Searching...
poniedziałek, 11 marca 2013

w pociągowej malignie

Zerwałam się bladym, sobotnim świtem.
Blademu świtowi w marcu bliżej do siódmej niż do piątek, więc właściwie można powiedzieć, że zerwałam się grubo przed pierwszym promieniem słońca (lub - żeby być precyzyjnym - nadzieją na niego).
Nawet budzika nie musiałam przestawiać na tryb weekendowy.

Miałam lekką pokusę, żeby chromolić te parędziesiąt funtów, które wyłuskałam z własnej kieszeni na warsztaty przygotowujące mnie do nowej pracy (głupio mi było prosić na odchodne szefową, by pokryła me dokształacanie na rzecz innego pracodawcy).
Jednak perspektywa otrzymania pachnących drukarnią materiałów, które później z miną Wielkiej Pani Ekspert będę mogła wykorzystać szkoląc z kolei mniej wtajemniczonych, była zbyt silna.

A poza tym ... networking, głupcze!
Nawet w budżetówce dobrze jest się pokazać na zjeździe Przynudzających Szych, przypomnieć twarz Panu Naczelnemu, ukłonić się panu profesorowi (temu od sznurka) chociażby po to, żeby w czasie rozmowy o pracę nonszalancko wspomnieć o tym, jak to się z nimi jeździło na konferencje.
I oczywiście dla satysfakcji spojrzenia mu w oczy z miną niewiniątka, myśląc jednocześnie: "A ty misiu-pysiu nawet nie jesteś świadomy, jak cię obsmarowałam na swoim blogu!" :))

Networking w angielskiej budżetówce jest co prawda oksymoronem lub ... pobożnym życzeniem, jako że każdy się kisi w swoim sosie, zaszywając się w bezpiecznym kręgu współprzybyłych pracowników rodzimych placówek.
Połudzić się jednak zawsze można.
Można też - zamiast sterczeć jak kołek w płocie z filiżanką herbaty i watolinowym trójkątem z serem, dostarczonym dumnie przez Drużynę Cateringu - rozsyłać głupawe uśmiechy i zagadywać do tych nielicznych, równie wyizolowanych i równie zagubionych.
Dziwnym trafem ci właśnie na ogół okazują się mieszkańcami Isle of Man albo innego ulokowanego na końcu świata Inverness. Są przemili i nawet gadatliwi. Jednak lokalizacyjnie nie rokują żadnych nadziei na owocną współpracę z przybyszem z południa.

Cztery godziny snu, to zdecydowanie za mało, żeby myśleć logicznie, szczególnie bladym świtem.
Piątek, jak zresztą ostatnie parę tygodni mojego życia, był jednak tak obfity w wydarzenia, że nie zdołałam doczłapać się do mojego ukochanego łóżka przed pierwszą.
Od samego rana latałam więc jak bezgłowy kurczak ('headless chicken' :)) po domu - choć głowę miałam wciąż na karku, co potwierdzały strugi wody ściekające z umytych w półśnie włosów, i próbowałam ogarnąć koszmarny potygodniowy syf.
Normalnie rozłożyłabym to na parę godzin, dzielnie delegując zadania obywatelom niższym rangą. Ci jednak spali jeszcze snem sprawiedliwego.
W pościeli pomalowanej flamastrami, wśród porozrzucanych ubrań, na krzywo wysuniętych łóżkach, w pokojach przypominających krajobraz po bitwie.
W pokojach ponuro kwestionujących moje zdolności rodzicielskie.

