Searching...
piątek, 10 sierpnia 2012

cyrk objazdowy

Cyrk objazdowy po rodzinie.

Rolę dyrektora cyrku przejmuje samozwańczo mój tato, jako że to on dysponuje wozem.
Małpy więc, chcąc nie chcąc, z piskiem i pohukiwaniem ładują się do środka i jadą w znaną trasę.
Dopóki dają banany, dopóty jest git (ale o tym za chwilę).


Plan wizyt zależy od tego, czy mój małżonek szacowny raczy z nami przyjechać (bo jemu tak łatwo urlopów nie dają :)). Gdy uda mu się wyrwać to program jest dużo bogatszy i obejmuje również rejony oddalone od stolicy o dobre 300 kilometrów.

W rejonach odległych rolę głównego animatora przejmuje moja nieoceniona teściowa.

Nie jest to animator tak obrotny, jak dyrektor cyrku z Warszawy, ale jej metody namolnej perswazji (No ktoż to widział, żeby babci Kazi nie odwiedzić??? Ja tam nie będę was namawiać. Róbcie jak wam jest wygodnie AAAAAALE ... ciotka będzie gadać!) potrafią wykończyć najzdrowszego.


Stara małpa z gatunku fidrigaucus pospolitus, podejrzewana o wyjątkową podłość i złośliwość, dla świętego spokoju się godzi na te wizyty, by nie usłyszeć po raz milionowy, że pewnie się wstydzi rodziny ze wsi i że przecież sama chciała TAKIEGO CHŁOPA ZE WSI sobie wziąć, więc niech cicho siedzi (W tym momencie przedstawienia przez wiele lat padało :"Ależ mamo! No co też mama?!"
Od paru lat zapada męcząca cisza, bo starą małpę fidrigaucusa ogarnęła bierność; mojemu mężowi można zarzucić parę rzeczy, ale wiejska mentalność raczej nie jest jego znakem rozpoznawczym, czego nie muszę nikomu udowadniać, więc zaprzestałam jałowych gadek).

Schemat spotkań wygląda mniej wiecej tak:

Ale fajnie, że przyjechaliście (tu brawa, aplauz, błysk fleszy, orkiestra tusz).


Pierwszym punktem programu jest pożeracz ogni czyli "Jeeeedz! No co nie jesz? Niedobre?". Jedz, aż cię wypali od środka. Chociaż jedz, skoro wody ognistej pić nie chcesz. Lepiej niech grzeszne ciało pęknie, niż miałby się Boży dar zmarnować. Jeeeeedz!

Potem nadchodzi czas na popisy klaunów czyli kochane dzieci, a zaśpiewajcie cioci jakąś piosenkę po angielsku i inne atrakcje.



Następnie akrobacje, czyli jak sprostować te wszystkie konfabulacje, apoteozy, laudacje i panegiryki (oj, przepraszam, opowieści zakochanego dziadka) bez zdemaskowania autora.

Zdarza się też salto mortale, czyli próba dyskusji na tematy ważkie w stylu dlaczego każdy, kto nie skończył informatyki (ewentualnie medycyny lub prawa) jest idiotą lub 'tylko nieudacznicy wyjeżdżają za granicę'.

Niekóre numery są bardzo efektowne i zawsze mile widziane. Taka na ten przykład woltyżerka okrakiem na dwóch koniach, czyli porównywanie Anglii i Polski (Taaaak? Dzieci nie noszą książek do szkoły? I nie ma ocen? I dwa krany w łazience? No popatrz, popatrz ... Aj, ale tam to chyba zepsucie co?)
Najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy nosa nie wyściubili poza powiat.


