Searching...
sobota, 26 października 2013

Króliczy pasztet, nie mylić z ...

... pasztetem z królika!
No dobrze, Moi Drodzy, może troszkę przesadziłam, może Was nie doceniłam, może za szybko wyskoczyłam z tym ujawnieniem zagadki, posądziłam o wybiórcze i skokowe czytanie postów (choć niektórzy się przyznali do winy :))) i wyszedł mi mały 'króliczy' pasztet.
 

Ale Wy też się nie popisaliście za bardzo.
Ja tu liczyłam na przynajmniej odrobinę zdziwienia, na jakiś okrzyk zdumienia lub oburzenia. Na jakieś 'NoCoTy!', na rozszerzone źrenice i szczęki zbierane z podłogi, a tu ... dyskusja rozwinęła się bardziej w kierunku techniki czytania tekstów (czyli jednak prawo pierwszego zdania zadziałało :)))

Trochę Ania z Aniukowego Pisadła próbowała ratować sytuację.
Większość natomiast przyjęła to ze stoickim spokojem.


A ja tu przeżywam prawdziwą rewolucję!

Ale od początku ...

Jak już pisałam kiedyś, może i wpływ środowiska ma jakieś tam znaczenie w procesie wychowawczym, ale jeśli chodzi o charakter, predyspozycje i ogólnie pojętą konstrukcję psychiczną, to genetyka gra z nami w rosyjską ruletkę.
Biorąc pod uwagę moje uniki wobec zwierząt, możnaby sądzić iż moje dzieci nasiąkną podobnymi fobiami.
I fakt, jeden omija psy na ulicy szerokim łukiem, inny nie pała miłością do kotów. Antykociarz chciałby mieć psa, aczkolwiek zupełnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego domowego czyściocha i pedanta w roli kolekcjonera ciepłych psich kup przy pomocy foliowego woreczka, skoro na sam widok worka z resztkami jedzenia, który ma wyrzucić do kosza z kompostem dostaje odruchu wymiotnego.
Najmłodsza, przechodząca na drugą stronę ulicy na widok ratlerka jest w stanie pogłaskać kota, ale tylko u kogoś na rękach :)


Ale jest taki jeden osobnik, któremu nic, co się rusza nie jest obojętne.
Dżdżownice, żuki, ślimaki, mrówki, motyle, gąsiennice - wszystko się nadaje do obserwacji i dokładnego wymacania.

Ile było próśb, by hodować włochate gąsiennice w słoiku z dziurkami (mimo argumentów, że zdechną w ciągu doby).

Ile było ryku, ile słonych łez wylanych, 'głupich bab' wykrzyczanych, gdy motyl ze złamanym czułkiem - umierający (choć piękny) weteran - objęty czułą opieką i zaniesiony z dumą do szkoły dostał nakaz wypuszczenia, 'bo się męczy'.


Ile było mrówczych miasteczek, domków dla kulanek (woodlice) zbudowanych ze starych pustaków znalezionych w ogrodzie.





ten akurat zapożyczony stąd


Ile żab naprzytulanych, liszek trenowanych we wspinaczce po liściach, wyścigów biedronek i pokazów lotniczych ważek.


  


A w czasie wyjazdów do babci na wieś liczył się tylko zwariowany kundel Muszka. I prababciny Dolar.
Ważniejszy niż zamki z piasku i jezioro (choć i tam potrafił spędzić godziny).
I Ryba, spasiony wczasowy wilczur, który mimo iż głodny nie chodził, wart był najwidoczniej wykradania kiełbasy z babcinej lodówki (nawet z narażeniem się na karę: za kradzież i za ukrywanie kradzieży :)))


I były od czasu do czasu nieśmiałe próby negocjacji:
- Mamo, wiem, że się nie zgodzisz, ale ... moglibyśmy sobie kupić psa?

- Nooo ... najwcześniej, jak się przeprowadzisz do swojego domu :)

Bo pies to kłopot, bo trzeba wyprowadzać, bo co z wakacjami w Polsce, bo koszt utrzymania, dom przesiąknięty specyficznym zapachem, psie kudły, psie kupy i wiele innych argumentów.

