatłuszczeniem itp. (mimo oficjalnego zakazu spożywania czegokolwiek w miejscu innym niż stół kuchenny),
5) chowanie kilogramów papieru do walizki (następczyni niewydolnych segregatorów, których w mikrusowym mieszkanku nr 1 nie było nawet gdzie przechowywać), najczęściej przed wizytą gości lub jak sterta w wyniku 'niewinnych' zabaw spadała któremuś na głowę,




zdjęcie mocno archiwalne - dominują ulotki o ciąży i pierwszych latach z dzieckiem, eh ...

6) opróżnianie walizki i finałowa segregacja- jak już niczego nie można było znaleźć, bo te ważne papierki jakimś dziwnym trafem wciskały się gdzieś między ulotki z pobliskiej pizzeri Diabolo, książeczkę o dźwiękach, jakie słyszy dziecko w okresie płodowym lub starą, piętnaście razy przewertowaną gazetę, którą trochę żal było wywalić. A w każdym razie do której wywalenia trzeba było dojrzeć :)


Można by nieśmiało wysnuć tezę, że nasze kolejne przeprowadzki miały na celu nie tylko poprawienie naszego standardu życia, ale też zrobienie miejsca na kolejne segregatory.
Po siedmiu latach mieszkania na Wyspach Szczęśliwych sytuacja wyglądała już tak:


Teraz zaś segregatory, pudełka, teczki, aktówki i kartony zajmują aż trzy, specjalnie do tego celu zbudowane szafy, a i to im nie starcza, bo zaczynają się rozmnażać na potęgę i powoli przejmować sypialnię ...

Słyszałam gdzieś takie stwierdzenie, że im bardziej cywilizowany kraj, tym większa biurokracja.
Cóż, Anglia zdecydowanie jest więc krajem cywilizowanym.
A ja, dzikus ... chyba nie dorosłam wciąż do życia w takim błogosławieństwie.
Procedury otwierania listów w naszej rodzinie nie uległy bowiem większym zmianom.


Co prawda zniknęła instytucja walizki, ale tylko dlatego, że ... mamy więcej szafek, do których śmiało można wszystko upchać.
Nieposegregowane kupki papierzysk, czekające na zmiłowanie, wołające o wrzucenie je do kosza na recycling, albo na zjednoczenie ze współtowarzyszami niedoli w odpowiednim folderze, wciąż są wstydliwie wciskane najpierw na szafkę koło mikrofalówki (dorobiliśmy się mikrofalówki, a pozbyliśmy komputera; na ekranie laptopa za wiele się nie mieści :)), po to, by wkrótce wylądować w regale w salonie, z niewidzialnym napisem 'Do przejrzenia'.
Spędzają tam na ogół wiele, wiele miesięcy, jako że ... czego moje oczy nie widzą, tego po prostu NIE MA!


Gorzej jednak, gdy na człowieka (który - o święta naiwności - myśli sobie, że już to wszystko ma pod jako-taką kontrolą) spada znienacka podła okoliczność w stylu nagłej nieścisłości w zestawieniu rat kredytu, awaria zmywarki, kolejne szukanie pracy lub nie daj Boże ... przeprowadzka.

Wtedy, gdy nagle trzeba się dokopać do Super Ważnego Papierka się z przykrością okazuje, że ... ostatni wpięty do segregatora rachunek bankowy pochodzi sprzed pięciu miesięcy, rozliczenie roczne się rozmyło, gwarancję diabeł ogonem nakrył, a dokument potwierdzający nadanie prawa jazdy kiedyś tam komuś mignął przed oczami, ale kto by tam pomyślał, że będzie do czegoklwiek potrzebny, w obliczu posiadania plastikowej karty.



Napisali "Keep this safe"? Napisali! No ale kto by się tam przejmował ...

Albo w przedzień interview, uchetany wypełnianiem milionów formularzy, listów motywacyjnych, adresów zamieszkania z ostatnich pięćdziesięciu ośmiu lat i namiarów na osoby, które będą łaskawe wystawić stosowne referencje człowiek dowiaduje się, że dodatkowo ma przynieść ze sobą na rozmowę akt urodzenia, rachunek za gaz (będący potwierdzeniem zamieszkania pod danym adresem), dyplom, wyciąg z banku i owo nieszczęsne papierowe prawo jazdy.

I ostatnie zaświadczenie o niekaralności.
Acha, i bardzo przepraszam, jeszcze formularz o stanie zdrowia i dowód wpłaty za ubezpiecznie samochodu.
Tak, było takie.
Tak pamiętam, żółty nagłówek, z zielonymi i niebieskimi elementami.
Aviva, czy jakaś inna cholera?!

