Searching...
środa, 31 października 2012

Dyni w poprzek

W kolejce do świętowania ustawiam się na ogół ostatnia.
Lub przedostatnia.
Przed moim mężem.


A najczęściej siedzę w kącie i prycham, że w cholerę mi ten cały cyrk, że nie lubię, że brrr ...

Przeprowadzając freudowską autoanalizę moich poczynań mogłabym się doszperać wielu związków przyczynowo-skutkowych:

Imieniny
- wiadomo - trauma po polonistce :)) Nie obchodzę.


Urodziny - jeden rok w te czy we wte na razie mi różnicy nie robi. Żyję, cieszę się życiem, rozkoszuję się życiem rotacyjnie (w przerwach między narzekaniem). Prezenty nieśmiało przyjmuję (w myśl maksymy mojego teścia: dają-brać, biją-uciekać :))), acz ze skrępowaniem wielkim.
Bo dla mnie to dzień, jak co dzień.
Życzenia należą się mojej mamie.
W końcu to ona parła.
To ona już od początku zmagała się z upartym człowieczkiem, który wypiął się na cały świat pośladkami, zamiast, jak Pan Bóg przykazał, wystawić najpierw czoło.
Dlaczego ja mam zbierać hołdy? Że istnieję? Phiii, też mi wyczyn!


Urodziny dzieci, owszem, świętuję co by towarzystwa na odludki nie wychować (jak się weszło między wrony itd. a tu w Anglii, świętowanie urodzin to świętość ), aczkolwiek rozczulenie i wspomnienia (a mam euforyczne ze wszystkich porodów) walczą z niechęcią do tłumu bachorów demolujących mi dom w ramach 'birthday party' w stylu angielskim czyli 'róbta co chceta', żarcie chipsów na sofie, picie soku z czarnej porzeczki na nowej kapie, malowidła naścienne pomidorowym dipem do kurczaka, błoto z ogródka na dywanie, jedzenie rozgrzebane, nadgryzione i zostawione, darcie mordy na całą okolicę i parę innych przyjemności.

Boże Narodzenie - albo właściwie tak zwane Boże Narodzenie (bo chyba z Bogiem to święto ma już niewiele wspólnego) też mnie męczy. I nawet nie chodzi o to, że Jezus najprawdopodobniej urodził się we wrześniu (wg interpretacji opartej o analizę świąt i zwyczajów żydowskich oraz innych źródeł historycznych) i nie o to, że pogańskie święto narodzin boga-słońca zostało zaadoptowane przez kościoły chrześcijańskie.

Chodzi o to, że jak od początku października mam podrygiwać w sklepach przy 'Jingle Bells' i 'Last Christmas', paradować z zakupami w czerwonych torebkach z gwiazdeczkami i przedzierać się przez góry karteczek, bombeczek, dupereleczek i milionów innych ABSOLUTNIE NIEZBĘDNYCH RZECZY, głowiąc się co ZNOWU mam kupić tym moim dzieciom, znudzonym przesytem, acz wciąż namiętnie marzącym o Mikołaju z wielkim workiem prezentów, to ... mi się najzwyczajniej w świecie odechciewa.


Gdzieś w okolicach 20 grudnia mi oczywiście bunt trochę mija i myślę sobie, że lubię ten czas z rodziną, z bigosem, z lepieniem pierogów (no dobra, przyznaję się, pierogi kupuję od pani Kazi), że ma to w sobie jakąś magię, jak nie religijną, to chociażby rodzinną.

Wielkanoc, Walentynki, Rocznica Ślubu ... mogę się do wszystkiego przyczepić.

Ale ... w gruncie rzeczy lubię odświętność.
Mogę sobie fukać na te przygotowania, na ten kocioł, na pęd, ale tak jak chyba każdemu, potrzebny jest mi czas, by się na sekundę zatrzymać, by się zamyślić, nasycić pięknem chwili.
 

Nawet zalew kiczu poprzedzający 14 lutego skłania mnie do refleksji, że mam takiego fajnego męża, że nie potrzebuję czekoladek w kształcie serduszka.

Halloween nie niesie ze sobą żadnego z tych elementów.
Niesie zdziwienie - dlaczego ktoś z własnej nieprzymuszonej woli chce celebrować zwycięstwo śmierci.
Zwycięstwo jeśli nie nad naszymi duszami (dla tych, co wierzą tylko w tu i teraz), ale chociażby nad naszym ciałem, nad naszym życiem, nad naszymi marzeniami.