Kiedyś mój mąż wspomniał coś nieśmiało o królikach.
Że ogródek wreszcie mamy, że nie są kłopotliwe, że ...
No tak, przecież on przez całą podstawówkę hodował króle.
A pierwsze pieniądzę zarabiał na sprzedaży świnek morskich.
I rzeczywiście, pamiętam zdjęcia z rodzinnego albumu. Na każdym zdjęciu z innym psem!


Weź ty się chłopie w głowę stuknij mocno! Jakie znowu króliki?!

***


Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, nasi znajomi kupili sobie królika miniaturkę. No i wszyscy na jego punkcie oszaleli. Wszyscy, z wyjątkiem mnie, rzecz jasna.
Zastanawiałam się nawet, czy nie zbanować znajomego na facebooku, bo mnie drażniły publikowane wciąż zdjęcia futrzaka, przypominające mi, kto jest głównym inspiratorem jęków, stęków i nagabywania.

Aż któregoś dnia, na kolejne maaa-moooo-kuuu-piii-myyyy-króóó-liiii-kaaa, mimo iż nie jestem osobą łatwo ulegającą emocjonalnej manipulacji, powiedziałam ... 'Być może'.
Czym - po małej przerwie na niedowierzanie, wzbudziłam dalszą falę jęków (Maaaa-mooo-to-kieeeedy-kupiiii-my-te-kró-liiiii-ki???)

No i kupiliśmy te króliki.
Kiedy?
Po tym jak, zadaniowo nastawiona, przeczesałam cały internet i wiedziałam już tyle o królikach, że mogłabym napisać podręcznik nie tylko na podstawowe tematy dotyczące chowania królików, ale też o sposobach rozmnażania, krzyżówkach kolorystycznych, metodach dobierania klatek do wielkości i ilości zwierząt czy o zgłębianiu króliczej psychiki.

Kupiliśmy je dopiero wtedy, kiedy rozpisałam sobie w głowie, zwizualizowałam i ZAAKCEPTOWAŁAM wszystkie (?) możliwe scenariusze:
- że króliki mogą żyć tak długo, że spokojnie mogą dożyć
(no prawie :)) do mojej emerytury,
- że zostanę sama jak palec z czyszczeniem klatki,
- że jeśli nie uwinę sie odpowiednio szybko ze sterylizacją, to mogę mieć  już po parunastu tygodniach całe stado królików,
- że stracę majątek na szczepienia, siano, trociny, weterynarza i inne przyjemności, które do tej pory nie były zupełnie uwzględnione w naszym domowym budżecie,
- że zachorują, umrą, zostaną zjedzone przez wpadające czasami do ogródka lisy,
- że ...

Gdy wszystkie najdramatyczniejsze wersje zostały przerobione, łącznie z rozmową z moimi rodzicami, którzy najprawdopodobniej powiedzieliby, że ich córce na stare lata odbiło i do czarnych wizji dodali by jeszcze tę, że landlord nas wyrzuci i zostaniemy bezdomnymi z parą królików, pomyślałam sobie, że właściwie DLACZEGO NIE?


Króliki, w przeciwieństwie do innych zwierząt mogły zamieszkać w ogrodzie (mój mąż im zrobił super wypasioną klatkę-dworek, z sypialnią na pięterku i okienkiem, przez które możemy je obserwać z kuchni), nie byłyby tak problematyczne w wakacje (jak dobrze mieć sąsiada, jak dobrze mieć sąsiada), no i robią łatwe do sprzątania, bezzapachowe kupy :)

Te króliki były chyba najbardziej potrzebne mi, niż dzieciom.
Żeby przełamać siebie, żeby zrobić coś szalonego (jak dla mnie - uwierzcie - to najbardziej szlona rzecz od wieeeelu, wielu lat), żeby zrozumieć, że czasami zbyt często używałam argumentu "Nie, bo nie i już!"
A takiego argumentu używa się ... z wygody.
I z egoizmu.
A w drugiej kolejności dla domowego zoologa, który nie dość, że nie odstępuje królików na krok, to jeszcze się zadeklarował, że będzie codziennie czyścił klatkę, nawet poza kolejnością (choć na razie to tylko deklaracje :))


