Searching...
wtorek, 25 listopada 2014

A tak w ogóle ... to ideały nie istnieją.

A szkoda.
Bo ja się wciąż jednak łudzę, że tak :)
Co nie zmienia faktu, że dostałam pracę niemal idealną.
 

A było tak: Po przejściach wszelakich, które może kiedyś opiszę (bo warto, dla odnotowania faktu, że Anglicy potrafią być takimi świniami, że nawet Orwellowi się nie śniło), po hektolitrach łez wylanych, po mniej lub bardziej udanych próbach zaadoptowania się w zakładach pracy (jak się okazało) zastępczej, powiedziałam sobie: "A teraz drogie dzieci pocałujcie misia w dupę!".
I nie mówiłam tego, bynajmniej, do moich własnych dzieci, ale do całej tej cholernej systemowej rozpierdziochy i angielskiej papierologii stosowanej.
Wykrzyczałam to mężowi, że nic mnie nie obchodzi, jak on to zrobi, ale ma nas zacząć utrzymywać, bo jak nie, to umrzemy z głodu, jako że ja do roboty nie pójdę.
Nie, i koniec!
Bo mam wszystkiego tak powyżej uszu, tudzież dziur wszelakich, wrąbków, kokardek i innych punktów granicznych, że nie wytrzymam już ani jednego dnia w tym obłudnym pierdolniku, jakim jest szeroko pojęta służba publiczna (vel budżetówka), której trybikiem jestem od lat.
No, chyba, że mnie chce odwiedzać w wariatkowie, to proszę bardzo.

Mąż, chłop rozsądny, uznał, że jednak woli mieć żonę w domu i sam kazał w te pędy napisać list z wypowiedzeniem.

I tak oto zostałam Lady of Leisure. Siedziałam w domu i pachniałam.
Najpierw zapasami perfum kupowanych w sklepach wolnocłowch, a później już tylko Białym Jeleniem (lub jakimśtam jego angielskim odpowiednikiem z Asdy), albowiem w miesiąc po mojej głupiej i porywczej odważnej decyzji ... firma mojego statecznego małżonka się wzięła i zamknęła.
 

Trza się było przeprosić z system i szukać roboty.
Ale mię odrzucało nawet od otwierania laptopa - a wiecie, że to u mnie objaw mocno depresyjny.
Nawet gdybyśmy chceli wyciągnąć łapki po benefity, nic by to nie dało, bo one są obliczane na podstawie zarobków z poprzedniego roku (a te były zbyt wygórowane, jak na angielskie progi zasiłkowe). Zresztą nie chcieliśmy (ze względów ideowych - ale o tym innym razem).

Z odsieczą przyszła mi sąsiadka, która wyciągnęła mnie za uszy i podholowała na interview do swojego zakładu pracy, gdzie od miesięcy nie mogli znaleźć kogoś tak genialnego i tak wyedukowanego w danej dziedzinie, jak ja (he, he :)).
Chłopaki chyba naprawdę byli zdeterminowani, bo rozmowa o pracę trwała minut pięć, potem - po kolejnych paru minutach spędzonych za drzwiami managera - wezwano mnie na dywanik, wciśnięto w łapę długopis i kazano podpisać umowę.
Nie będę ukrywać, że połechtało to moje sflaczałe nieco ego.
"Nu, pagadi!", syknęłam w duchu, zacierając ręce, nie zważając na to, że autor tych słów, był te facto jednym wielkim przegranym :)))

Czułam się bowiem jak zwycięzca, jak ktoś, kto wreszcie nie musi prosić, by go łaskawie zawezwano na rozmowę kwalifikacyjną ...
Role się odwróciły. Teraz to ja rozdawałam karty i pokazywałam język!