Na koniec stałe punkty programu czyli pytanie: To wracacie, czy zostajecie? oraz rozdawanie fantów (słodycze, ubrania, gadżety, pieniądze).
I ten moment - jest dla mnie najgorszy, bo ... wiedząc, że tak będzie, czuję się zobowiązana przynieść coś od siebie. W efekcie, przed wyjazdem na wakacje latam jak głupia po sklepach, w poszukiwaniu niewielkich (limit bagażu) acz efektownych bombonierek, kaw, angielskich ciasteczek dla babć, cioć, kuzynek. Potem zastanawiam się, jak mam to wszystko zabrać i co jest ważniejsze: kurtka przeciwdeszczowa czy kolejne pudełko czekoladek miętowych.
Pomijam już procedurę pakowania przedpowrotnego, kiedy te wszystkie prezenty trzeba również wcisnąć. Bo jakżesz nie wziąć kolejnej lalki czy 5-kilowego albumu o motorach od wujka pasjonata? Teściowa już się jakoś pogodziła z myślą, że jej słoiczków (a skubana przetwory robi naprawdę pyszne, to jej trzeba przyznać :)) nie chcemy tachać.

Wiem, że to z dobrego serca, że polska gościnność, ale ... przyjęło to monstrualne rozmiary. Zapętlliło się i nie wiadomo, jak to błędne koło przeciąć.
Tak to mnie więcej wygląda ... W KRZYWYM ZWIERCIADLE ;)

*****

A teraz odpowiadając sobie i Wam na pewne pytania.

1. MIEJSCE NA ZIEMI

Jeśli chodzi o to, gdzie jest mój dom i moje miejsce na ziemi, to ... w chwili obecnej jest to Anglia.
Owszem, czuję się tam emigrantem z kompleksami, ale tam jest mój DOM - to już mam bardzo ładnie w główce poukładane.
W tym temacie nie ma miejsca na schizofrenię.
Może właśnie dlatego wyjątkowo mocno odczuwam to 'rozkraczenie', tę chęć połączenia dwóch światów (które przecież istnieją) w jakże krótkim okresie wakacyjnym.
1 listopada mnie nie rusza, bo nie chodzę na groby.
Natomiast poczucie, że tracę wiele ze świata żywych, owszem, towarzyszy mi.
Tak samo jak wyrzuty sumienia, że nie jestem z rodzicami, kiedy mnie potrzebują ...

2. WAKACJE W POLSCE - PRZYJEMNOŚĆ czy OBOWIĄZEK

Otóż wbrew pozorom (czyt. narzekaniu, jakie mnie ogarnęło ostatnio pokaźnie) ja jednak lubię tu przyjeżdżać.
Wcześniej, bo miałam chwilę oddechu (życie bez dziadków odciążających nieco jest bardzo trudne - tu czapki z głów dla wszystkich babć i dziadków :)) - i zdarzało mi się czasem nawet wyspać. No i gotować nie musiałam :))
Dopóki dzieci były małe to najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się jeździć na żadne wyjazdy zagramaniczne lub nawet lokalne, ze względów logistycznych.

Przyszedł jednak czas, że zamarzyła mi się pewna odmiana.
Dzieci podrosły i zaczęły się domagać 'prawdziwych wakacji', a nie tylko wizyt u rodziny (choćby najukochańszej i najbardziej rozpieszczejącej).
Stwierdzam, że moje wakacje (te szalone kolonie, te zwariowane obozy harcerskie, wczasy w bajecznych miejscach) były million razy ciekawsze niż te moich dzieci.
Czas to zmienić.
I tu się pojawia to tytułowe 'rozkraczenie'. Polska jest przecież tak blisko Anglii, że nikt nie oczekuje, że się będziemy szlajać po wielkim świecie, skoro rodzina czeka. Nie-emigranci spotykają się z rodziną w wolne weekendy, na święta, przy okazji spotakań rodzinnych.
My musimy rozegrać to strategicznie.

Tym bardziej, że ja naprawdę lubię tę moją zróżnicowaną rodzinkę, włączając w to wszystkie 'wiejskie' ciotki mojego męża, serdeczne i pogodne osoby, które mimo wielu przeciwności losu nie poddają się tak łatwo 'śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową' zwanej życiem.

Aspektem komplikującym sprawę jest moja 'dojazdowa' praca (czasami zdarza mi się tracić nawet i 4 godziny dziennie na podróże - choć średnio tyko 3 :)), która w ostatnim roku zalazła mi za skórę tak, że wszystko, co nie jest siedzeniem na sofie z laptopem wydaje mi się męczarnią (ale walczę z tym, walczę dzielnie :))
Zamiana sofy angielskiej na polską nie jest dobrym rozwiązaniem! Oj nie jest ...

