Searching...
czwartek, 18 kwietnia 2013

Dzień, w którym zaczęłam się starzeć

Każdy z nas ma na koncie jakieś pokrętne skojarzenia, dziwaczne przemyślenia, nielogiczne zachowania.
Czasami - jak mi się to ostatnio zdarzyło - przechodzący ulicą rudzielec może wywołać lawinę myśli tak skomplikowaną, że by odpowiedzieć na pytanie męża, dlaczego tak ni z gruszki ni z pietruszki wspomniałam naszych niewidzianych dawno znajomych, trzeba długo odtwarzać sobie w głowie ścieżki połączeń w mózgu.
Gdy, cofając się, dotałam do Bogu ducha winnego, ognistowłosego chłopaczka, oboje wybuchnęliśmy histerycznym śmiechem.
Ot, kobieca logika.


Tak samo było z dniem, w którym zaczęłam się starzeć.
A może inaczej - z dniem, w którym uświadomiłam sobie, że zaczęłam się starzeć.


Był to dzień ... w którym umarł Marek Grechuta.

I nie, nie pamiętam nawet kiedy dokładnie to było.
I nie, nie byłam jakąś jego wielką fanką.
Drogą pokrętnych skojarzeń przypomniała mi się czytana w 'nastolęctwie' książka Hanny Ożogowskiej 'Za minutę pierwsza miłość', oraz majaczące mi mgliście fragmenty o nie kim innym, jak Grechucie właśnie. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że to nie postać fikcyjna, że rzeczywiście nastolatki z tamtej epoki mdlały na widok pięknoustego, delikatnego młodziana śpiewającego wierszem. Pewnego dnia ze zdumieniem odkryłam, że autor i wykonawca "Nie dokazuj miła nie dokazuj", to ni mniej ni więcej jak 'mityczny Marek' z czytanej parę lat wcześniej książki.


Dlatego w jakiś dziwny sposób jego śmierć (a jak pisałam kiedyś, miałam szczęście nie przeżyć jakichś traumatycznych śmierci w rodzinie, tylko takie będące naturalną koleją rzeczy, w wyniku długiej choroby w podeszłym wieku) była dla mnie symboliczna.
Uświadomiła mi, jak szybko minęło mi dzieciństwo. Jak, niczym w kalejdoskopie, nastąpiło przemieszanie nastoletnich wyobrażeń o świecie z rzeczywistością. Że zaczęli odchodzić ludzie mi współcześni.
Była zamknięciem się pewnej epoki.
Do dziś nie wiem dlaczego, ale właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam się staro.


W podobny sposób poczułam się w zeszły poniedziałek.
Siedziałam właśnie w Nail Parlour, oddając się zabiegom upiększającym, kiedy raperskie łubu-dubu przerwane zostało 'breaking news' o śmierci Margaret Thatcher.


Nie interesuję się polityką.
Nie interesuję się na tyle, by móc przeprowadzać sensowne analizy angielskiej sceny politycznej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (a i z późniejszymi bym się zmagała).
Żelazna Lady była jednak dla mnie podobnym symbolem, jak Marek Grechuta.
Znana 'od zawsze'. Obecna w Dzienniku Telewizyjnym, przewijała się w wiadomościach z wielkiego świata. Jedna z niewielu postaci, której nazwisko zapamiętały moje dziecięce uszy.
Potem pani Thatcher się 'zmaterializowała'. Najpierw w czasie zajęć z historii Wielkiej Brytanii, a później -jeszcze bardziej realnie - gdy mogłam konfrontować jej idee polityczne (lub raczej kwestionowanie ich przez rządy laburzystów) tu na Wyspach.


I mimo, że na początku podobał mi się ten angielski, liberalny socjalizm, że wydawało mi się, iż to wszystko tak pięknie i niezachwianie działa, splatając się harmonijną całość, mimo że zachłysnęłam się czułą opiekuńczością państwa, to szybko zrozumiałam, że to raczej gwóźdź do trumny tutejszej ekonomii.