Powtarzając sobie w myślach mantrę podróżnika: paszport, bilet, pieniądze, paszport, bilet, pieniądze (zamieniwszy uprzednio 'paszport' na 'laptop') zastanawiałam się czy mam najpierw umyć łazienkę, rozpakować blokujące przedpokój siaty z zakupami, złożyć górę prania czy dokończyć gotowanie zupy.
'Koty' na podłodze miauczały: Odkurz nas!
Zeschły na wiór mop stał z wyrzutem w poprzek pralni i opierając się o drzwiczki pralki, zdawał się grozić mi swym kijem i przypominać: uprasza się o wyjęcie upranych rzeczy w ciągu 24 godzin od czasu zakończenia cyklu.
Skotłowane w sieni lunchboxy, teczki i buty szczerzyły się podle, przepowiadając nieuchronną rozpacz mej, przybywającej z wizytą właśnie dziś, rodzicielki, wyrażoną dobitnie pytaniem: "Jak wy, dziecko, możecie TAK żyć?"
A porzucone na blacie kuchennym trio: szczotka do włosów, płyn do czyszczenia powierzchni płaskich i żytnio-pszenny chleb wołały o pomstę do nieba, lub chociażby o lufę z podstaw higieny.
Na blacie kuchennym ponuro kwestionującym moje zdolności bycia perfekcyjną panią domu.

Na szczęście mąż nie kwestionował moich kwalifikacji na idealną żonę, mimo iż to na niego scedowałam część obowiązków, włączając w to ... przywiezienie moich rodziców z lotniska, podczas gdy ja, wyrodna córka, wybierałam się robić networking.

Prawie dwugodzinna podróż do Birmingham (rozpoczęta - a jakże! - wpadnięciem na peron w ostatniej chwili) wprowadziła mnie w stan otumanienia.
Nie wiedziałam, czy mam się zamartwiać wizją moich rodziców przylepiających się do zalanej kompotem podłogi w jadalni, czy złapać za męczoną od tygodnia książkę (ach, te ciągłe przesiadki nie wpływają korzystnie na koncentrację), kontemplować migające za oknem kojące angielskie krajobrazy, odespać zaległe godziny czy ...
O rany, ja kiedyś pisałam bloga!
Kiedyś, dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach było coś takiego jak blox, jak blogger, jak bloglovin, jak facebook.
Chciałam się nawet zalogować, by sprawdzić, czy to aby nie był sen.
Niestety tempo pociągu było zbyt szybkie, by mój dziadzio ipone 3G mógł wyłapać sygnał sieci.

Próbowałam jeszcze napisać coś na facebooku - ale po dwudziestu minutach i dwukrotnie skasowanym zdaniu wielokrotnie złożonym poddałam się.
W końcu uruchomiłam bardzo ambitną grę Tetris (jedną z nielicznych aplikacji, która w ogóle jeszcze chce działać na tym jakże starym (pięcioletnim bodajże :)) systemie operacyjnym i pykałam bezmyślnie aż do samego Birmingham, by przypadkiem nie przegapić stacji.
Po dojechaniu na miejsce, z oczami na zapałki, pożądając kawy (łóżka i paru innych rzeczy milszych niż sobotnie szkolenia) uświadomiłam sobie, że mogłam spokojnie uciąć sobie dwugodzinną drzemkę, gdyż właśnie w tym oto uroczym mieście pociąg kończył swój bieg (wyświetlacz pokazujący zwykle trasę nie działał :))).

Birmingham przywitało mnie lodowatym deszczem, nieznanym akcentem, ciekawymi budowlami okalającymi dworzec i dziwną panią, która ... zachęciła mnie do ponownego przyjazdu w to urocze miejsce, tym razem już nie służbowo.


Moknąca z każdej strony The Floozy in the Jacuzzi aka The River (wody nigdy za wiele)