Aspekt finansowy przy takiej licznej rodzinie nie jest bez znaczenia.
Wybór?
Czasami się go ma, czasami się lubi, to co się ma :))
I nie jest to mój wybór.
Od prawie 20 lat jest to wybór nasz - a więc sztuka kompromisu ...

3. WSZYSCY ZNAJOMI KRÓLIKA

O dziwo, mimo mojego gadulstwa, mam jeszcze sporo znajomych (odkąd piszę blog, mają ze mną łatwiej, bo się wyżywam wirtualnie dając im trochę odetchnąć :))

Parę przyjaźni przetrwało (choć nie w swojej klasycznej postaci; raczej w formie sporadycznych maili i spotkań raz na parę lat).

Znajomi bliźsi i dalsi traktują nas zawsze z uprzejmym zainteresowaniem.
Niektórzy uważają, że spotkanie się z nimi JEST CHYBA OCZYWISTE. No skoro już jesteśmy w Polsce, co jakże to tak?
Naiwnie zakładam, że do spotkań dochodzi (jak już dochodzi) w celu miłego spędzenia czasu, a nie w celu zapewnienia sobie noclegu w czasie wizyty w Anglii w następne wakacje.
Choć nawet wtedy nie oponuję.
Ja przyjazna osoba światu jestem :)

Moja babcia zawsze mi powtarzała: Kwiatkowska może spokojnie umierać. Ma w tobie godną naśladowczynię :)
Oczywiście było to grubą przesadą i gdzież mi się równać z Kobietą Pracującą (kurcze, w końcu jej babcia wykrakała ...) ale faktem jest, że moje życie jest pełne przygód niekoniecznie w stylu Tomka Szklarskiego i mogłoby spokojnie posłużyć za scenariusz niejedej komedii.


Absurdy systemu, niewiarygodne zbiegi okoliczności, aż wreszcie moja własna głupota dostarczają wdzięcznych materiałów do parakabaretowych improwizacji, kóre cieszą się dość dużą popularnością wśród moich znajomych. Szczególnie jak okraszone są kłótniami z moim mężem, który (zmęczony słuchaniem tych samych historii po raz pierdyliardowy) psuje mi całą, pełną ISTOTNYCH szczegółów, historię, zapodając pentę już po pierwszym zdaniu (Na przykład przy okazji tej historii, przerwał mi grzecznie, chcąc 'tylko' dodać, no jak myślicie, co? Tak właśnie: gdzie i jak odnalazł się kolega :))

Jednym słowem zapewniamy znajomym darmową rozrywkę. A któż tego nie lubi :)
Tylko czasami mam ochotę pobyć klaunem, a czasami nie.

Często te spotkania są porządnym naładowniem baterii (bo, owszem, dopuszczam też innych do głosu :)).
Czasami potężnym niewypałem.

Zawsze jednak znajdzie się paru niezaspokojonych, ślących nam klasyczne mailowe lub facebookowe wyrzuty w stylu: "To byliście w Polsce i nie daliście znaku?!"

Mieszkając tutaj na stałe mielibyśmy czas, by spotać się milion razy przy okazji imprez towarzystkich każdego sortu...
A tak, bez focha się nie obejdzie.
Rozkraczenie.

4. ROZKRACZENIE MENTALNE

Jest nieuniknione - bo mnie drażni obcesowe wgapianie się we mnie obcych ludzi, bo walone prosto z mostu komentarze i wieczne pouczanie są na porządku dziennym.
Bo czerpanie z różnych kultur jest rozwijające, ale też bywa męczące.
Bo łeb analizuje, porównuje, abstrahuje, syntezuje. Skanuje obrazy, przyznaje punkty, wyszukuje 'za' i 'przeciw'.
Przetwarza.
W sklepie, w urzędzie, na spacerze.


Rozkraczenie.

5. BOGOOJCZYŹNIANE KLIMATY

Jest jeszcze jeden aspekt: moralna ocena emigracji.
Nie wiem do końca, jak to jest w innych krajach, ale z tego, co się zdążyłam zorientować, to podejście do zmiany miejsca zamieszkania jest neutralne.
Chcesz - jedziesz. Nie chesz - zostajesz. Koniec. Kropka.