“The problem with socialism is that you eventually run out of other people's money.” *  - mówiła Thatcher. Schorowana przez parę ostatnich lat nie dowiedziała się chyba, jak bardzo jej własne słowa są prawdziwe. Wielka Brytania otworzyła sakiewkę z pieniędzmi na utrzymanie rzeszy niewyrywających się do pracy, rozleniwionych 'benficiarzy' oraz imigrantów, którzy żyją sobie jak pączki w maśle z pieniędzy państwowych (= pracujących frajerów), ruszając tym samym lawinę, której nikt już dziś nie może zatrzymać.
Ale o tym ciiiichooo. O tym nie można mówić. To drażliwy i niepoprawny politycznie temat, choć i tu Margaret Thatcher miałaby coś do powiedzenia:


“Do you know that one of the great problems of our age is that we are governed by people who care more about feelings than they do about thoughts and ideas.” **
Nie mówmy, jak się rzeczy mają, owijajmy wszystko w bawełnę, zaokrąglajmy słówka, ugładzajmy fakty. Niech nikt nie poczuje się urażony.
Lenie? Jakie lenie?! Ludzie zorganizowani inaczej!
Nieroby? Ależ! To wolnomyśliciele w okresie przemian strukturalnch.
Religijni fanatycy? Gorący wyznawcy swoich przekonań!
Złodzieje? Obywatele zajmujący się transpozycjonowaniem dóbr.
A chamy to apostołowie asertywności.


Baronowa Thatcher nie wzbudzała moich emocji. Choć z reakcji wielu ludzi wynika, że wzbudzała ich sporo. Z przeciwnych krańców skali (szczególnie wśród tych, których doktnęły jej reformy i którzy 'celebrowali' jej śmierć z piosenką 'Wiedźma umarła' na ustach).

Była jednak dla mnie symbolem pewnej epoki. Symbolem zmian, które pośrednio miały potężny wpływ na moje życie.
Dzisiaj*** znów poczułam się staro.



***
Na koniec dodam coś w nieco mniej patetycznym nastroju.
Ponieważ dowiedziałam się o śmierci pani Thatcher niejako 'na żywo', czyli w chwili, kiedy ta wiadomość dopiero wyruszyła z ust prezenterki BBC na podbój świata, w chwili gdy z lekkim niedowierzaniem i przejęciem czytała świeżo podesłany news, miałam okazję obserwować coś, czego sobie wcześniej nie uświadamiałam. Otóż w ciągu 2-3 minut od ogłoszenia tej smutnej wiadomości, BBC natychmiast zaczęło nadawać miagawki z jej życia, pokazywać dawne konferencje prasowe, spotkania z czołowymi politykami. Tak jakby wszystko było przygotowane, skatalogowane, przyczajone na jej śmierć. Czekające z retransmisją na wydanie przez Maggie ostatniego oddechu.
Choć trzeba przyznać, że w iście angielskim stylu - z humorem (pokazujące Maggie perliście roześmianą, żartującą z robotnikami, wywołującą salwy śmiechu i entuzjastycznych oklasków), z podkreślaniem jej największych osiągnięć, z celebrowaniem jej życia.

Później zresztą - zaledwie 3 dni po śmierci - księgarnie zapełniły się tanimi acz opasłymi biografiami Żelaznej Damy.
Też najwyraźniej czekano tylko na datę śmierci, po dodrukowaniu której książki natychmiast mogły ruszyć do introligatorni i dalej w świat.
Trochę więc twarde kapitalistyczne podejście do życia zagrało baronowej na nosie. Zachichotało, zabrzęczało mamoną, którą można, w imię kapitalizmu, zbijać też na/po jej śmierci ...


“Watch your thoughts for they become words.
Watch your words for they become actions.
Watch your actions for they become habits.
Watch your habits for they become your character.
And watch your character for it becomes your destiny." ****

* Problemem z socjalizmem polega na tym, że prędzej czy póżniej kończą się cudze pieniądze.

** Wiecie, że największym problemem naszych czasów jest to, że jesteśmy rządzeni przez ludzi, którzy bardziej troszczą się o uczucia innych niż o koncepcje i idee.