Wiem, wiem, wiem, to współczesne oswajanie śmierci. To zabawa, wykpiwanie tego co ostateczne, granie kostusze na nosie, jak chociażby w tej (skądinąnd świetnej) reklamie*

Kiedyś przynosiło się zmarłym błagalne dary. Teraz się śmierć oswaja przez obnażenie, przez ujawnienie, przez ośmieszenie.
W czasach wiktoriańskich ustawiano zmarłych w wyszukanych pozach, by choć na chwilę przywrócić zmarłych do życia, by wyrwać ich ze świata umarłych na jeden ostatni moment.


Teraz, w dobie zmieniających się w zawrotnym tempie technologii, w dobie in vitro, w dobie bionicznych oczu i uszu, sztucznych serc, płuc i nerek, w dobie lotów na Księżyc i na Marsa, w dobie wielokrotnych wirtualnych żyć wydaje nam się, że albo nad czymś panujemy, albo przynajmniej to oswoiliśmy.

A ja nie chcę oswajać świata umarłych. Nie chcę nawet wchodzić na ich terytorium.
Nie chcę zachwycać się 'pięknem' gnijącego ciała - choćby tylko namalowanego farbką na twarzy.
Nie chcę zamykać oczu i udawać, że świat duchowy nie istnieje.
Nie chcę w moim domu nadprogramowych zombie, duchów czy szkieletów.
Już te, które mam w szafie wystarczą.
Rozprawię się z nimi w wolnym czasie.


Z dynią rozprawiłam się już w zeszłym roku - nie przyjęła się.
Niech zatem służy jako jesienna ozdoba centrum ogrodniczego.



Polować na czarownice nie będę, bo to zawsze odnosi najmniej oczekiwany skutek.
Ale po cukierki do mnie dziś nie przychodźcie, bo wam w najlepszym przypadku pokażę figę.


UPDATE: No i poniekąd wyprorokowałam z tymi owocami! Akurat byłam na górze zajęta czymś niezmiernie (zresztą pierwszy jesienny wirus mnie dopadł i nos mam - nie przymierzając - jak dynia, więc nie zamierzałam objawiać się światu), kiedy do drzwi zadzwoniła sąsiadka z dwójką dzieci.
Mój maż - człowiek z innej planety (o czym pisałam nie raz) - w ogóle nie wiedział, o co chodzi i z braku cukierów (a przecież nie chciał zgniłego jaja na drzwiach :)) dał im ... jabłka.
Moje dzieci tarzają się ze śmiechu.
No i taki nam wyszedł halloweenowy HORROR TOWARZYSKI :))))




* reklama:
video




środa, 31 października 2012




2012/10/31 16:42:26
ja lubię figi ;)))

2012/10/31 16:43:38
Berberysku, to wpadaj. Specjalnie dla Ciebie kupię świeże :)

2012/10/31 17:00:15
z dziką rozkoszą ;))
a co do Haloween - w moich stronach kompletnie się to nie przyjęło mimo jedno- lub dwurazowej próby, jedynym pseudohalołinowym akcentem są noce horrorów kinach. A ja horrorów jakoś nie bardzo ;) dzieci na wschodzie jednak są mądre i kiedy jest zimno i mokro nie chce im się wychodzić z domu ;)))

2012/10/31 17:00:32
Jeśli chodzi o urodziny to masz takie samo podejście do nich jak mój mąż.

2012/10/31 17:43:22
A ja się lubię czasem przebrać. Dzisiaj akurat miałam być bohaterem Clockwork Orange, ale się okazało na ostatnią chwilę, że nie mam białej koszuli.
Za to zostałam lekko pin-up'ową wojującą feministką z śrubokrętem w kieszeni :)
Nie wiążę tego zupełnie z ideologią helołinową ;)
Onegdaj jeździłam na konwenty, gdzie się przebierało, zwykle tematycznie. Były też, ku mojej wielkiej uciesze, akcje w szkole na pierwszy dzień wiosny "przebrany-niepytany".
Lubię i już :)

2012/10/31 19:32:39
@ Berberys - wschodnia mądrość jest często bardziej warta zaadoptowania niż zachodnia (ale tu już pole do interpretacji zostawiam otwarte :)))
U nas leje. Nikt na razie nie zapukał. Może sąsiedzi się potajemnie uczą polskiego i mi bloga przez blue tooth podczytują? :)))

@ Dana, a w kwestii urodzin, to swoich czy dzieci? ;-)

@ Veni, aaaaa przebierać to ja się też uwielbiam; w różnych konwencjach.
Ale w halloweenowej akurat nie.
Bo właśnie mi się wydaje (niezależnie od biskupów wszelakich, tym bardziej, że z KK świadomy i kategoryczny rozbrat wzięłam wieki temu; co nie znaczy, że z chrześcijaństwem :)) że za tą niby zabawą stoi akaś ideologia, jakieś przesłanie, z którym mi nie po drodze.