W Polsce - co niestety daje się odczuć również w czasie występów cyrku objazdowego (o forach internetowych i blogach nie wspominając), podejście do emigrantów nabiera często wymiaru patriotyczno-moralnego.

Bo kto to widział, żeby tak się zabrać i pojechać? ("A co, źle wam tu było? Tato by M. pracę załatwił u siebie?' - załamuje ręce teściowa).

Bo państwo polskie nas kształciło, a my teraz na obcych łożymy? ("To tyś po to się, dziecko, tyle lat uczyła, żeby nie pracować w zawodzie?" - biadoli mama- naukowiec, która uważa, że niezrobienie doktratu przez jej córkę, to zaprzepaszczenie talentu rzeczonej).


Bo w Polsce jest tyle do zrobienia, że powinniśmy wrócić ("Polska potrzebuje zdolnych ludzi, a nie tam z tymi Czarnymi i Brązowymi zasuwać za marne grosze" - peroruje wujek, ten powiatowy).

Bo emigrują tylko nieudacznicy ("Wy tam już zawsze będziecie nikim. Na studia dla nie dzieci nie będzie was stać!" - wieszczy wszystkowiedzący Wujek-Srujek).

I jakieś podskórne, irracjonalne przekonanie, żeby się za bardzo nie chwialić, że nam najzwyczajniej w świecie dobrze - bo zaraz się wyjdzie na ptaka, co własne gniazdo kala lub przynajmniej na nabzdyczonego buca.


Ot, i taka analiza mi wyszła. Podreślam, iż jest to analiza subiektywna i jako taka jest weryfikowalna tylko w ograniczonym stopniu :)

Zamiast się opalać na ciepłej plaży lub szlajać się po alpejskiej wiosce, siedzę sobie na sofie w Wawie i piszę (w przewie między wizytami w jednym a drugim urzędem).

Wyrzuciłam w przesztrzeń wirtualną, co mi leżało na wątrobie.
Resztę towarzystwa wysłałam na objazd rodziny mężowskiej samodzielnie (bez przesady, teściowa była u mnie 3 tygodnie - nie zdążyła zatęskinić od Wielkanocy :))
Upały zelżały.
Komary uciekły.
Mam parę fajnych spotań (i zwariowanch przygód, a jakże) na koncie.

I już mi lepiej.
Dzięki za wszystkie komentarze.


piątek, 10 sierpnia 2012


2012/08/10 17:01:14
Uśmiałam się, ale nie zazdroszczę.
Ja jestem czarną owcą w rodzinie, bo nie objeżdżam:)

