Searching...
czwartek, 16 lipca 2015

angielski horror narodowy


Jeśli chcesz w Anglii kogoś nastraszyć, tak porządnie przerazić, tak by zlał się potem, zbladł jak trup, dostał palpitacji serca i migotania przedsionków, wystarczy, że wypowiesz jedną frazę.
Nieeeee, nie będzie to czarna wołga porywająca dzieci, ani łowcy narządów.
Nie pedofil kupujący mieszkanie na sąsiedniej ulicy, ani nawet nie kalifat Londynu.
Anglicy mimo, że są równie przesądni co Polacy (odpukiwanie w niemalowane - w lokalnej wersji 'touching wood', unikanie przechodzenia pod drabinami czy trzynaste piątki) są na co dzień zbyt pragmatyczni, by brać takie historie na poważnie.

Ale dwa słowa są w stanie ich zahipnotyzować i wprawić w stupor katatoniczny: awaria pieca.
A to dlatego, że problem to bardzo realny i zbierający swoje śmiertelne żniwo wyjątkowo często.



Gdybyśmy tylko przez jeden dzień poprzemierzali ulice Albionu, to z wielkim prawdopodobieństwem natknęlibyśmy się to tu, to tam na podrdzewiałe trupki bojlerów, na wybebeszone wnętrzności pomp, na spękane zbiorniki na wodę w wieńcach miedzianych rurek i kabli.
I kręcących się wokół nich szamanów wiedzy tajemnej jakimi są specjaliści od montażu nowych wymuskanych cudeniek. Nie śmiem użyć słowa 'hydraulik' czy 'elektryk'. Tfu, tfu, tfu (przez lewe ramię). A kysz! Niech mnie jakie licho nie podkusi, żeby tak sprofanować.
Toż to panowie inżynierowie!
Wysokiej klasy spece żyjący jak pączki w maśle dzięki tym wybitnie złośliwym (s)tworom zwanych bojlerami.
Bojlery - podejrzewam - jeśli nawet nie żyją swoim własnym życiem, to na bank zamieszkiwane są przez wyjątkowo złośliwe trolle, które potajemnie obserwują mieszkańców każdego domu i taktycznie demolują im źródło ciepłej wody i ogrzewania w najmniej odpowiednim momencie.
 

Raz na pięć lat spadł śnieg i potwór ze wschodu mrozi - piec pierdut.
Masz gości - piecyk bye-bye.
Upały subsaharyjskie powodują, że mógłbyś brać prysznic parę razy na dzień - bojler na bank się zbuntuje.
Urodziło ci się dziecko - awaria murowana!

I zgodnie z tą statystyką nasz piec postanowił odejść sobie w niebyt, łącząc w dwa ostatnie czynniki awariogenne.

Jeszcze przez chwilę podgrzewał pewne ilości wody.
Jeszcze starczało na szybki prysznic dla 2-3 osób.
Jeszcze wstrzymywaliśmy oddech, mamrotaliśmy pod nosem zaklęcia, intonowaliśmy mantry i paliliśmy przebłagalne kadzidełka.
Nie pomogło.
Piec wysiadł - zgodnie z kolejną statystyczną zasadą pod koniec tygodnia, co opóźniało cały proces naprawczy co najmniej o jeden dłuuugi weekend.
Co prawda specjalista z British Gas zjawił się jeszcze tego samego dnia, żeby podrasowić wizerunek firmy w oczach naiwnych klientów (płacących słone ubezpieczenia, które mają na celu nic innego jak właśnie zapewnienie bezproblemowej i natychmiastowej interwencji w przypadku awarii bojlera).
Tak, tak, wyrzucił z siebie formułkę o umieszczeniu mnie na liście priorytetów, ze względu na małe dziecko (do którego umycia wystarczy nagrzanie wody w czajniku, w przeciwieństwie do jego zlanej potem mamy w wymagającej - nie wchodząc w kłopotliwe szczegóły - paru galonów ciepłej wody więcej)
Tylko - jak już po raz kolejny - nic z tego nie wynikło.


