Searching...
niedziela, 13 stycznia 2013

Wśród sałat i pomidorów

Lubię jeść.
Pisałam już o tym nie raz.
Lubię jeść.
To widać, słychać i czuć.
Dietetyk by pewnie pokręcił nosem, blogerka kulinarna prychnęła z pogardą, a pierwszy lepszy fan kuchni molekularnej wyśmiał prostotę i powtarzalność przygotowywanych przeze mnie dań.
Ale mam to w nosie.
Nikt mi tu w garach gmerać nie będzie!

Smakowo nie jestem wybredna i jeśli coś nie jest owocem morza (ryby to nie owoc, c'nie? :)), tłustą baraniną lub potrawą ekstremalną typu zupa z jagnięcych oczu, faszerowane jaja byka, prażone żuczki gnojarki, pieczeń z żabich udek i ślimaków czy sałatka ze sfermentowanych glonów, to ja to wtrąbię.

 

To urocze sushi z robali znalazłam TUTAJ

Szczególnie jak mi to ktoś przygotuje i podstawi pod nos.
Bo w kwestii przyrządzania, to moją specjalnością jest zdecydowanie makaron z sosem.
Ze słoika.
Nie, że nie umiem czy nie lubię wyjść poza ten banał.
No ale ludzie!!!
Gotować przez dwie godziny coś, co towarzystwo wchłonie w pięć minut i na dodatek nie poczuje różnicy między dziełem wykwintnym, a odsmażanymi ziemniakami z jajecznicą, to trzeba mieć zdrowie.
Psychiczne.
I dużo czasu.


Czasami mnie jednak najdzie na delikatne ekperymenta kulinarne, szczególnie że w Anglii można bez najmniejszego problemu dostać dosłownie wszystko.
W lokalnym supermarkecie.



Po świeżo upichcone dania należy udać się raczej do dzielnicy hinduskiej niż do supermarketu

Tu alejka z jedzeniem koszernym, tam przyprawy z każdego zakątka Indii. Tam, obok pieczywa specjały kuchni włoskiej, a i polski asortyment się znajdzie, choć oczywiście cieniutki w porównaniu z 'Polish Delicatessen' z prawdziwego zdarzenia.
Pamiętam jeden z najdłuższych i najpopularniejszych wątków na forum polonijnym, które swojego czasu namiętnie odwiedzałam. Dotyczył on jedzenia. Okazało się, że świeżo 'zjechane' do królestwa Elżbiety Polki cierpiały na brak pewnych produktów.
A one ... ukrywały się tylko pod innymi nazwami.


Nie mówiąc już o milionach restauracji tajskich, tybetańskich, kosmicznych i lirycznych, czy o miejscach, gdzie można zjeść co dusza zapragnie (może i angielska kuchnia nie należy do najsławniejszych na świecie, to jednak nadrabia z nawiązką, czerpiąc z bogactw całego świata; zresztą moim zdaniem nie jest z nią wcale tak źle - najwyższa pora zmienić ten niechlubny stereotyp :)), czy o tych wszelkich 'French Markets' i innych wyspecjalizowane bazarkach, sklepikach, straganikach, gdzie można kupić produkty od lokalnych rolników, organiczne warzywa i mięso, świeże produkty z każdego zakamarka ziemi, gdzie po prostu JEST WSZYSTKO!!!

A jak nie ma, to - tak jak w pewnym żydowskim dowcipie - na pewno na następny dzień dowiozą.
Przychozi Icek do słynącego z dobrego zaopatrzenia sklepu Lebovitza,
W progu wita go sam właściciel tymi słowy:
- Dzień dobry. Zapraszamy. U nas wszystko jest!
- Wątpię - stwierdza z przekąsem Icek.
- Oooo, chwilowo nie ma, ale jutro będą świeże - nie traci rezonu Lebovitz.

I owe angielskie sklepy - przyznaję - trochę mnie rozpuściły.
Co prawda botwinki na ogół nie mają, ceny czereśni są horrendalne, a i nie wszystkie produkty da się ustrzelić pod jednym dachem choćby nie wiem jak pojemnego Tesco, to jednak przyzwyczaiłam się już do tego, że średnio wyszukaną listę zakupów da się relatywnie łatwo zrealizować w przeciągu pół godziny.