I to zaświadczenie o niekaralności faktycznie dwa miesiące temu ozdabiało mikrofalówkę, gotowe, by wskoczyć w odpowiednią 'koszulkę'.
Niestety, chyba zmieniło miejsce oczekiwania.


Chcąc-nie chcąc trzeba jednak uznać fakt, że 'rzeczy niewidzialne' mają całkiem realny wpływ na nasze życie, a - jak mawiał mistrz Lec - "w przyrodzie nic nie ginie, człowiek jedynie."
Trzeba przejrzeć na oczy.


Wszystko się w końcu znajdzie, to pewne. Przecież w tym domu nic niepotrzebnego się nie wyrzuca.
Ale ile papierów (i kurzu) pofrunie - w dzikim szale poszukiwania - między chmury, ile wrzasków i pełnych złości pohukiwań usłyszy Bogu ducha winna rodzina, przekonana, iż Naczelnemu Domowemu Papierologowi nie przystoi wyrzucać z siebie taką nieelegancką wiązankę ECIE-PECIÓW, to niech na zawsze pozostanie moją słodką tajemnicą...


_________________________________________________________
* payslip - coś a'la 'pasek' z wypłaty
P-60 - zestaw rocznych zarobków
P-45 - zestaw zarobków do momentu zmiany pracy, jeśli nastąpiła ona w trakcie roku podatkowego.



Tekst z serii 'finka z kominka', wprawka nr 4
CZEGO MOJE OCZY NIE WIDZĄ, TEGO PO PROSTU NIE MA!
& "Pofrunęła między chmury, wrzeszcząc ECIE-PECIE!"




sobota, 29 marca 2014

18 comments:

  1. ...co mi przypomniało boleśnie o dwuletnich zaległościach w segregacji papierów oraz pięcioletniej w fotografiach.
    To ja się pożegnam i pojawię za jakieś... 2 lata? aaa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, o fotografiach nawet nie myślę, a powinnam, bo niedługo do reszty zapcha wszystkie możliwe dyski wewnętrzne i zewnętrzne. Tradycyjnych nie wywołuję od lat.
      I jednak mam nadzieję, że ta segregacja zajmie Ci trochę mniej czasu - blogosfera byłaby nudna bez Ciebie :)

      Usuń
    2. Blogosfera poradzi sobie...

      Usuń
    3. Wiesz, niektórzy mówią, że nie ma ludzi niezastąpionych i pewnie coś w tym jest ... jeśli mówimy np. o stanowisku dyrektora mleczarni.
      Dla mnie indywidualni ludzie, z ich osobowością, humorem, niepowtarzalnością są jednak niezastępowalni.
      Jest parę blogów, które były mi szczególnie bliskie, a które zniknęły z powierzchni blogosfery lub których autorzy zrobili mniej lub bardziej spektakularne bye-bye i uwierz lub nie, ale ja wciąż o nich pamietam.
      Radzić sobie oczywiście radzę, co nie zmienia faktu, że za nimi w pewien sposób tęsknię (A niech cię gęś kopnie Veni23 - jak to czytasz, to wiedz, że jestem na Ciebie OBRAŻONA!)
      Mwah!

      Usuń
  2. to tak serio z tą przychodnią i debetówką?! Mi obydwie sprawy zajęły może tydzień o.O a nawet mniej. W porównaniu z Polską UK jest urzędowym rajem ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej serio, aczkolwiek gwoli wyjaśnienia dodam, że to było dawno, dawno temu i wszystkie procedury łaczyły się dodatkowo z utrudnieniami logistycznymi (typu wyprawa do banku z trójką małych dzieci, których nie było z kim zostawić czy konieczność zarejestrowania się u lekarza całą rodziną, podczas gdy ... akurat tam gdzie mieszkaliśmy mieli limit dzienny 5 osób i parę razy nie udało się nam przyjść jako pierwsi - ech, opiszę to kiedyś dla potomnych).
      Teraz jest dużo łatwiej. Wiem, bo pomagałam już paru koleżankom.
      UK jest urzędowym rajem w porównaniu z PL - tu pełna zgoda, ale bardziej pod względem uprzejmości urzędników i uproszczonych procedur. Jak się jednak w którymś miejscu system chwieje, to odkręcanie tego jest truuuudne. Computer says 'no' i koniec!