Tak więc od dwóch tygodni w naszym domostwie zamieszkują:


 stateczna i dobrze ułożona (zobaczcie co za maniery, rączki na stole, usta zamknięte przy jedzeniu itp. :)) Pelagia (dla przyjaciół po prostu Pelka :)))

oraz

 
wszędobylski, ciekawski i prześmieszny Sherlock Hop, który z powodu powyższych cech dostał takie a nie inne imię - przywatnie SIOSTRA Pelki, choć ... zaczynamy podejrzewać, że imię okazało się prorocze, albowiem Sherlock ostatnio zachowuje się jak najprawdziwszy mężczyzna (co ma być ostatecznie zweryfikowane i zatwierdzone za tydzień :)))


A ja ... jak bym powiedziała, że zupełnie straciłam dla nich głowę, to trochę bym przesadziła, ale napawdę polubiłam te prześmieszne kulki, które są najbardziej szczęśliwe, jak mogą same kicać po ogródku, i buszować wśród wciąż jeszcze kolorowych i kwitnących (ach, te angielskie przyjazne człowiekowi jesienie czy zimy :)) roślin.
I wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że ja, JAAAA, pierwszy raz w życiu poszłam do weterynarza (denerwowałam się bardziej, niż przed wizytą u dentysty), że się nie boję brać ich na ręce, że straciłam głowę w sklepie z artykułami dla zwierząt 'Pets at Home' (którego potężny rozmiar potwierdza tylko fakt, że Anglicy mają totalnego świra na punkcie zwierzątek), bo przecież moje króliki muszą mieć ładne miseczki i zabawkę do ostrzenia ząbków.
Przeżyłam już pierwsze zadrapania, pogryzienia i obsikania, a nawet ... obcinanie ostrych jak szpile króliczych pazurków (co było operacją dramatyczną zarówno dla królików, które szarpały się z niewiarygodną dla takim maluchów siłą, jak i dla mnie, bo dostawałam za każdym razem histerii, myśląc, że obcięłam za dużo i zaraz tryśnie królicza krew).
Cały czas się boję, że połamię tych chucherkom kosteczki przy podnoszeniu (jejku, jakie to drobiażdżki!) i że nie będę mogła ich złapać (bo szybkie są cholerki), że wlezą w jakąś dziurę w ogródku, że będą narażone na bliskie spotkanie z (wciąż nawiedzającymi nas, choć już dużo, dużo rzadziej) okolicznymi kocurami, że zmarzną, że się najedzą mokrej trawy ...
Krótko mówiąc jestem klasyczną nadopiekuńczą mamą :)


A za tydzień ... dołącza do nas Coffee! Kolejny, tym razem brązowy (jak wynika z nazwy) kłapouchy królik z rasy zwanej tu mini lop (nie wiem, czy jest na to polski odpowiednik).
 

Także możecie się teraz od czasu do czasu spodziewać kolejnych historii z życia naszej króliczej rodzinki :)



sobota, 26 października 2013

33 comments:

  1. haha, a ja właśnie odpisywałam na Twój komentarz i to właśnie w tym temacie ;)
    Bardzo dobrze, że masz zwierzaki, bardzo! Urywasz łeb hydrze ;)
    Ja jakoś akurat za królami nie stoję murem, bo mi ta kaprofagia przeszkadza w pozytywnej absorpcji ich powierzchowności. No i to wierzganie szaleńcze ;)
    Trzymam kciuki! (nie powiem, że są "słitaśne", jak to młodziez mówi, bo po mnie powie to setka osób ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No SĄ :D Nie da się tego napisać małymi literami ;))

      Usuń
    2. Monia, wierzgarzą koszmarnie, aż utrzymać się nie da. Ale może się dadzą trochę oswoić.
      Spożywanie czegoś innego niż warzywa, sianko czy królicze chrupki nie zostało jak na razie zaobserwowane.
      A co one tam sobie w cichości klatki, to już nie będę wnikać.