Dla kronikarskiego porządku powiem, że jest to już piąta awaria pieca, z którą dane jest nam się zmagać i w każdym przypadku (wyłączając jedną, gdy zawalił się nam na głowę sufit w wyniku sukcesywnego zalewania nas przez sąsiadów z góry, co zakończyło się kompleksowym remontem kuchni) procedura naprawiania pieca ciągnęła się tygodniami.
Niechlubny rekord wynosił miesiąc.
Mie-siąc !

Po latach mieszkania w Anglii często doceniam przewagę wąskiej specjalizacji nad wiedzą 'ogólną', która bywa zbyt powierzchowna, a więc niewiele wnosząca do procesu rozwiązywania problemów.
Jednak British Gas posunęło się chyba zbyt daleko.
Rzesza ichniejszych wąskowyspecjalizowanych pracowników, których pensje wliczane są - rzecz jasna - w nasze rachunki, to struktura bardziej skomplikowana niż hierarchia społeczna w Starożytnym Egipcie czy system kastowy w Indiach.

Najpierw pojawia się pan security inspector, którego zadaniem jest jedynie stwierdzenie oczywistego faktu, że piec nie działa. Jak nie działa, to on już nie może go naprawić. Musi posłać po specjalistę od diagnozowania. Specjalista, postępując krok po kroku za wytycznymi wyświetlanymi na ekranie laptopa  (SERIO!) - oznajmia, gdzie leży pies pogrzebany. Następnie do akcji wkracza installation officer, który najczęściej zawsze znajduje jakiś haczyk, z którym nie może sobie poradzić, musi więc posłać po supervisora, czyli takiego bardziej wtajemniczonego speca.
Spec jest tak rozrywanym pracownikiem (próbującym niwelować indolencję swoich podwładnych), że najczęściej pojawia się na miejscu kaźni po paru dniach.
Znajomość rzeczy Pana Speca nie oznacza jednak wcale szybkiego rozwiązania problemu.
Po drodze okoniem stają bowiem takie przeszkody jak: brak części, niemożność zamówienia części, wycofanie części z produkcji, niekompatybilność zamówionych części oraz kategoryczna odmowa współpracy ze strony pieca mimo wymiany paru części.
 

Zapada wtedy znienawidzony przez wszystkich właścicieli domów wyrok: nieodzowna wymiana pieca.
 

Od zapadnięcia wyroku do jego wykonania droga jest równie wyboista co w czasie procesu diagnozy.
Najczęściej okazuje się bowiem, że polisa nieświadomego niczego właściciela, płacącego latami słone stawki ubezpieczeniowe (mające rzekomo szybko i bezkonfliktowo rozwiązać problem w przypadku awarii pieca) AKURAT nie pokrywa tego JEDYNEGO elementu, który uprawniałby go do bezpłatnej naprawy.
Właściciel ma dwie możliwości: dostać apopleksji lub zabulić za wymianę pieca. Średnio 1500 funtów czyli przeciętną miesięczną pensję.
W przypadku naszych pięciu awarii landlord zawsze wybierał opcję drugą.


Przez przypadek znalazłam autentyczne zdjęcie naszego pierwszego NAPRAWIONEGO pieca, he, he. Tak, tak, taki standard prezentował British Gas jakieś 10 lat temu. Może teraz się coś zmieniło.

Gdy już decyzja jest podjęta British Gas obiecuje wysłać właścicielowi wycenę.
Pewnie mam ptasi móżdżek, bo nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego to zajmuje parę dni.
W przypadku ostatniej awarii firma British Gas, potentat na rynku dostawców gazu i usług okołogazowych, zatrudniająca rzesze specjalistów potrzebowała ... czterech dni, aby przesłać naszemu landlordowi wycenę zakupu i instalacji pieca; usługi, którą wykonują setki razy na tydzień.