      Usuń
  3. Chyba za monitor Ci wpadłam albo za mikrofalę bo nie było mnie tu już hoho.. I cóż, nic w przyrodzie nie ginie, a te "ważne" często chowają się po kątach i nie maja zamiaru wypłynąć na wierzch - znam ja Ci to uczucie! Mamy specjalny karton po papierach A4 do przechowywania trochę starszych rachunków i listów miłosnych z urzędów, kilka segregatorów z dokumentami super ważnymi i o które dbam ja osobiście (tu nie ma zmiłuj, nic zginąć nie może!) no i szufladkę na miesięczne opłaty która czasem się niedomyka. Wtedy do akcji wkracza O. i bierze je z sobą do pracy, niby... Przekłada je po prostu do torby laptopa i nosi w kółko tak długo aż zamek zaczyna odmawiać współpracy. Wychodzi na to samo co u Was, z tym że noszenie mikrofalówki pewnie mniej wygodne :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolino, dobrze że się sama wygrzebałaś spod sterty papierzysk, bo jak widzisz, ja sie nie wyrabiam nie tylko z papierami, ale też z odpisywaniem na komentarze (o czytaniu nie wspominając :/ )
      Ja jestem samozwańczym zarządcą papierów, bo mój mąż ... wiesz, "jak to się ma do wieczności" i takie klimaty :) Tzn. nie powiem, on miłuje ład i porządek i jest z nas dwojga dużo bardziej zorganizowany, ale dotyczy to jego papieró (np. firmy). Te domowe 'scedowały się' na mnie (zresztą jego ulubioną formą jest forma bezosobowa: trzeba BĘDZIE lub trzeba ZROBIĆ :)))
      U mnie nic nie ginie, tylko ... zmienia miejsce składowania i problem zaczyna się, jak jakiś dokument staje się potrzebny ZANIM dotrze do odpowiedniego segregatora (eh, ta proza życia!). Ale wtedy trzeba prześledzić 'schemat przekładania' i na pewno się znajdzie na którymś z etapów. Tylko że czasami to trochę nerwów kosztuje :)))

      Usuń
  4. Ja mam teraz porównanie Austrii z NIemcami. I padam teraz na kolana przed Austriakami, spokojnie, po kolei, szybko!!!, z uśmiechem, bez zbednych papierów. Niemcy - o Boziu! - średnio spokojnie, po kolei, powoli, uśmiech podejrzliwy, papierów po pachy. A myślałam, że lepsi niz Austriacy są! Ale z segregatorami mamy to samo. Od momentu "zgubienia" bardzo ważnych dokumentów wszystko wpinamy do segregatora. A od momentu kiedy pani dwa tyg. temu w urzędzie powiedziała, ze ona nie wie co z tym papierkiem zrobić! ;-O bo nie ma listu przewodniego!!!?? wpinamy tez listy przewodnie!! Obrastamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemcy znani z ordungu, ale nie spodziewałam się aż tak znaczącej różnicy między nimi, a Austriakami!
      Ja jestem na etapie przejściowym od 'wszystko zbieram' do 'wszystko wpinam' :)))

      Usuń
  5. Jak tylko skoncze pisac ten komentarz to polece na zewnatrz ucalowac amerykanska ziemie:))) Jeszcze nigdy nie mialam przerwy w dostawie internetu dluzszej niz 10 godzin i to bylo raz spowodowane huraganem Sandy. Przeprowadzalam sie tu juz 8 razy i za kazdym razem wszystko dzialalo od momentu wejscia do nowego mieszkania, wszystko czyli wszystkie media.
    Moze juz nie pamietam szczegolowo jak to wygladalo na poczatku w urzedach, ale na 100% do zadnego nie musialam chodzic dwa razy. No chyba zeby sie zdarzylo zapomniec jakis dokument to zupelnie inna para kaloszy i ze tak powiem wina interesanta a nie urzedu. Najwiekszy problem jaki mnie spotkal to po zawarciu ostatniego malzenstwa kiedy wymienialam dokumenty na nowe nazwisko w banku dwa razy przyslali mi karty z pomylka w nazwisku. Za drugim razem sie wkur... lam i zadzwonilam z awantura. Pani przeprosila i obiecala, ze jak przyjde osobiscie nastepnego dnia to na mnie bedzie czekala kompetentna osoba, ktora te karty wyrobi od reki. Tak tez sie stalo, cala sprawa zajela nie dluzej niz 20 minut i wyszlam z kompletem nowych kart.
    Nie wyobrazam sobie jak mozna zyc inaczej:)))
    A juz cale szafy segregatorow absolutnie przerastaja mozliwosci mojej wyobrazni. Ja mam wszystkie dokumenty szafce o dwoch szufladach takiej typowo biurowej i dokumenty wisza w folderach. Polowa kazdej szuflady jest ciagle pusta:))) Poczte otwieram raz na dwa lata, bo nienawidze tego robic, a wiec wylawiam rachunki, a reszta czeka na moj dobry nastroj (trwa to ok. 2 lat). Po czym jak juz nawet mam dobry nastroj to 70% tego co sie nazbieralo przez te 2 lata idzie do gryzarki bez otwierania.
    Dobra to juz lece ucalowac te amerykanska ziemie, jak widze w takim UK pewnie albo wyladowalabym juz w pierdlu, albo na ulicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Star, gwoli wyjaśnienia dodam tylko, że te wszystkie segregatory, to oczywiście nie tylko rachunki, ale też wszelkiego rodzaju certyfikaty, kursy, śwadectwa itp, które nie wiadomo kiedy mogą się przydać.
      Poza tym - i tu trzeba Anglikom oddać sprawiedliwość, co raz więcej firm i banków decyduje się na formę elektroniczną i wręcz zachęcają klientów do przejścia na takową, z tym że ... jak coś nagle potrzeba, to trzeba się zalogować na konto i sobie wydrukować, co teoretycznie nie byłoby problemem, gdyby nie te cholerne hasła, które mi wciąż umykają. Chciałam sobie ujednolicić i na wszystkie konta mieć takie samo, ale po pierwsze mówią, że to niezbyt bezpieczne, a po drugie (dużo gorsze, bo kto by się tam chciał włamywać na moje konto 'gazowe' :))) to każda firma ma swoje wymagania: ta minimum osiem znaków, ta znaki i cyfry, tamta do tego jeszcze jedną wielką literę, inna nie zezwala na znaki typu @ % & - można się WŚCIEC!!!
      A poza tym, jak przychozi co do czego, to ... a to nie ma internet, a to się skończył toner w drukarce, a to inna złośliwość rzeczy martwych.
      Więc jakoś się a razie wolę nie pozbywać papierów (a uwierz mi, nie raz mi uratowały tyłek, a przynajmniej portfel).
      Ja na ulicy co prawda nie wylądowałam, ale ile się przeróżnych kar napłaciłam, to ... ich złodziejski zysk :/
      Miłego całowania :)