      No są słodziutkie naprawdę :)

      Usuń
  2. Łaaaa! Muszę zobaczyć ten domek :D
    Wiesz co, ja raczej jestem z tych lekko nie-teges pod kapeluszem, ale pewnie trudno byłoby mi wpaść na hodowanie królików :D
    Ale z drugiej strony .... to czemu nie? Na razie nie, bo apartament mam w bloku, ale gdybyż kiedyś domek z ogrodem ... przecież za dzieciaka spędzałam całe lato z królikami babci :)
    A potem przyjaciel babci zrobił z nich futro, ale to inna para kaloszy ;)

    Czekam niecierpliwie na królicze opowieść :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domek też pokaże jak go pomalujemy :)
      Ja na pewno mam niezdrowo pod kapeluszem, ale trudno. Klamka zapadła :)))
      Mój mąż też w dzieciństwie chodował króliki na pasztet, ale to była specyfika życia na wsi. To chyba było normalne.
      W każdym razie na pewno nie ma ochoty na paszet z Pelki czy Sherlocka, szczególnie że to on robi za głównego 'pastuszka' :)))

      Usuń
  3. Slitasne :D Pelagia na pierwszym zdjeciu wyglada jakby byla niepelnosprytna troche :D
    Brawo, ze sie przelamalas!!!
    U mnie jest zupelnie inaczej, kocham zwierzeta, jesli jestem w gosciach i ktos ma psa czy kota, to olewam towarzystwo i ide do zwierzat ;)
    Uwazam, ze to bardzo wazne dla dzieci, chocby taki chomik czy krolik wlasnie, pomaga nauczyc sie odpowiedzialnosci, empatii i milosci do zwierzat.
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne historie kroliczej rodzinki! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pelagia jest sprytna (czasami aż za bardzo, szczególnie jak trzeba wrócić do klatki!)
      I aż się oblizuje na widok takich połaci świeżej trawy. Oby tylko nie zwęszyła, że może się dobrać do drzewka czereśnowego!
      Empatii na pewno uczy, a z tą nauką odpowiedzialności to się dopiero okaże :)))
      Pozdrawiam i obiecuję od czasu do czasu coś wrzucać :)

      Usuń
  4. Cudne zwierzaki :) Czekam z niecierpliwością na królicze wpisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żono, one są tak fotogeniczne, że aż żal by było marnować taki materiał :)
      A Ty, mam nadzieję, będziesz od czasu wrzucać jednak jakieś nowinki z życia Pajdusia :)

      Usuń
  5. Fidrygauko, ależ Cię wzięło! Cóż za czułość urocza z słów Twych bije! Miłe zwierzątka, naprawdę miłe. Ale z tą miłością Anglików do zwierząt to nie przesadziłaś ciutkę? W "Petsach" mam niejakie zastrzeżenia do warunków przechowywania rybek (akurat etap akwarium w moim przypadku) i do ich zdrowia. No i moje marzenie: znów mieć dużą gadającą papugę, najlepiej Żako, jest tu niewiarygodnie trudne do zrealizowania, przy zachowaniu moich warunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy aż tak mnie wzięło :))) Ale się rozkręcam (choć wciąż zwierzęta w domu to dla mnie abstrakcja. Sklepy ze zwierzętami mają ograniczone warunki lokalowe, ale Anglicy MAJĄ świra na punkcie zwierząt (chociażby sądząc po ilościach Charities działających na rzecz zwierząt :)))
      Nie wiem, czy czytałaś ten wpis:
      http://szeptywmetrze.blogspot.co.uk/2011/10/pieskie-zycie-czyli-kup-pan-peruke.html

      Mi się marzy wielkie akwarium z rybami morskimi (ale też raczej nie do zrealizowania - lokalowo, finansowo i czasowo).