Bullring - shopping and leisure centre


 Birmingham New Library
A napisałam te parę nieskładnych zdań, szurając nosem po klawiaturze, widząc kątem oka puste (= bez raportów mojego autorstwa) teczki, obliczając w popłochu wciąż malejącą liczbę godzin, która została mi do piątej piętnaście, tylko w jednym celu.
Chciałam Was bowiem poinformować, że mnie nie ma.
Nie ma mnie.
Nie wiem gdzie jestem.
W moim ciele żyje jakiś robot.
Me zapuszczone od obierania ziemniaków ręce, me zbolałe od przemierzania kilometrów nogi, mój cierpiący od siedzenia w dziwnych pozycjach kręgosłup, moja napakowana zaległymi sprawami głowa - wszystkie me członki poruszane są jakąś dziwną energią, nad którą nie mam kontroli.
Poszczególne fragmenty ciała obleczone w skórzany worek z ziemistą cerą, nieudolnie konserwowany kremem antyzmarszczkowym i ogrzewany reninym opatulaczem (bo zima - jakby na złość mojemu poprzedniemu wpisowi walczy z wiosną wyjątkowo zajadle w tym roku, pochłonąwszy póki co me świeżo posadzone pelargonie) żyją swoim życiem, koordynowane w nadprzyrodzony, niezrozumiały dla mnie sposób.
Jestem jednak wdzięczna, że to niezidentyfikowane coś mnie pcha, bo bez tego położyłabym się chyba i umarła ze zmęczenia.

Piszę, żeby dać znać, że zauważyłam Wasze komentarze, że dziękuję za zaproszenia i prezenty, że jestem mile zaskoczona mailami, że widziałam zdjęcia, że myślę o Was - o tych wszystkich znanych mi głównie z nicka i z adresu bloga, połączonych ze mną niewidzialną siecią blogosfery.
Proszę, nie kwestionujcie mojej sympatii do Was.
Chwilowo nie mam jednak siły na nic więcej niż żałosne tłumaczenia.
Odpowiem, skomentuję, przeczytam, opiszę, odwiedzę.
Jak przeżyję przesilenie wiosenne (hę?), wizytę rodziców (logistycznie, bo z towarzyskiego punktu widzenia to jest miło :)), natłok obowiązków w pracy, emocjonalne zawieruchy i parę trudnych decyzji, które wciąż jeszcze przede mną.

Machina w mnie w ogóle się nie zna na mediach społecznościowych, nie umie odpowiadać na maile, nie zna facebookowego hasła i nie wie, jak klikać na znajome linki.

Także sami rozumiecie ...



 poniedziałek, 11 marca 2013






2013/03/11 07:23:40
Trzymaj się Fidrygauko! Trzymam kciuki za powodzenie w nowej pracy :)

2013/03/11 09:42:50
Jeszcze tylko rzut beretem, krótka dwudziestominutowa drzemka, i byłabyś w Krainie Yam-Yam! Centrum Birmingham przypomina mi niemieckie miasta, nomen omen, to tu właśnie co roku organizuje się German Market na święta.

I robot kiedyś dokończy swoje zadania. Ja tam czekam cierpliwie, rozumiem....może dlatego, że sama przełączam się na system Borg..."Resistance is futile". Byle do wiosny. Ukochy!

2013/03/11 10:05:05
Ahoj i do przodu! 3m się ciepło :))))

2013/03/12 09:23:19
Twój wpis, nie wiedzieć czemu, skojarzył mi się z taką sceną z filmu "Alive, dramat w Andach", gdy główny bohater, z wysiłkiem pokonawszy kolejną górę, spojrzał z nadzieją spodziewając się zielonej doliny, a dojrzał jedynie kolejne szczyty.... Ale wiesz.... w końcu przeszedł te góry i dotarł do tej zielonej doliny:) Pewnie pchała go ta sama tajemnicza energia, co Ciebie.
Powodzenia! Gdy się idzie, to w końcu przejdzie się każdą górę. najważniejsze, żeby nie wątpić i się nie zatrzymywać:)

2013/03/12 23:39:01
trzymaj sie, jest nas wiecej, podobno w grupie razniej:)