      Usuń
  6. Taaak...dostalam niedawno od kolezanki, dwie piekne, stare i cudownie odrestaurowane walizy z okresu miedzywojnia. Obie sa juz pelne. Pelne papierow z Albionu. A ja tu tylko pracuje. Ile walizek musialabym miec gdybym posiadala brytyjski adres?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, otóż to ... Brytyjski adres zobowiązuje! To nie jakieś tam 'beleco' :)

      Usuń
  7. Rachunki.. ja chyba wszystkie dostaję emailem więc ufam, że Google nie zniknie z dnia na dzień. Świadectwo urodzenia przy staraniu o pracę. Nie jestem pewien na 100%, ale na jakieś 90, że w Australii potencjalny pracodawca nie odwazy się spytac o wiek, gdyż w przypadku nieotrzymania pracy kandydat oskarżyłby go o dyskryminację. Oczywiście z relacji o przebiegu kariey zawodowej łatwo wywnioskować w jakim wieku jest kandydat, ale to już zupełnie inna sprawa.
    Pozdrawiam - Pharlap.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rachunki też już teraz coraz częściej dostaję mailem, ale ... --> patrz moja odpowiedż pod komentarzem Stardust.
      Co do aktu urodzenia, to jest on raczej potwierdzeniem tożsamości (jako że Anglicy nie mają czegoś takiego jak dowody osobiste, a nie każdy ma passport) niż informacją o wieku (którą można uzyskać też i z prawa jazdy - a w mojej pracy muszę się i tym legitymować :))
      Tutaj na rozmowę o pracę trzeba przynieść dwa rodzaje dowodów tożsamości.
      Tutaj przykład: http://www.southampton.ac.uk/enrol/list_of_valid_identity_documents_1_4.pdf

      Usuń
  8. OMG! To Irlandia jest zupełnie niewinna, jelsi idzie o takie rzeczy. u mnie po ponad 9 latach mieszkania półtora segregatora zajmują papiery, które są potrzebne. To wszystko.
    Czytając to wszystko dochodziłam powoli do wniosku, że nie nadawałbym sie jednak do zamieszkania w UK. zbyt dużo biurokracji.
    W świetle tego, co napisałaś, Irlandia to wiocha zabita dechami:) bo biurakracja istnieje, i owszem, ale na bardzo nikłym poziomie.

    Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biję się w piersi i przyznaję, że część rzeczy pewnie już by się z chęcią pojednała z niszczarką, ale ja, nauczona przypadkami przeróżnymi, wolę jeszcze troche potrzymać.
      Niedawno pozbyłam się ... wszystkich dokumentów z Polski, dotyczących naszych firm (bo też trzeba było je przetrzymać przez ileś tam lat. Choć tego nie było wiele w porównaniu z naszym angielskim dorobkiem :)

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!