Najbardziej chyba rozpuściły mnie różnorodnością owoców i warzyw (może inne działy typu: sery czy herbatniki eksploruję mniej dokładnie :))).
I wiem, że polskie sklepy też się uginają od towarów.
Wiem, że można już kupić co raz więcej 'nowinek' ze świata.
Wiem, że nieśmiertelna kapusta pekińska, składnik każdej szanującej się sałatki, została zastąpiona roszpunką, rokietą czy sałatą karbowaną, ale pomidor to wciąż pomidor, a ziemniak to ziemniak.

Nie wiem, może to negatywne wrażenie jest wynikiem mojej sylwestrowej wyprawy do Lidla, przed którym czekałam 20 minut na koszyk (!!!), zanim w ogóle udało mi się wejść do środka, by stwierdzić, że warzyw njet.
Produktów na sałatkę postanowiłam więc poszukać w Leclerc'u, gdzie natrafiłam jedynie na podwiędłą sałatę lodową i rozciapciane pomidory na gałązkach.
Jak jestem w błędzie, to proszę o korektę. Przyjmę z pokorą.


Myślę jednak, że w 'homogenicznej' Polsce i w tej dziedzinie brak jest mechanizmu weryfikacji, który stanowią emigranci.
Bo gdy zobaczyłam w Tesco ananasy, to nie mogłam uwierzyć, że takie 'wypierdki mamuta', takie odrzuty pięćdziesiątego sortu, na których po odcięciu grubaśnej skóry nie zostanie nic do jedzenia, mogą w ogóle być w sprzedaży.
W Anglii jakby taki Jamajczyk zobaczył coś takiego (wiedząc, jak wygląda prawdziwy ananas z byle drzewka przy wiejskiej drodze, za domkiem jego babci), to by chyba umarł ze śmiechu.
A i zwykły Anglik, gdyby musiał własnoręcznie załadować siatę brudnych ziemniaków, straciłby pewnie ochotę na frytki.
W Anglii - na co zwróciła mi uwagę moja teściowa; dla mnie to była 'oczywista oczywistość' - wszystkie ziemniaki są MYTE (czasami tylko zdarzają się ubrudzone ziemią młode ziemniaczki). I na dodatek jest ich sto pięćdziesiąt milionów odmian. No dobrze, w przeciętnym supermarkecie średnio jakieś 15 rodzajów. Ale różnorodność jest naprawdę imponująca! Poszczególne odmiany mają swoje konkretne przeznaczenie. Puree (mashed potatoes), podpiekane kawałki z ziołami (roast potato wedges), frytki, ziemniaki gotowane czy grillowane w mundurkach (jacket potatoes) - do każdego z nich używa się specjalnie do tego wyasygnowanych odmian.


Moim celem, Panie uchowaj, nie jest czepianie się polskich warzyw.
Niech będą konsumowane ze smakiem. Pomidory malinowe wychodowane przez moją teściową ('na własnym gnoju' - jak to ona z wrodzonym sobie wdziękiem powiada, mając oczywiście na myśli uprawę własną, na naturalnym czarnoziemie :))) nie mają sobie równych.
Fakt jednak pozostaje faktem, że podczas wakacyjnych zakupów (może chodzę to zbyt mało wypasionych sklepów), gdy najdzie mnie ochota na przerwę w konsumpcji kiełbas i szynek, brakuje mi najczęściej sałat i pomidorów.






Brakuje mi tej feerii kolorystycznej. Tych zapachów i konsystencji. Tej różnorodności smakowej, która każe dobierać odpowiedni gatunek warzywa do potrawy.



A naszło mnie tak dziś o tych sałatach nie bez przyczyny.
Chciałam bowiem opisać moje trzy eksperymenty smakowe.
Ponieważ jednak wstęp (tak, tak, o tej sałacie to miało być li i jedynie skromne zagajenie) jak zwykle mi się przedłużył, to opis moich gastronomicznych wyskoków zostawię na później.