*** Pisałam to wczoraj, 17 kwietnia 2013, w dzień pogrzebu Margaret Thatcher (co nie znaczy, że dziś znów poczułam się młodo :))

**** cytat często powtarzany przez M. Thatcher, choć nie ona jest jego autorem.

Uważaj na swoje myśli, stają się wszak słowami.
Uważaj na swoje słowa, stają się czynami.
Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami.
Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem.
Uważaj na swój charakter, on staje się Twoim losem.




czwartek, 18 kwietnia 2013


2013/04/18 13:07:33
Miałam bardzo podobne odczucia, gdy usłyszałam o śmierci M. Thatcher, zwłaszcza, że przecież całkiem niedawno obejrzałam film o niej, który wywołał lawinę wspomnień i skojarzeń. No i cóż... smutno mi się zrobiło po tym newsie...

2013/04/18 13:34:20
pozwoliłam sobie skopiować myśli Margaret Thacher  pozdrawiam

2013/04/18 14:39:47
"Wielka Brytania otworzyła sakiewkę z pieniędzmi na utrzymanie rzeszy niewyrywających się do pracy, rozleniwionych 'benficiarzy' oraz emigrantów, którzy żyją sobie jak pączki w maśle z pieniędzy państwowych (= pracujących frajerów), ruszając tym samym lawinę, której nikt już dziś nie może zatrzymać."

w kwestii formalnej... to czy nie chodziło ewentualnie o imigrantów?

2013/04/18 18:50:25
@ Ren-ya, ja filmu jeszcze nie oglądałam, ale się czaję mocno, głównie ze wzglęgu na Meryl Streep :)
Takie filmy fajnie się ogląda znając trochę kraj od środka. Pamiętam, jak niesamowite wrażenie wywarł na mnie film 'The Queen' (kiedy śledziłam już trochę tutejszą politykę).

@ Wanilia39 - częstuj się :)
Ja też je skopiowałam z innej strony :))

@ Nemuri_neko, oczywiście, że masz rację! (poprawiłam :))) Choć zupełnie mi to nie przyszło do głowy, bo wciąż nie czuję się stąd, wciąż myślę o nich, ... o sobie, per 'emigranci'.
Tfu, tfu, wypluwam to słowo! Jeszcze by tego brakowało, żeby Brytyjczycy utrzymywali do kompletu, tych którzy wyemigrowali do Austalii, Nowej Zelandii lub Hiszpanii (krajów, do którzych poddani królowej 'ewakuują się' najczęściej :)))

2013/04/19 17:16:14
M.T. byla niezwyklym czlowiekiem, i ma wszystek mój szacunek.

2013/04/20 07:25:58
Nie da się ukryć, ze była kobietą nieprzeciętną, która miała swoją wizję państwa i potrafiła ją realizować, nie bacząc na to że się naraża na inwektywy i zarzuty. Ludzie tego pokroju zawsze budzą kontrowersje, więc i ona miała swoich zaciętych przeciwników. Natomiast w sprawie starości czuję się okropnie widząc nekrologi moich koleżanek mimo że do osiągnięcia podeszłego wieku jeszcze mam trochę czasu....

2013/04/21 13:53:55
u mnie jej śmierć wywołała lekki szok, bo jak to, nie żyje? Nie żebym była związana jakoś z jej osobą, ideami, czy czym tam jeszcze... ale właśnei coś podobnego, co sama opisujesz, zadźwięczało w mojej głowie. Jej śmeirć - tak, jak śmierć innych - znowu pokazała mi, jak szybko życie ucieka.
Z tym dbaniem o uczucia, a w zasadzie o ich nie naruszenie, nie zranienie, zgadzam się z M.T. Wkurza mnie to okropnie w Eire, kiedy wszyscy wkoło tak narzekają na brak pieniędzy, na rząd, a zarazem siedzą czasem naście już lat na zasiłkach; narzekają na emigrantów, którzy zabierają im pracę, a sami nawet nie myślą, żeby taką podjąć! I nic im nie można powiedzieć, bo jak to tak? O nich nic nie można powiedzieć, bo też jest niepoprawne!!!
Inna sprawa jedzenie: opychanie się fastfoodami, a potem... zakaz użycia słowa gruby! i to nawet nie odnośnie do osoby, nic nie może być grube, bo to słowo jest niepoprawne politycznie!
Wiele rzczy mnie porusza, rzeczy, które powodują powoli skrzwienie myślenia. Wszelkie anomalia są ok, a ich piętnowanie czy choćby wspominanie, napomykanie o nich, jest niepoprawne politycznie!!! Żyjmy w zakłamaniu i uśmiechajmy się... A może to tylko moja słowiańska natura tak się tu rzuca?