2012/10/31 20:11:07
Mamy wiec podobne zdanie na temat Halloweenu.

2012/10/31 20:52:27
Czy Pani Kazia sprzedaje te pierogi na Wyspie? Jesli tak to poprosze namiary.

;-)

2012/10/31 21:06:35
Pani Kazia robi pierogi przepyszne, a robi je - sądząc po Twoim wpisie urodzinowym - całkiem niedaleko Ciebie (rzut beretem od Oxfordu, właściwie :)))
Namiarów jako takich nie mam, bo kupuję je przez panią Elę, która wysyła paczki do Polski :0), ale jak bardzo będziesz chciała, to zdobędę.

Choć ... nie sądzę, żeby były lepsze od tych Twojego autorstwa.
A już na pewno nie będą tak pięknie sfotografowane i 'zmozaikowane' :))
Gość: julka, 159-205-161-18.adsl.inetia.pl
2012/11/01 00:06:17
NO WSTYD Z TYMI PIEROGAMI :P A POZA TYM TO LUBIE CIE WIESZ? ;p

2012/11/01 00:44:28
Fidrygauka - jak komuś stoi ideologia, to niech mu stoi, za tym, przed tym, czy z boku. Miałam okazję posiedzieć ze znajomymi w głupich strojach i było śmiesznie. Tak, jak miało być :)

2012/11/01 11:04:44
@ Julka, no ale przecież bigos robię sama :)))
"A POZA TYM TO LUBIE CIE WIESZ? ;p"
No wiesz, bo ja jestem fajna ;-P

@ Veni, niektórym stoi nawet w poprzek :))
Wiesz, między zabawą ze znajomymi w głupich strojach a przystrajaniem domu w szkielety, pajęczyny i przebieraniem się za zombie ze zgniłą twarzą i ociekanie krwią jest spora różnica.
Myślę, że gdzieś tam w tle halloween jest fascynacja śmiercią (choć nie twierdzę, że każde przebrane dziecko rozpatruje to w takich kategoriach) - a ja się nią nie fascynuję. Ot, i cała ideologia.
Dobry czas można mieć zawsze.
Niedługo w Angii tysiące Hindusów będą obchodziły Diwali - też będzie ładnie, światełka w domu, słodycze itd.
Ja się nie przyłączę do świętowania :))
Ale jak ktoś chce, to dlaczego nie?

2012/11/01 18:08:58
Nie nie nie. Miałam protestować tutaj, ale wyszedł mi cały post (zresztą już przeczytałaś): bebeluch.blogspot.de/2012/10/noc-niczyja-czyli-byo-sobie-swieto.html

Pierwotne Halloween nie miało nic wspólnego ze zmarłymi a tym bardziej z oswajaniem śmierci. Amerykańsko przetworzone też nie ma z tym nic wspólnego, bo ten kraj rzadko dodaje drugie dno. A na polskim podwórku wygląda co najmniej śmiesznie, o ile zupełnie nie na miejscu.

U nas, z racji pochodzenia Wiewióra, świętujemy. Ale tylko rodzinnie. Przy stole. Bo jak i dla Ciebie, święta to dla nas czas wspólny. :*
Gość: sukienka_w_kropki, host-46-186-54-63.dynamic.mm.pl
2012/11/01 20:29:11
Nie mam pojęcia jak to się stało, ale nie miałam powiadomienia o Twoich poprzednich wpisach więc dopiero dziś nadrobiłam zaległości. Co do świąt, mam do nich podobny stosunek i tym co lubię najbardziej są wspólne przygotowania do nich, bo później to raczej duża czarna dziura... Hallowen przetransportowany na europejski grunt wydaje mi się bezsensowny ale muszę Ci powiedzieć, że stowarzyszenie do którego należy moja córka Marta robi jutro "wieczór duchów i zjaw". Będą odpowiednie dekoracje (żadnej dyni!!!) opowieści związane z kultem zmarłych, zmorach, południcach i płanetnikach, wiersze umarłych poetów i dużo nastrojowej muzyki. Też jestem zaproszona a nawet przeczytam wiersz. Mam nadzieję że się uda i to będzie taki anty- hallowen. Pozdrawiam!