      Usuń
  6. Fidrygauko, bo dom bez zwierzecia jakiegos, przynajmniej jednego, to taki jakis wyrachowany dom... fajnie, ze sie przelamalas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnes, no może nie do końca się z tym zgodzę, bo jednak wiele ludzi po prostu nie ma warunków (chyba lepiej nie mieć zwierzęcia, niż chodować psa husky w M2?)
      Ale zgadzam się - fajnie jest się przełamywać :)

      Usuń
  7. Moje gratulacje!!! Jak widzę odkryłaś dla siebie ten niezgłębiony obszar doznań jakim jest bliskie współżycie ze zwierzaczkiem. Ja jak wiesz, jestem kociarą i muszę Ci powiedzieć że dzięki nim zrozumiałam, co chciał wyrazić św. Franciszek mówiąc o zwierzakach że to nasi mniejsi bracia. Wiem ze kotów nie lubisz ale to odrębna historia, rozumiem, bo nie admiruję psów, chociaż oczywiscie krzywdy nie zrobię a nawet pogłaszczę. A Twoje króle są naprawdę cudne, trudno ich nie kochać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sukienko, no nie wiem, czy ten obszar jest jak na razie taki znowu ogromny (mam wrażenie, że te króliki się boją mnie bardziej niż kogokolwiek innego :)))
      Ale co raz bardziej się oswajamy.

      Usuń
  8. Zbiorczo :-), że ja akurat należę do czytaczy masochistów i z wielką przyjemnością przedzieram się przez tekst do finału, nigdy nie podglądam zakończenia/puenty - to do poprzedniego wpisu. A do tego - że fajnie, że podjęłaś decyzję na tak i, że Wasze króliki są po prostu p r z e p i ę k n e! Mwuah! :-) Niech Wam się zdrowo i grzecznie chowają :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jednak zostaję przy swoim zagmatwanym stylu. W końcu - jak sama przyznajesz - czytanie po kolei (z całym dobrodziejstwem inwentarza jak: zdania wielokrotnie złożone, aluzje, dygresje i puenta na końcu) - na własne ryzyko :)))
      Dzięki za życzenia, ale już widać, że to łobuziaki :)
      A śliczne są, to fakt.

      Usuń
  9. Przez wiele lat miałem króliki domowe - fantastyczne zwierzątka. Koprofagami rzeczywiście są, ale do tego można się przyzwyczaić. Szkoda tylko, że stosunkowo krótko żyją...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Królicze kupki są takie estetyczne (i de facto niewiele się różnią od suchej karmy, którą kupuję dla królików), że zupełnie mi to nie przeszkadza. Zresztą ... podobno czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. Więc póki co żyję w nieświadomości :)))

      Usuń
    2. Fidrygauko, wyobraź sobie, że Mąż Inspirator sugerował mi, bym z króliczych bobków zaczęła robić biżuterię... :D Bo przecież takie suchutkie kuleczki są zupełnie jak koraliki. I w dodatku można by stwierdzić, że eko...

      Usuń
    3. Inspirator powinnien chyba jednak czasami okiełzać swoje kreatywne zapędy :)))
      Korale z króliczych bobków raczej by nie szły jak świeże bułeczki :)))

      Usuń
  10. Tak czułam, że nastąpi wielki zwrot w stosunku do zwierząt:) Rzadko kiedy reaguję na argumenty anty-zwierzęce, szczególnie gdy padają z ust kogoś, kto żadnego zwierzęcia nigdy nie posiadał;) Są dla mnie równie niedorzeczne jak te anty-dziecięce. Ale to taka specyficzna dziedzina, w której wartości emocjonalne przewyższają każdy jeden racjonalny dowód przeciwny. Kto nie poczuł - nie zrozumie:)
    Życzę mnóstwa pozytywnych wrażeń z opieki nad futrzakami. Jak dla mnie są prześliczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renya, "w stosunku do zwierząt', to jednak spore nadużycie :)))
      Króliki są dobrym kompromisem. Nie wiem, czy bym się odważyła na coś innego, poza rybkami.
      Ale fakt, że miło się przytula do takich mięciutkich kuleczek.