Pierwsza pensja (fakt, po niezbyt długim okresie postu, bo i mąż szybciutko stanął na wysokości zadania i stosując parę zagrywek 'vabank', również został zatrudniony, na dużo lepszych warunkach niż poprzednio) była równie miłym dodatkiem do zszarzałej rzeczywistości.
Wiedziałam co prawda, że ta praca, mimo niewątpliwych zalet, z których najpotężnieszą był czas dojazdu do niej - a wynosił całe 9 (słownie: dziewięć) minut, co stanowiło dość sporą różnicę w porównaniu z ponaddwugodzinnymi wyprawami do Londynu - nie będzią tą wymarzoną.

Zakasałam jednak rękawy i wiernie oddawałam się obowiązkom.
I być może bym nawet tam została, gdyby nie fakt, iż sąsiadka się wzięła, zawinęła, znalazła sobie pracę w innym hrabstwie, spakowała rodzinę i dobytek, sprzedała dom i tyle ją widzieli.
Przede mną zaś została roztoczona wizja przejęcia schedy po niej, czyli między innymi zarządzanie całym tabunem angielskiego personelu, co ... przerosło zdecydowanie moje możliwości psychiczne (przynajmniej na tamten czas).


A źe ... akurat pojawiło się kolejne ogłoszenie o pracę, w mojej dziedzinie, niezbyt daleko, na dużo lepszych warunkach, to (może trochę po świńsku, ale w końcu jestem pojętnym uczniem :))) zmyłam się po pięciu miesiącach, żegnana z typowym angielskim flegmatycznym profesjonalizmem, ale i z lekko dostrzegalną rozpaczą w oczach managera.
Pech.


 

Tak więc nowa praca ...
Minęło parę miesięcy, a mój mąż skonstatował, że to chyba pierwsza praca, na którą nie narzekam, he, he, he ...
Może to trochę przedwczesny wniosek, ale faktem jest, że naprawdę jestem z niej bardzo zadowolona.
Lubię, to co robię, wiem, na czym stoję, rozumiem, czego się ode mnie wymaga (szefowym-chorągiewkom mówię zdecydowanie 'nie!"), podoba mi się kameralność i klimat 'zakładu' i chodzę tam z przyjemnością (choć pensja oczywiście 'budżetowa' :))).
Listy zalet (brak raportów, dojazd - 25 minut wiejskimi dróżkami - relaksujące widoczki, ostre zakręty i poranne pomykanie w opadających mgłach) n
ie są póki co w stanie przyćmić ani
burzące sielankę bażancie i borsucze trupy gwarantowane, coraz bardziej rosnący stos papierów (w tej branży nie da się tego uniknąć, tym bardziej przy mojej awersji do papierologii stosowanej) ani dyskretnie wciskane mi coraz to nowe obowiązki i wymagania.
Znoszę to cierpliwie, poświęcając się dla idei :)



Jest tylko takie jedno 'ale'. Takie maluteńkie, ciupeńkie, mikrusowe ...
 

Z nieformalnych źródeł wiem, że zanim nastała miłościwie panująca Pani Ochmistrzyni vel moja nowa szefowa, z pracy zwolniło się 75% zespołu!
Właściwie nie powinno mnie to zupełnie interesować, jako że powiew świeżości i zapał ciała zarządzającego powinny napawać nadzieją na nieunikniony sukces. Smrody ponoć wywietrzono, ropiejące rany goryczy przysuszono, czyraki niechęci posmarowano maściami kojącymi, a jad plotek i dupo-obsmarowywania odkażono.

Tylko dlaczego - ja się pytam - w ciągu mojego jakże krótkiego okresu ukorzeniania się, z pracy zwolniły się już trzy osoby, dwie kolejne szukają intensywnie opcji alternatywnych, a jedna jest od trzech tygodni na permanentym zwolnieniu ze względu na stan zdrowia (psychicznego, jak mniemam)?!


I dlaczego (za jakie ciężkie grzechy, znaczy się) 'derekcja' wytypowała mnie, Misia Nowicjusza, na koszmarnego kalibru batalię w sądzie, w sprawie, o której mam nikłe pojęcie, a gdzie będę musiała bronić dobrego imienia zakładu (podpierając się na całe szczęście prawnikiem z ramienia hrabstwa) i udowadniać, że oskarżający nas klient ma muchy w nosie i żadnych logicznych argumentów w zanadrzu?