2013/03/13 00:05:23
Co ja będę dużo pisała. Jak zwykle opisałaś wszystko tak, że mam wrażenie, jakbyś pisała o mnie. Co prawda zmęczenie wynika z czego innego, a i do zmiany pracy ciężko mi się zabrać, ale efekt końcowy jest podobny. Czuję się jak w malignie. Ostatnio dołączyła do tego grypa żołądkowa, żeby nie było łatwo.
Pozdrawiam!!!
Gość: edyta1972, host86-145-202-168.range86-145.btcentralplus.com
2013/03/13 18:56:50
Byle do wiosny powtarzam sobie brnąc od pociągu do mojego miejsca pracy przez most na którym zawsze wieje, opatulona w mojej kurtce - Eskimoską nazwaną przez Ukochanego Mojego. Potem dociera do mnie że w lecie dłużej pracuje i mniej czasu będę mieć na wszystko bo dojazd do pracy zajmuje mi 1.5 godziny w jedną stronę, i zdaję sobie sprawę że zaległości na blogu mi urosną a tu co rusz ciekawą wystawę otwierają !!!!! dlatego powiadam Trzymaj się, trzymajmy się razem :)

2013/03/13 19:14:51
Trzymaj się cieplutko :)
O.
Gość: czarnywieprz, aaqp213.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/03/14 22:57:27
No, dobrze...to sie nie będę obrażać w tym tygodniu:))) A po drugie, już dawno to za mną chodzi --- rzucić to wszystko i wyjechac na ryby!

2013/03/17 21:24:16
@ Żono, dzięki. Nowa praca na razie się trochę odciąga w czasie. Nie wiem, czy nie na parę miesięcy. Ale proces zamykania już się zaczął i jest bardzo praco- i czasochłonny :))

@ Bebe, kraina Yam-Yam ... brzmi bardzo tajemniczo :)) A Birmingham mnie zainteresowało. Muszę tam wrócić. Może się wstrzelę w German Market? :))
Na Star Trek i Star Wars się nie wyznaję, ale doczytałam i faktycznie - wygląda na to, że zostałam zasymilowana, moja praca to istny ul, a szefowa jest Królową :))

@ Veni, dzięki. O ciepło trochę trudno. Nawet w Anglii :))

@ Ren-ya, pamiętam ten film. Wywarł na mnie piorunujące wrażenie, między innymi tym, że ... czasami sama wola walki nie wystarcza.
Ale cóż, brnę dalej przez śniegi i zamiecie :))

@ Moniko, wpadając to tu, to tam, widzę że nie tylko ja się zmagam. To chyba przedwiośnie. Dzięki za wsparcie. Musimy przeczekać :)

@ Viki, czasami ma się ochotę zostawić to wszystko w cholerę. Ale ostatnio co raz częściej skłaniam się ku teorii małych kroczków. Na wielki zmiany mnie nie stać (psychicznie, czasowo i emocjonalnie). A więc zanim zaczniesz szukać nowej pracy, po prostu wrzuć jakiś nowy wpis na bloga :)))

@ Edyto, ty też tak długo dojeżdżasz?! Ja wymiękam. Te dojazdy wysysają ze mnie najwięcej energii. I człowiek ma wrażenie, że mu życie ucieka w zdwojonym tempie. Faktycznie, wystaw nie nadrobisz siedząc w pociągu, ale możesz ... zapisywać notatki do wpisów na blogu. Ja tak ostatnio robię. Jeżdżę z samoprzylepnymi karteczkami, czytam mały fragment np. książki, zapisuję, mam pomysł na wpis, zapisuję itd. Inaczej bym zwariowała z nudów i z rozpaczy :))

@ Obieżyświatko, stram się, choć temperatura za oknem wciąż nieprzychylna :))

@ Pieprzu, dzięki za wyrozumiałość. Napisałam już coś na poczet przyszłego tygodnia, a może i jeszcze coś wkleję za parę dni :))
Na rybach umarłabym z nudy, ale rzucanie w cholerę bardzo mnie pociąga :))

2013/03/18 09:25:01
Fidrygauko (ot cała tajemnica):
- How am ya?
- Yam ok!

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!