      Usuń
    2. Może i nadużycie, ale tymi maleńkimi króliczkami zdobyłaś Everest:) teraz z innymi futrzakami to już mogą być łagodne pagórki:)

      Usuń
    3. O nie, nie, nie. Co to, to nie! Żadnych innych futrzaków! Jedyne co to mnie PandeMonia tym bojownikiem natchnęła :)

      Usuń
    4. O, jak miło, że jestem Twoją muzą, Fidrugauko! Bojowniki polecam jako piękne i bezproblemowe zwierzątka. Mam turkusowego w typie welonki (jeżeli będziesz się przedzierała przez typy bojowników, to zobaczysz jakie sa piękne halfmoony i moony!
      Taka rybka jest bezproblemowa, bo trzymasz tylko jednego samca. Akwarium nie musi byc wielkie, ja mam luksusowe, bo 8l. Nie trzeba filtrów, ogrzewaczy, oświetlenia ani żadnego ustrojstwa. Wymieniam wodę całościowo raz na tydzień, musi być albo skropiona antychlorem, albo po prostu odstana przez 24h. Ja jestem ekologoczna, więc wiadomo co. Karmi się raz dziennie, moje nigdy nie chciały suchego pokarmu, więc kupuję wodzienie-larwy komarów, zwane tez szklarkami. Torebeczka kosztuje tu 1zl. Więc głowy nie urywa ani cenowo ani czasowo, ani nie ma nakładów robocizny ;) Rybka żyje około roku. jakby co, Służę zdjęciami, jest forum dla miłośników bojowników ;)

      Usuń
    5. Pooglądałam sobie trochę bojowników po Twoim komentarzu i naprawdę mnie zauroczyły. Szkoda, że żyją tak długo, ale 'łatwość eksploatacji' (dzięki, btw) działa jeszcze bardziej kusząco. Więc kto wie, kto wie ... może i jakaś szklana kula niedługo u nas zagości :)))
      A zdjęcia chętnie pooglądam. Gdzie ich szukać?

      Usuń
    6. Tylko nie kula :) W kuli bojownik się męczy, to niehumanitarne, na pewno w necie znajdziesz dużo o tym.
      Tu jest historia Czabiego, który stał na kuchennym parapecie i Nurka1.
      http://skorpionwrosole.blogspot.com/2013/02/48-rybnie.html
      Znam już powód ich smierci- wszystkie stawy, w których hodowano wodzienie zostały czymś zainfekowane, nie było wodzieni w calym mieście.
      A tu widać nie tyle Nurka2, którego mamy obecnie, co jego akwarium. Jest u nas 10 miesięcy. Podobny do Nurka 1, ale nie turkusowy tylko niebieski.
      http://skorpionwrosole.blogspot.com/2013/09/86-trucizna-dla-kota-i-triumf-mima.html
      Ale czytałam, że mogą życ nawet do 4 lat. Myślę, że to wiek od narodzenia do śmierci, a kupuje się już dorosłe, może o to chodzi? No i karmi się ponoć raz na 2-3 dni. Ja karmię codziennie, bo mam miętkie serce ;)

      Usuń
    7. aaaaa, samczyk może być z 2-3 samiczkami (nie moga byc dwa samce ani inny gatunek ryby, bo zagryzą się- chociaż w sklepie widziałam samce z takimi welonkami z wytrzeszczem, zapomniałam jak się nazywają- cyklopy? nie, teleskopy chyba :P)
      Aaa, cena tez jest kusząca, bo samczyk kosztuje 8 zł :)

      Usuń
    8. Skorpionku, dzięki za wszystkie rady. A zatem kuli nie kupię (i tak by mi nie pasowała optycznie do wystroju salonu :)))))
      Na razie kastrowanie i szczepienie królików nieźle drenuje nam kieszeń, także bojownik (jeśli się w ogóle zdecydujemy) musi trochę poczekać. Na pewno dobrze przeczeszę internet w poszukiwaniu potrzebnych informacji.
      Ps. opis aplikowania tabletki kotu - mistrzostwo!

      Usuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!