Landlord ma jednak możliwość nie polubić warunków - jak to się stało tym razem.
To sprawę przeciąga, bo teraz trzeba znaleźć specjalistę na wolnym rynku.
Na nasze nieszczęście pada na ... Polaka.

Wiem, wiem, na pewno pomyślicie, że się uwzięłam, że postawiłam sobie za punkt honoru krytykować wszystko co polskie, czepiać się rodaków na obczyźnie, wybrzydzać, piętnować i psioczyć na potęgę, bo mi brak ciepłej wody zlasował mózg.

To niesprawiedliwe, moi mili. To nie tak! Przecież Anglikom też się oberwało na początku wpisu :)
No ale powiedzcie sami, co ja mam myśleć o facecie, który co prawda daje właścicielowi wycenę od ręki, lecz nie jest w stanie wysłać mu oferty na bojler, czekając, ekhm kolejne cztery dni (!), aż landlord może wpadnie wreszcie na pomysł, że to on sam ma sobie pochodzić po sklepach lub pobuszować po internecie i wybrać najbardziej korzystny model pieca. W końcu co będzie się hydraulik narzucał?!
Niech landlord nie odgrywa dyletanta tylko się bierze za studiowanie różnic między piecami!
Landlord dziwnym trafem na ten pomysł nie wpada, więc kolejne dwa dni zmarnowane są na proces decyzyjny.

Polski hydraulik zjawia się wreszcie z nowym piecem i rozpoczyna dzień pracy od stwierdzenia, że go 'ku*wa, wątroba napie**ala, bo się nażarł kebaba u ciapatego". Więc nie wie, czy w ogóle coś dziś zrobi, dopraszając się paracetamolu i herbaty miętowej.
 

Mobilizuje się jednak i zaczyna coś tam dłubać, w międzyczasie zajmując się głośnymi a wulgarnymi rozmowami z - jak podejrzewam - podwładnymi robiącymi na innych budowach, budząc mi co i raz dziecię (które ledwie co mruży oczy w tych upałach), opowiadaniem mi anegdotek i dykteryjek z jego życia, uważając chyba, że czerpię niewymowną przyjemność ze słuchania polskiej mowy, niezależnie od zawartości przekazu.
To, że łazi mi buciorami po całym domu pominę milczeniem (w końcu wolę później posprzątać niż znosić wonną niepewność skrywaną w sfatygowanych trampkach), ale już to że bez pardonu wpieprza mi się do salonu, załapując się na prezentację mojego biustu, który przeznaczony jest li i jedynie dla Najmłodszej, doprowadza mnie do furii (nawet najbardziej gburowaty angielski robotnik zawsze pukał lub uprzedzał swoje wejście uprzejmym 'hello').
 

Ponadto wykazuje się prawdziwym 'profesjonalizmem' pytając się mnie czy mam ... wiertarkę i drabinę!
Doprawdy, są to przedmioty pierwszej potrzeby każdej matki!
W przeciwieństwie do hydraulika montującego piece.
 

Po czterech(!) dnia gmerania we wszystkich możliwych zakamarkach mojego domu, po zmaganiach z niecnym piecem, który dziwnym trafem nie chce działać, podobno ze względu na złą instalację (w co wierzę, bo angielskie budownictwo, to temat na kolejny poemat), po zawezwaniu dwóch pomocników i elektryka, którzy również przechadzają się po moim domu w pełnej swobodzie, nie raczywszy nawet beknąć głupiego 'dzińbry', pan hydraulik jest gotowy by wyciągnąć łapę po kasę.