Anka

2013/04/26 08:19:04
Dziękuję za ten wpis, to była mądra babka. A te jej cytaty, które przytoczyłaś - sama prawda. Powinno się ich nauczać dzieci w szkole, zwłaszcza w szkołach UE...

Chyba przeczytam którąś z tych biografii, żeby dowiedzieć się więcej.

2013/04/26 10:29:24
@ Spirit, na pewno nie była to osoba przeciętna. Ja ją cenię za zdrowy rozsądek.

@ Sukienko, masz rację, tacy ludzie budzą kontrowersje, ale jak to się ładnie mówi 'z prądem tylko martwe ryby płyną'. Podziwiam ludzi, którzy potrafią jasno i wyraźnie głosić swoje racje i bronić ich narażając siebie na niewybredne ataki. Oczywiście, nie ze wszyskimi racjami się zawsze zgadzam, ale mam na myśli osoby, które potrafią się poświęcać dla czegoś więcej niż 'pielęnacji swojego ogródka', szczególnie że ja sama mam raczej zapędy konformistyczne :))
Co do nekrologów ... to ostatnio bardzo przygnębiła mnie śmierć męża mojej koleżanki. Czterdziestolatka ...

@ Hrabino, te zjawiska, które tu opisałaś to ... mój materiała na niejeden wpis :))
Zbieram się już z obsmarowaniem tego od dawna. I niestety ja nazwałabym to identycznie - skrzywienie myślenia. A dodatkowo jest przyzwolenie na pewne procesy/zachowania, bo tak jest łatwiej. Bo filozofia 'wszystko można' jest co raz bardziej popularna. Pytanie jest tylko, kto za to wszystko płaci? Jest wolność i pięknie! Tylko że skutki tej wolności są często opłakane. Ja niestety z racji swojej pracy widzę to jeszcze bardziej wyraźnie. Widzę ludzi, którzy doją system jak tylko się da, a mi nawet nie wolno słówka pisnąć, a raport ma być napisany tak, żeby przypadkiem nie urazić wielebnych, siedządzych od pokoleń na zasiłkach.
Czasami (żeby nie powiedzieć: codziennie) zadaję sobie pytanie: Jaką ja jestem skończoną debilką, żeby zrywać się co rano do pracy, zostawiać swoje dzieci pod opieką innych, płacić horrendalne sumy za dojazdy i childcare, po to tylko żeby 'skakać na dwóch łapkach' wokół tych, ktorym się po prostu nie chce pracować i którzy doją to państwo jak tylko się da, a swoje niezadowolenie wyrażają szybko i głośno.
I dokładnie tak jak piszesz - muszę to robić z przyklejonym uśmiechem. Zdarzyło mi się parę razy powiedzieć coś 'dobitniej' i - uwierz lub nie - moja szefowa natychmiast otrzymywała stosowny telefon z zażaleniem od 'urażonej dumy'!
A zdanie, które chyba słyszę najczęściej z ust mojej przełożonej brzmi: 'You have to be careful!' (pisałam zresztą trochę o tym tutaj, choć tylko w zarysie).

@ Aleksandro, cała przyjemność po mojej stronie :)
A na naukę cytatów bym nie liczyła, przynajmniej w UK. Związki zawodowe do tego na pewno nie dopuszczą :))))
Ja też planuję przeczytać jej biografię.


0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!