Ja się plasuję gdzieś w okolicacha 'goły, ale wesoły' :)


Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa na myśl, to że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Widocznie tak musiało być. Musiało się wydarzyć coś drastycznego, żebym wreszcie napisała coś na blogu ;)
Bo zamiast czytać opasłe tomy dokumentacji 'obronnej', zamiast łapać byka za rogi i ćwiczyć intelektualne muskuły (tudzież profesjonalne słownictwo), siedzę i piszę.
Piszę i tęsknię.
Tęsknię za blogosferą, za beztroskim skakaniem po blogach i blożkach, za podglądaniem, podczytywaniem, recenzowaniem, pisaniem komentarzy i odpisywaniem na nie.
Tęsknię za tym przyjemnym dreszczykiem, który towarzyszył każdemu nowemu wpisowi (nie tylko, rzecz jasna, mojego autorstwa), za mailem informującym mnie, że ktoś z Was zostawił nowy komentarz na blogu lub na facebooku.

Pouciekam tak sobie jeszcze od rzeczywistości przez godzinkę-dwie.
A po piątku, jeśli nie zostanę totalnie zwalcowana przez trybunał, wrócę do swojego chomiczego kołowrotka i ... nie obiecuję, kiedy mnie znów tu przygna, choć nazaczynanych wpisów, i to nie tylko w głowie, mam że ho-ho.
Pech.

A Wy, Braci Blogerska, nie zapominiajcie (w wiernym oczekiwaniu na moje kolejne posty, he, he) o blogerskich akcjach charytatywnych!


 

(już) wtorek, 25 listopada 2014

28 comments:

  1. No, wreszcie! - powiedziala glosno tonem nieukontentowanego klienta. - Ilez mozna czekac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaczko, nie każdy jest tak zdyscyplinowany, jak Ty! :)
      Przepraszam, ale wygląda na to, że klientela wciąż pozostanie nieukontentowana (sądząc po moim obecnym trybie blogownia :)))
      Cmok!

      Usuń
  2. Braterskim akcjom charytatywnym wpadlo cos wlasnie do oka.... <3

    A tak w ogole: zateskniam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buziaki (spóźnione, wiem, wiem). A akcja cudna. Śledzę efekty na bieżąco :)

      Usuń
  3. Gratulacje - prychnęła po chwili ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - odpowiedziała po latach :)

      Usuń
  4. to ja się zameldowuję de nowo ;) fotoszepty vel pusta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć :)
      Ja trochę wyjęta z obiegu blogowego, ale stare znajomości chętnie odkurzam :)

      Usuń
  5. No nareszcie, bo wietry juz tu takie wieli, ze strach bylo wchodzic:))) pajeczyne to lekko ogarnialam, bo sie do ocz przyklejala:))) A ze kwiatki powiedli to sie uprasza nie miec pretensji ja do kwiatkow nigdy reki nie mialam a o podlewaniu zwyczajnie nie pamietam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwiatki jakoś może się uda odratować - robię to co roku po parotygodniowych wakacjach w Polsce, kiedy mąż zostaje sam na gospodarce :)
      Ale pajęczyny - jak widzisz - jeszcze do końca nie wymiecione ...

      Usuń
  6. A czy w ogole znajdziesz czas na blogowanie, skoro, jak piszesz, stale dowalaja Ci nowych obowiazkow? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie/jest ciężko - jak widać na załączonym obrazku.
      Ale dam sobie jeszcze szansę :)

      Usuń
  7. Czas, to pojęcie względne. Może być "z gumy". Może też płynąć alternatywnymi kanałami.
    Innymi słowy, dla chcącego...
    Albo też zdeterminowanego...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mówią, tak mówią ...
      W końcu wszyscy, wbrew powtarzanemu codziennie kłamstwu, mamy go tyle samo: 24/7 :)
      Tylko że czas nie jest tu jedynym decydującym czynnikiem.
      Duże znaczenie ma wygodna sofa i to ogarniające człowieka wieczorne ciepełko ... :)

      Usuń
  8. pisac musisz, Sama czujesz I wiesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę! Wiem! Piszę na razie szkice na bloggerze. Może kiedyś dokończę jakiś?
      Pozdrawiam.