W bonusie zostawia nam trzy zdemolowane obudowy na kaloryfery, co to je mój mąż w pocie czoła, w wolnym czasie pięknie cyzelował - wyrywając je ze ściany na siłę (Za trudno było pomyśleć, że skoro ktoś je do ściany przytwierdził, to na pewno jest metoda, by je 'odtwierdzić'; za pomocą najzwyklejszego śrubokręta. Ale chociażby głupie zadanie pytania - bo myślenia już nie wymagam - wydaje się przekraczać możliwości rozwiązywania problemów pana specjalisty), górę kabli w ogródku i stary piec przed domem.
Co będzie sobie vana brudził! Niech se baba wywiezie swoją Toyotą, jak jej rupieć przeszkadza wózek do domu wprowadzać.


I tak się skrobię w głowę myśląc, czy zachowałby się tak samo w domu jakiegoś Anglika, czy może uznał, że w końcu jest u swoich, więc 'swój' swojemu wybaczy.
Niestety, ponieważ nie my byliśmy stroną finansującą całą operację, wyegzekwowanie poprawek leżało poza naszą jurysdykcją.


Godzinna kąpiel w różanej piance tylko lekko łagodzi moją frustrację.

*****

A tak gwoli wyjaśnienia mojego milczenia, powiem, że mój laptop musiał przejść ponadtygodniową operację ratującą życie (na szczęście wszystkie dane przykładnie przegrane na dysk zewnętrzny - się człowiek czegoś jednak w życiu uczy :)), byłam więc odcięta o sieci.

Oprócz walki z upałem walczyłam też z chwastami, szpakami i strojem Tudora, który przygotowałam na przedstawienie.
Na dwóch pierwszych niwach poniosłam sromotną porażkę.
Chwasty jak zwykle rosną mimo upałów, a szpaki żrą czereśnie (całe dwadzieścia cztery sztuki w tym roku, czyli o 17 więcej niż w zeszłym, z czego 16:8 szpaczej przegranej. W zeszłym roku zmuszeni byliśmy podzielić JEDNĄ ostałą się czeresienkę na 5 :)))

Chwastami się nie ma co chwalić, za to po raz pierwszy w życiu zakwitł mi kaktus,
a kiedyś hodowałam ich całe zastępy.

Specjalna folia odblaskowa pomogła tylko w niewielkim zakresie :)

Mój B. jako Asystent Szekspira :)
Ten strój to efekt mojego myszkowania po lokalnych 'czaritkach' (charity shops), które niezmiennie mnie zachwycają bogactwem oferty i cenami :)
Kapelusz powstał w ciężkich bólach ze wyszywanej kamizelki, zainspirowany


*****

Jutro w Anglii koniec roku.
Czwórka dzieci w domu do 7-go sierpnia!
Nie liczcie na wiele ... :)

Z wakacyjnym pozdrowieniem

Wasza F.


Ps. Proszę o cierpliwość - na pewno wkrótce odpowiem na wszystkie zaległe komentarze i maile.

Ps 2. Skoro już jesteśmy przy tematach remontowych, to nie omieszkam wspomnieć, jak Anglicy rozwiązali (a w każdym razie potężnie zniwelowali) problem kradzieży miedzi. Otóż wszystkie punkty skupu płacą za miedziany złom TYLKO na konto.
W razie czego osobnik jest w pełni namierzalny.
I lumpy dla paru groszy na piwko nie przehandlują już kradzionych kabli.

Proste? Proste.



czwartek, 16 lipca 2015

17 comments:

  1. Oł boj. Tylu ludzi do jednego pieca! Ja się nie dziwię, że i bezrobocie niskie.
    Kaktus piękny! Właśnie dzisiaj się zorientowałam, że moje kaktusy mi uschły! Strój fantastyczny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mówię Ci, Monia. Anglicy wiedzą, jak zarabiać kasę. Na królowej, na kartkach i ciasteczkach, na naprawie pieców i oczywiście ... przebierankach (bo przecież nie wszystkim mamom się chce tak szyć na okrętkę wieczorami :)
      Ty i uschnięte kaktusy?! To naprawdę dziwne :)
      I dzięki (za strój).