2012/11/02 10:45:12
Nie lubię świąt i nie lubię odświętności, bo najbardziej ze wszystkiego nie znoszę obowiązków z nimi związanych. Albo właśnie odwrotnie - nie lubię świątecznych obowiązków, bo po prostu świętowanie tych wszystkich okazji nie wypływa z moich przekonań. Są mi narzucone przez kulturę, tradycję, rodzinę, itp... ale sama ich nie czuję i nie przeżywam. I nie mam pojęcia dlaczego tak mam... Może mi brakuje jakiegoś genu odpowiedzialnego za potrzebę odświętności;)

2012/11/03 10:03:46
A ja świętuję wszystko co się da. Imieniny, rocznice, urodziny... jestem ludzikiem strasznie evetowym, lubię hałas, lubię dużo ludzi.. więc korzystam z okazji :)

2012/11/03 10:48:08
@ Bebe i Sukienko - no niech będzie, że nie świętowanie śmierci, ale z tymi elfami, strzygami, zmorami, przekupywanie duchów jedzeniem i w ogóle jakimkolwiek zaangażowaniem w świat duchowy mi jednak nie po drodze.
Wiem, że można - i pewnie większość z Was tak to traktuje - podejść do tego zupełnie na luzie i odstawić ideologię na bok.
Ot, fajny czas.
Ale ja jednak wierzę (a wiadomo, kwestia wiary jest bezdyskusyjna :)))) - dlatego też nikogo nie zamierzam przekonywać i sprowadzać na 'właściwą' drogę), że pewne rzeczy - święta i przedmioty - mają swoje korzenie, swoje przesłanie, duchowy wymiar, który się kłóci z moim postrzeganiem świata.
Inny przykład, który może to lepiej zobrazować: czerwona nitka noszona przez wyznawców kabały - dla innych to zwykły kawałek muliny, dla innych magiczny przedmiot zapewniający szczęście. Jeśli nie identyfikuję się z tym, co stoi za nitką (sama nitka jest oczywiście neutralna, ale jest symbolem czegoś), to nie noszę samej nitki.
Ale to tylko moja opinia.
Bebe, mam nadzieję, że miałaś fajny czas z rodziną; a tą kapustą narobiłaś mi smaku :)
Sukienko, mam nadzieję, że wieczór się udał :)) (a swoją drogą, to wiem, że Blogspot ma parodniowe opóźnienie w wyświetlaniu postów z bloxa - wykańczanie konkurencji?? :)))

@ Ren-ya, to musi coś być na rzeczy z tym genem - może niedługo naukowcy coś odkryją :))

@ Milexica - podeślę ci listę wszystkich świąt obchodzonych w Anglii - będziesz mogła rozszerzyć zakres eventów do świętowania :)))
Id właśnie przegapiłaś, ale niedługo zbliża się Diwali i oczywiście Christmas Parties, potem Wigilia i Sylwester (to już Ci znane), a za chwilę w styczniu Chinese New Year, a słyszałam, że w Polsce jest boom na 'chińskość', uczenie się chińskiego itp. więc będzie to bardzo na czasie :)))
A tak na serio - to rozumiem. Jak napisałam u Veni - wreszcie musi się pojawić ten moment, kiedy się nie zgadzamy. Mam nadzieję, że to niezgoda bez zgrzytów.

2012/11/03 17:43:30
Mąż zachował się właściwie, jabłka są zdrowe i w końcu kiedyś owoce ze swoją fruktozą robiły za słodycze. Chociaż mógł dać pierogów z bigosem a najlepiej to trochę FLAKÓW.
Flaki by były bardzo na miejscu a jednocześnie by promowały polską kulturę kulinarną, dwa w jednym :)
(Z moim zdaniem już się mam nadzieję zapoznałaś? Też promuję słowiańskie flaki ;)

2012/11/04 22:34:23
IK, że też o flakach nie pomyślałam?!
Za rok się poprawię i już na zawsze będziemy mieli rozwiązany problem halloween.
Oby tylko nie odbiło to się na naszym samochodzi czy elewacji domu :)))

A na widok jabłek sąsiadka się spłoniła i ulotniła chichocząc i powtarzając: "Oh, we strange English people!" :)))

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!