      Usuń
  9. Ech, machnęła spódnicą i poszłaaaa.
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mój obecny tryb funkcjonowania, w którym - tak dla porządku rzeczy - spodnie sprawdzają się jednak lepiej :)
      Uściski!

      Usuń
  10. Oj dzieje się u Ciebie, dzieje... I bedziesz kiedys z usmiechem wspomiac te momenty...
    Naprawde super jest zobaczyc w mojej kolumience: czytuje, ze szepty w metrze znowu piszą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta dewiza mi zawsze przyświeca - czytam sobie wpisy historyczne i cieszę się, że mam pewne rzeczy za sobą :)
      Szepty jak na razie tylko pisują.
      Ale kto wie, kto wie ... może się rozkręcę, choć do pierwotnej częstotliwości, czyli kilkunastu postów na miesiąc to już raczej na pewno nie wrócę.

      Usuń
  11. O! O! O!
    Jest super i bardzo się cieszę. Zostaniesz już z nami? Pliz.

    Serdeczności
    Almetyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Almetyno, jestem cały czas. Zaglądam, czytam komentarze, a nawet i na jakieś blogi zajrzę, ale co do pisania, to ciężko mi idzie ostatnio. I nie jest to kwestia natchnienia :)
      Grafomanom tego nigdy nie brakuje :)

      Usuń
  12. Życzenia!
    [a="http://i58.tinypic.com/27y8x7n.jpg"]To jest obrazek ze 'słusznymi' kolorami, a kto nie zna, może kliknie? Ten ROK 2015 ma być lepszy od poprzedniego, czego życzę Ci Szepty! Poza tym Rose i ja życzymy WSZYSTKIM tutejszym Czytelnikom i Komentatorom tego co na obrazku, trzeba by KLIKNĄĆ[/a]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za życzenia. Cudne! Tego mi trzeba!

      Usuń
  13. Amen :)
    Mam nadzieję, że będziesz tu wpadać, bo ja dopiero zaczynma czytać Twojego bloga :)
    Co do pracy, to powiem, że znając już ciut,ciut angielskie realia, jeśli w pracy coś śmierdzi, to niewątpliwie szkielet tkwi w szafie :) zapraszam na mojego bloga: www.goldencage.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, wpadać będę, ale co do częstotliwości wpisów, to nic nie mogę zagwarantować. Dzięki za namiary na Twojego bloga, ale ... już go wcześniej całego przeczytałam :)
      (trafiłam po statystycznych linkach :))))
      Nie masz łatwo, oj nie! Ciekawa jestem Twoich dalszych spostrzeżeń na temat albiońskiej rzeczywistości :)

      Usuń
  14. Chyba lepiej jest robić to, co się lubi i zarabiać przy tym trochę mniej, niż męczyć się dzień dzień robiąc rzeczy, które ani odrobinkę nie są dla nas interesujące, ale zarabiać więcej :) przynajmniej ja wychodzę z takiego założenia i staram się to realizować, widzę, że u ciebie jest podobnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się - zupełnie nie potrafię robić rzeczy, do których nie mam przekonania, albo które mnie śmiertelnie nudzą. Po prostu się duszę i wcześniej czy później następuję potężna erupcja frustracji (co się najczęściej kończy źle dla otoczenia, a mnie pozostawia na długie tygodnie w objęciach nieziemskich wyrzutów sumienia).
      Aczkolwiek frustracja wynikająca z rażąco 'niedopłacanej' pracy też potrafi dać popalić.
      Na szczęście angielska budżetówka nie ma aż tak głodowych pensji, więc ... nie jest źle.
      W każdym razie pracę nadal lubię :)

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!