Na koniec - jeśli narobiłam Wam smaku - podzielę się przepisem na sałatkę, która ostatnio bije w naszym domu rekordy popularności.
Sałatka zaskakuje swoją banalnością. Ale czyż prostota nie jest czasami kluczem do sukcesu?
Na dodatek przepis na nią poznałam w działaniu, czyli jedną ręką krojąc pomidory, a drugą odganiając się od kotów mojej przyjaciółki, co jest dowodem na to, że można ją śmiało ... zrobić od A do Z z polskich produków, dostępnych w polskich sklepach :))

SAŁATA Z POMIDORAMI, JAJKAMI I ZIARNAMI SŁONECZNIKA



SKŁADNIKI:
Sałata (najlepiej jakaś mieszanka, ale zwykła lodowa też się świetnie sprawdza) - na oko
Pomidory - na oko
Jajka - na oko (mogą być zastąpione mozzarellą; dla mnie ta wersja jest zbyt mdła)
Ziarna słonecznika - na oko
Czosnek - duuuuużo

DRESSING:
Oliwa - na oko
Sos balsamiczny - na oko
Zioła prowansalskie - na oko
Sól - oszczędnie :)

Procedury wykonania nie muszę chyba opisywać. Mieszamy wszystkie 5 składników (można ułożyć artystycznie) ale nie nazbyt namiętnie, żeby nie 'ściapciać' jajek. Co delikatniejsi mogą czosnek wycisnąć i dodać do dressingu. Ja lubię drobno posiekany i tak dużo, że język staje kołkiem. Ziarna słonecznika są nieodzowne - nadają super smaczek.

Dressing można przygotować wcześniej - zmieszać zioła, oliwę i sos balsamiczny.
Moim zdaniem ... szkoda brudzić dodatkowe naczynie :)))
Ja leję 'na oko', dodaję szczyptę soli, mieszam i ... gotowe.

Ale sobie narobiłam smaku!
Pierwsza w nocy to chyba jednak nie najlepszy czas na gotowanie jajek.
Odłożę sprawę na jutro.

Smakowitego tygodnia Państwu życzę.


poniedziałek, 14 stycznia 2013


2013/01/14 08:24:30
Ja warzywa kupowałam w Morrisonsie. Nie wiem czy w Anglii jest taka sieć sklepów, ale skoro są w Szkocji.. Wcale nie było tam tak drogo, ale i tak zawsze najpierw biegłam do stolika, gdzie były warzywa i owoce przecenione ;)

2013/01/14 08:36:22
Rany, weźże mnie nie dołuj, bo ja tu sobie żyję w błogim przekonaniu, że mam tak dobrze, że nawet na mojej uroczej prowincji w sklepach jest WSZYSTKO, a ty mi tu, że to jakieś popierdułki, wypierdki i odrzuty...
U nas jest taka filozofia, że co brudne, brzydkie i pomarszczone, to dobre, bo ekologiczne:) Czyste, ładne, kolorowe, to sztucznie pędzone i nie wykluczone, że GMO jeszcze na dodatek...
A sałatka bardzo fajna, mój mąż jest fanem taki przekąsek, więc mu przepis przekażę. Na pewno na tym skorzystam:)

2013/01/14 08:37:31
a ja warzywa i owoce kupuję u Arabów
nie wiem, czy lepsze, czy tańsze i czy świeższe
ale cieszy gdy mogę sobie wybierać wśród czterech rodzajów mandarynek, pomarańczy czy innych pomidorów
W pobliskim Lidlu wszystko po sztuce :)
a nie, najgorszę są pakowane na tacki owoce, ja tam wolę sobie wszystko ręcznie wymacać i wziąć, jakie chcę

2013/01/14 09:10:05
@ Dana, Morrison jest jak najbardziej i ma całkiem sporą ofertę warzyw i owoców. Ja może nie idę od razu do działu przecenione, ale fakt, że na okazje poluję, bo to całe mycie i prezentowanie każdego jabłuszka w oddzielnym zagłębieniu, to wymuskanie i ta różnorodność (przez którą wywala się stosy jedzenia, bo któż to wszystko przeje) kosztuje słono.

@ Ren-ya, no nie żebym dołowała. Napisałam przecież, żem zepsuta do cna! :)))
Przyjedź do mnie na ucztę owocową. To na samo słowo 'ananas' będziesz się później ślinić jak pies Pawłowa (nie, żebym Cię sprowadzała to prostych bodźców fizjologicznych, ale ja się na przykład ślinię, pisząc ten komentarz :)))
Na pewno część z tych rzeczy jest podrasowiona. To nie ulega wątpliwości. Ale tu organiczne produkty też się nie sprzedadzą 'prosto z ziemi'. No chyba, że sobie samodzielnie nazbierasz na 'pick-your-own' farm.