      Usuń
  2. Jaki Tudor!! Noo, brawo mama :)
    Z tym piecem to szczere wyrazy empatii, ton trzy. Bożena swoje przeboje z ciepłą wodą też przechodziła, niektóre latami (!), także naprawdę współczuje. :)
    Dzieciętom dobrych wakacji życzy Bożena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę nieskromnie przyznać, że Tudor też mi się podoba. Może kiedyś opublikuję trochę innych moich kreacji (a jest z czego wybierać :))

      Usuń
  3. Jak to już kiedyś powiedziano, w nowych czasach coraz więcej ludzi wymienia coraz droższe piece, które będą działały coraz krócej... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to, to.
      Tak samo jak pracujemy więcej, by kupować więcej gadżetów, za których utrzymanie i naprawę ... płacimy więcej.
      Taki to świat Świętego Konsumpcjonizmu.
      Choć nie jestem pewna, czy akurat piec to przedmiot zbytku :)

      Usuń
  4. A Tudorzy to w ogóle nie mieli pieców i pacz, jakoś ta cywilizacja doszła do punktu, w którym nie opłaca się kraść miedzi. Tak zrozumiałam czytając probeblemente ze zrozumieniem aczkolwiek też z buzującą gulą, zwłaszcza ten fragment o argentyńskiej piramidzie British Gas.
    Pozdrawiam. I pamiętaj że zbyt częste mycie maceruje biedny naskórek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i niektóre piece się naprawia przy pomocy jednego specjalisty, ale my mieliśmy to szczęście tylko raz, kiedy to wymiany wymagała malutka uszczelka.
      A co do zbyt częstego mycia, to miałam ciekawe przemyślenia w czasie tygodni polewania się kubeczkiem, a mianowicie, skoro zaniedbywanie czynności pielęgnacyjnych jest jednym z zachowań sugerujących depresję, to czy działa to też odwrotnie i być może długotrwała niemożność wzięcia prysznica działa depresjogennie.
      Doszłam do wniosku, że chyba nie, bo tym samym pół świata byłoby w ciężkiej depresji :)

      Usuń
  5. Alez piekielne przeprawy... I za kazdym razem jest tak milo przy tym piecu?!! Mysmy mieli fajna ekie od remontu lazienki (wynajeta przez spóldzielnie), dawali rózne gratisy, na przyklad dziura na wylot w scianie lazienka / pokój, tak na 30 cm szeroka i 10 wysoka. Teza fajnie bylo. No ale to tylko raz i spokój.
    Tudor wymiata!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "ekipe" mialo byc oczywiscie. "fajna ekipe".

      Usuń
    2. Dzięki :)
      Często. Niestety :(
      Eh, tak to ze 'specjalistami' bywa. Gratisy to ich specjalność ...

      Usuń
  6. Tudor jest przeprzeprzeudany! Mój piec dziala bez zarzutu, ale co roku inwestuje dwa razy w przeglad techniczny- raz instalator, drugi raz kominiarz "odbiera". Czy wasz landlord cos takiego praktykuje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Właśnie ostatnio takich przeglądów nie było, ale teraz założyli drogi model i firma oferuje coroczny przegląd i się sama przypomina, więc może pójdzie po rozum do głowy :)

      Usuń
  7. Och, ja to znam!!! Miałąm ostatnio okazję dyskutować ze specjalistą z British Gas, jestem szczęściarą - 3 dni i można się było pluskać, akurat na temperturkę 37 na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach! Niech żyją specjaliści! Trzy dni, to, ho, ho, całkiem ładny wynik :)

      Usuń
  8. ch skąd ja to znam! Mieszkałam prawie w 30stu różnych domach i mieszkaniach w UK i zawsze, ale to zawsze miałam problem z hydrauliką. Eh szkoda gadać

    OdpowiedzUsuń
  9. Naprawdę świetnie napisane. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!