A sałatka jest naprawdę pyszna. Namów męża koniecznie!

@ Kasiu, u Arabów też kupuję (a raczej kupowałam, jak mieszkałam w Londynie) . Jest sporo taniej, choć ... trochę mnie zniechęca świadomość, że to wszystko tak leży na ulicy owiewane spalinami, moczone kwaśnym deszczem itp.
W supermarkecie też można śmiało macać :)))
Pozdrawiam

2013/01/14 10:19:52
Mniam, mniam, w kraju, w którym mi przyszło żyć pomidorów w sklepie zatrzęsienie, do gaspacho, na ciepło, do smarowania chleba, zielone do sałat, gruszkowe, cherry, malinowe, normalne....
A tubulcy zazwyczajaj jadają jeden rodzaj sałaty, zielona sałata lodowa, cebula surowa posolone, skropione octem balsamicznym i oliwą.
Czasami robię sałatkę podobną do Twojej ale zamiast jajek dodaję cienko wysmażony bekon i ser kozi...ale narobiłaś mi smaka.
Pozdrawiam

2013/01/14 10:31:59
Siostra kulinarna mi się odnalazła :)
Też lubię fajnie jeść, ale gotować godzinami już niekoniecznie ;)

2013/01/14 11:16:10
Witam, bom nowa.
Ja z tego powodu nie robię pierogów. Bo szlag mnie trafia, że nastoję się przy tym, jak głupia, a zniknie w 15 minut.
I też mieszkam w Anglii. Na głębokiej prowincji:-)

2013/01/14 11:28:11
Ja uwielbiam salatki i zupy- można wrzucić so się chce i lubi i zawsze wyjdzie cos pysznego!
Pozdrawiam i zapraszam do mnie:)

2013/01/14 13:14:35
O matko, kiedys nawet napisalam notke, jak wyslalam Wspanialego do sklepu po kilka ziemniakow do zupy, a ten dzwoni ze sklepu i wylicza cala liste dostepnych zimniorow z zapytaniem ktore beda lepiej nadawac sie do zupy:)) Ja oczywiscie na to "zmiok to zmiok, bier jaki ci pasuje". Nigdy az na tyle sie nie poswiecilam, zeby sie w tych wszystkich ziemniakach naprawde rozeznawac, odrozniam jedynie te do pieczenia od pozostalych;) No ale u nas to ja jestem absolutnie nieziemniaczana, Wspanialy natomiast gdyby mial do wyboru mashed potatoes i tort czekoladowo-malinowy, wybierze ziemniaki:)

Acha, odpisalam w tamtej notce i nawet podalam link:)

2013/01/14 20:15:27
Akurat trafiłaś bo się odchudzam i wszelkie sałaty u mnie na tapecie :) dzięki:)

2013/01/14 22:02:54
Kupilam dzis pasztetowa. W Tesco. :-)))

2013/01/15 00:16:19
@ Lui, aż dziwne, że tych pomidorów nie dodają do sałatek :)))
Ale faktycznie klimat (w Hiszpanii, jak się domyślam po końcówce adresu) do hodowli pomidorów jest idealny.
Wersja z bekonem i kozim serem brzmi równie zachęcająco, choć już nieco mniej dietetycznie :)))

@ Bezcielesna, siostro Ty moja, bo kto to widział pół życia spędzać w kuchni :))

@ Witaj Wiedźmo (no cóż zwracam się tak do Ciebie na Twoją własną prośbę :)) - pierogi tylko kupne! Choć ostatnio przekonalam się, że właściwie robienie kopytek nie jest takie czasochłonne, jak mi się zawsze wydawało, więc ostatnio były dwa razy w tygodniu. A moja teściowa ciasta na pierogi nie wałkuje, tylko 'rozpłaszcza' w rękach i wypełnia farszem - tak jest dużo szybciej, choć pierogi nie wychodzą już takie eleganckie (a z drugiej strony jak i tak mają za chwilę zniknąć, to może w tym szaleństwie jest metoda)
Pozdrowienia ślę na głęboką angielską prowincję z małego miasteczka :))

@ Artystko, zupy też lubię. Anglicy lubują się w zupach-kremach, czego ja nie mogę z kolei polubić. A zresztą jak tu miksować ogórkową czy kapuśniak? :)

@ Stardust, ja też za ziemniakami nie przepadam, aczkolwiek spróbowałam tu paru odmian i naprawdę są smaczne (i czuć różnicę w smaku :)) Mój mąż też wychowany na ziemniakach (i wszystko zagryza chlebem, co moim zdaniem jest okradaniem się z przyjemości delektowania się różnorodnymi smakami potraw).

@ Milexica, na zdrowie! A z czego ty się odchudzasz dziewczynko?

@ Kacz-ko, no widzisz, potwierdzasz moją tezę :)
Dobra pasztetowa nie jest zła, hi, hi
Gość: Chillax, 199.127.179.20*
2013/01/15 06:53:12
Dzieki za przepis ! Wariacje salatkowe sa zawsze, przeze mnie, dobrze widziane . Reszta mojej rodziny moglaby sie codziennie odzywiac Macaroni & Cheese, hot-dogami i mrozona pizza :-) Dziwia sie, ze im nie pozwalam ! A ja sie sobie dziwe, ze chce mi sie gotowac "wymyslne" potrawy dla podniebien tak malo wymagajacych !
Mryg , mryg :-) :-) lubie gotowac i eksperymentowac na rodzinie !
Pomidorowe tulipany ( dzieki za cudne foto i natchnienie !), z pewnoscia wyladuja na Wielkanocnym stole. Moze beda dobrze smakowac, ale wygladac ,to na pewno, beda wspaniale !!!
W moich, polskich okolicach nie ma duzego problemu z warzywami, ale dobry kawalek wolowiny nadajacej sie do "moich" przepisow - to duzy problem :-)

2013/01/15 09:38:39
Ach, te końcówki :) Zgadza się. Hiszpania. Przeczytałam wczoraj wszystkie Twoje posty. Warto było.
Pozdrawiam serdecznie
lui445.blog.onet.pl

2013/01/15 20:13:11
Ha, więc to są zalety społeczeństwa wielokulturowego! :-)

Najlepsze warzywa i owoce są w warzywniaku... mam tu taki jeden niedaleko, grecki. Mają botwinkę, jak jest sezon i nie dziwią się, że ktoś chce więcej liści niż buraków. W Klein-Istanbul w okolicach dworca głównego pełno jest sklepów tureckich, jakość przednia, cena normalna. No i te pęczki świeżej mięty! Tylko z niemieckim gorzej ;-) muszę patrzeć na wyświetlacz kasy, bo ile zapłacić to mówią po turecku.
Co do niemytych ziemniaków - kiedyś to było oczywiste a teraz brzydzę się w sklepie w Polsce sięgnąć. Rozpusta - i marnowanie wody niestety.

Co do przepisu: ten sos balsamiczny to taki Glaze jak na zdjęciu?

2013/01/15 21:40:35
No to tu się zupełnie rozmijamy w sądach.
A o ile w Polsce z gotowania unikam, to w Londynie nie mam na to szans. Jeżdzę tam głównie po to, by polatać na miotle i zapełnić zamrażarkę córki.
I za każdym razem narzekam, na ...mały wybór warzyw. Bo z jednej strony jest tego całe mnóstwo, z całego świata, ale po jednym typie i szlus. Jabłka, czereśnie, śliwki - gdzie ta wielość odmian ? (kartofle mnie nie interesują). Poszłam na targ farmerski i zawyłam z bólu - wybór jabłek był taki, że z rozpaczy poszłam do sklepu obok i kupiłam pomarańcze.

2013/01/15 22:16:18
Kozi ser, boczek?
U nas kozi ser zawija sie w boczek wrzuca na patelnie, podaje z salata wymieszana z orzechami, rodzynkami, etc. i jeszcze trzeba miodem polac ten ser w boczku.
Pysznosci!

2013/01/15 22:17:47
To mnie zaskoczyłaś!!! czego jak czego ale przepisu sie nie spodziewałam! A dla mnie to jak znalezienie ziarenka złota w wielkiej wąskiej rzeczce/ strumyku czy innej takiej wodzie :)
Wykonam w czwartek to dzieło :0 Tesciowa przyjeżdża :)

2013/01/16 09:53:17
Sałatka smakowita, wypróbuj też podprażenie tego słonecznika na suchej patelni na złoto i dopiero dorzucenie do sałatki, jak dla mnie niego w gębie :)

Co do sałatek w Polsze, to bez problemu - ostatnio, w Tesco zresztą, zakupiłam sobie botwinkę w wersji sałatkowej - znaczy bez bulw, same liście. Trza wziąć pod uwagę fakt, że przed Sylwestrem społeczeństwo dostaje małpiego rozumu i gorączki zakupowej robiąc zapasy, jakby ten Nowy Rok miał nigdy nie nadejść :) Dodatkowo na koniec roku obowiązkowa inwentaryzacja, więc pewnie nie dorzucają na sklep żeby łatwiej było policzyć :)

2013/01/16 14:52:14
@ Chillax, moje dzieci też by mogły się żywić chipsami, colą i czekoladą. Co prawda lubią też owoce, ale ... wkurza mnie to o tyle, że jedzą je bez opamiętania. Kilogram bananów i jabłek może spokojnie zniknąć w jedno popołudnie, bo ... im się nie chce zrobić sobie normalnej kanapki. Jak jestem w domu to jakoś to kontroluję, ale zdarza się, że przychodzę z pracy później i wielka misa na owoce stoi pusta (a w lodówce jest pokrojona wędlina i ser oraz pokrojony chleb w chlebaku - więc jaki to problem zrobić sobie kanapkę????).
Z wołowiną akurat nie ma problemu, w końcu Anglia jest jednym z głównych producentów tego mięsa.

@ Lui, dzięki :)) Miałaś długi wieczór :))

@ Nemuri, tak są pewne zalety społeczeństwa wielokulturowego (choć i wad niemało).
Co do marnowania wody to czy ja wiem? Takie brudne i tak zawsze myłam przed obieraniem, bo inaczej zostawiały straszne ślady na skórze, których nigdy nie mogłam domyć.
A sos balsamiczny to właśńie basmamic glaze - nie mylić z balsamic vinegar (ocet balsamiczny, bo ten się nie nadaje).

@ Nigna, zgadzam się co do owoców sezonowych typu maliny czy truskawki: są drogie i na pewno nie smakują tak jak te polskie - ale za to można je kupić przez cały rok np. do mufinów, lodów czy sałatki owocowej. Nie ma np. porzeczek czy agrestu (ale ja akurat nie przepadam). I śliwki. Owszem tu też nie ma różnorodności, a ja uwielbiam węgierki.
Co do jabłek to się absolutnie niezgadzam. Jabłka w Anglii są pyszne!!! Przynajmnie jak na potrzeby mojego podniebienia czyli twarde i soczyste np. moje ulubone PINK LADY. Nigdy nie lubiłam papierówek, a większość polskich jabłek wydaje mi się strasznie 'ziemniaczana'. No ale może i w tej kwestii jestem zepsuta :)))

@ Kaczko, mniam, brzmi smakowicie. Muszę spróbować!

@ Pani M. no wiesz, to o dziwo już mój trzeci przepis. Pierwszy był na fish pie, a drugi na mazurek, zresztą też na przyjazd teściowej :)))

@ Kolczatko, dzięki za pomysł z podprażaniem zieren - wpróbuję na pewno.
Co do szaleństwa przedsylwestrowego, to pewnie mamsz rację - to co zobaczyłam, było CHORE!!! Ale ja też odwiedzam supermarkety w wakacje :)))

2013/01/16 14:54:48
@ Chillax, a tulipanki naprawdę świetne. To zresztą moje ulubione kwiaty więc w wydaniu jadalnym szczególnie mi podpasowały :)))

2013/01/16 18:49:02
U mnie też jada się tylko Pink Lady, hehe... A agrest gdzieś kiedyś widziałam, tylko gdzie?... Nie sprawdziłam, czy smakował jak polski:-)

2013/01/17 07:51:19
Wiedźmo, my nie jemy tylko Pink Lady, bo ... byśmy poszli z torbami. Royal Gala do lunchboxów daje radę :))
A co do agrestu, to ... zbierałam go kiedyś na farmie. Chyba nie różnił się jakoś zbytnio od polskiego; był naprawdę słodki.

2013/01/18 00:36:20
Witam :)
Wiem, że do nagrody Liebster Award byłaś już kilkakrotnie nominowana, ale ponieważ naprawdę uwielbiam czytać Twojego bloga stwierdziłam, że kolejna nominacja Ci nie zaszkodzi :) Po pytania zapraszam na mojego bloga: poriomaniacy.blogspot.co.uk/2013/01/liebster-award.html
Pozdrawiam!
Justyna

2013/01/19 13:56:34
Kiedyś (w poprzednim życiu) uwielbiałam gotować i patrzeć, jak się całej gromadce uszy trzęsą. Teraz nie muszę, a i już nie bardzo lubię. Jednak dosyć często wypróbowuję przepisy z netu, które wydadzą mi się szczególnie proste, ale atrakcyjne.
Generalnie zjadam wszystko, co na mnie nie patrzy, ale do jedzenia też nie mam nabożnego stosunku - ot tak tylko, żeby żyć.
A sałata i pomidory? Jak jeszcze byłam samotna (między jednym życiem a drugim), to moje najczęstsze danie było takie: podarta na drobno sałata, poszatkowany szczypior, pokrojone pomidory + sos winegret. W ilości dużej. Bez niczego. I jakoś żyłam. No, ale to było 20 kg temu!

2013/01/20 00:27:20
Pierwsze zdjecie- pfui Teufel!- :D
Nie jestem kucharka z powolania, lubie podane gotowe, chetnie w restauracji... ;) ostatnio mialam 5- tygodniowa labe w klinice rehabilitacyjnej. Gotowali dobrze.

2013/01/20 12:06:15
@ Karpetko, dzięki za wyróżnienie (postaram się odpowiedzieć na pytania wkrótce :)). Proszę, proszę, jak to się człowiek dowiaduje o nowych czytelnikach :))
Pod drugie to dzięki podwójne, bo będę na pewno wpadać na Twój blog - blogi innych mieszkańców Wysp są zawsze mile widziane (lubię porównywać perspektywę innych ze swoją :))

@ Rest, ja też lubię właściwie gotować (w końcu to miłe, jak ktoś docenia wysiłek innych), ale u mnie to znika na ogół w tak ekspesowym tempie, żebym czerpała z tego aż taką niebotyczną przyjemność :))
Ja niestety samymi sałatami żyć nie mogę, a i junk food mnie kręci, tylko sobie przemawiam do rozsądku.
W poprzednim wcieleniu?
A co ty jesteś kotem? :))

@ Spirit_of, faktycznie to piersze zdjęcie jest fujaste, ale to efekt zamierzony.
Ja na różnych wyjazdach zawsze chudnę, bo nie ma podjadania, a tak jak siedzę w domu, to ... różnie to bywa.
Mam nadzieję, że wyjazd Ci posłużył nie tylko pod względem kulinarnym (z tego co czytałam, to tak :))

2013/01/21 16:55:03
Ja nie mogę oglądać tak zinwentaryzowanych dóbr jedzeniowych, bo mi się słabo robi na żołądku.Bo zawsze mi wypadasz na głodniaka z takim postem.
Ziarna słonecznika są zdradliwie kaloryczne - staram się nie podjadać, bo zakupiłam sikorkom.
Gość: aniukopisadlo, p57a32d48.dip.t-dialin.net
2013/01/22 11:47:50
Bardzo fajnie się ciebie czyta! Często zaglądam i zazdroszczę. Do podeszwy ci nie dorastam ale zapraszam do mnie: aniukowepisadlo.blox.pl/html

Pozdrowienia,

Ania

2013/01/23 23:49:20
@ IK, kto jak kto, ale Ty raczej powinnaś sobie spokojnie dać radę z dobrami ZINWENTARYZOWANYMI czy nie :))
No i nie przesadzaj! Owszem, tag 'jedzenie' pojawia się u mnie relatywnie często, ale to jednak nie blog kulinarny. Ostatnio było o słoninie - też ci ślinka leciała :))
A ziarenka mogą być zwodnicze, oj tak.

@ Aniukowe pisadło, weź się dziewczyno nie wygłupiaj mi tu z jakimiś piętami czy innymi podeszwami! Nie ma czego zazdrościć (choć fakt, ja też zazdroszczę paru osobniczkom głównie :))). Każdy ma swój niepowtarzalny styl i tego się trzymajmy.
Na pewno zajrzę do Ciebie, choć będzie to musiało poczekać do lutego :))
Pozdrawiam i miło mi, że wpadasz.

2013/04/22 10:10:36
Próbowałam - pycha :)

2013/04/26 09:53:00
Na zdrowie :)

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!