2012/08/10 19:30:34
OMG jeszcze nigdy w zyciu przeczytanie notki nie zajelo mi tyle czasu:) Ale to nie Twoja wina, ani wina dlugosci notki:))
Po prostu pierwsza czesc pod wdziecznym tytulem "cyrk objazdowy" przypomniala mi moja pierwsza wizyte w Polsce, bo wlasnie taki cyrk objazdowy pozowlilam sobie zafundowac przez blizsza i dalsza rodzine, znajomych i rowniez znajomych krolika.
Czytalam wiec i dostawalam takiego wquerva, ze co chwile wstawalam, chodzilam, zapalalam papierosa, znow wracalam zeby za chwile powtorzyc rutyne od poczatku;)
Tak wlasnie wygladala moja pierwsza wizyta w PL.
W drodze powrotnej bylam tak wykonczona, ze marzylam o urlopie, o nieposiadaniu zadnej rodziny, o mozliwosci wyciszenia tych wszystkich jazgotow, ktore ledwie przezylam przez 3 tygodnie pobytu.
I wtedy wlasnie mnie olsnilo i pomyslalam "Querva to ja na to pracuje, zeby sie tak meczyc?" W dodatku jak podliczylam po powrocie to te "wakacje" kosztowaly mnie ponad $5000.00 Za te pieniadze, to ja bym miala full wypas 4 rozne wakacje w milej atmosferze, przy pieknej pogodzie i bez bycia malpa tanczaca na linie.
Prezenty?
Paczki z prezentami wyslalam na 3 tygodnie przed przybyciem do PL bo wiedzialam, ze tego sie nie da spakowac zadna sila.
I wlasnie tam nad tym oceanem obiecalam sobie, ze nigdy wiecej, tym bardziej, ze ja naprawde nie odczuwam takiej potrzeby.
Moze moje wiezi z rodzina sa bardzo mizerne, moze? Nie wypieram sie tego, ale na czas obecny w zupelnosci wystarcza mi Skype;)
Z drugiej strony, moja emigracja byla calkiem inna.
Ja emigrowalam z PRLu co oznaczalo, ze w momencie kiedy jedna reka wydawala mi paszport to druga zabierala moj dowod osobisty. W paszporcie widniala pieczatka o tresci "z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy PRL". Oczywiscie obecny rzad polski bardzo chcialby zebym wyrobila sobie nie tylko polski paszport ale i dowod osobisty i buk jeden raczy wiedziec co jeszcze.
Tylko ja dziwny zbiegiem okolicznosci mam to w DU-zej P-ogardz-IE, wiec sie wdziecznie wypinam na pragnienia polskiego rzadu.
Jak mowie, ze nie mam rozdwojenia, to wlasnie dlatego, ze opuszczajac Polske, rowniez gdzies tam zawieszona w przestrzeni na tymze samym oceanem wiedzialam, ze byc moze nigdy wiecej do Polski nie bede miala prawa pojechac nawet z wizyta.
Zdawalam sobie w pelni z tego sprawe, jak i zdawalam sobie sprawe z kazdej najmniejszej konsekwencji mojej decyzji.
Ja lecac pierwszy raz do Ameryki, lecialam wlasnie do DOMU.
Tu jest moj dom, tu jestem szczesliwa i niech tak zostanie:)))

2012/08/10 20:46:19
Z wielką uwagą i ciekawością przeczytałam, bo ja właśnie jestem z tych, co to na miejscu pozostali i czasem trochę przykro, gdy szkolna przyjaciółka jest w Polsce i nie odwiedzi. Na przykład ostatnio - spotkałyśmy się przypadkiem w sklepie, wycałowałyśmy, ale sklep, to przecież żadne warunki do pogadania, więc zapraszam szczerze do siebie, ona obiecuje, że pewnie, że wpadnie, a potem się okazuje, że na mnie już czasu brakło... Żalu nie mam i staram się zrozumieć, ale jednak przykro...
Albo mój brat... jego dzieci się u nas chowały, kochamy ich jak swoje, a on, odkąd ich do siebie zabrał, to na wakacje woli jechać do Hiszpanii, Bułgarii... bo mówi, że wszędzie jest taniej od Polski. A my tu jak te sieroty, z bolącymi sercami - bratanki rosną, coraz mniej mamy wspólnego, w końcu o starej ciotce zapomną... I też staram się rozumieć, ale żal taki...
No, mogłabym ja pojechać ich odwiedzić, tak nawet robiłam kilka razy, ale mam konflikt z bratową i po prostu nie mogę być gościem na jej terenie...
No przykro i tyle...

2012/08/10 21:36:09
Cudowny post.
Przypomniala mi sie od razu jedna z naszych powiatowych cioteczek, co to powiedziala, ze za zadne skarby do tej Anglii, bo tak zbrodnia za zbrodnia, morderstwa, zdrady i rozboje, i ze dziwi sie, ze ja cala, zywa i zdrowa, ale bez obaw, juz niedlugo...
Zapytalam, czemu, jak, skad?!
No, jak to! Przeciez TVP pokazala dziesiec sezonow serialu dokumentalnego... 'Morderstw w Midsomar'.
Do dzis parskam na wspomnienie.

2012/08/12 00:27:22
Eh, ludzie. Nie wiem co się dzieje! Niedawno Rest5 zapowiedziała, że chyba zaprzestanie pisania bloga (a nawet schodzić skądś chciała) po przeczytaniu mojego wpisu :))
Teraz mój wpis naraża Stardust na bankructwo (wzmożone spożycie wyrobów tytoniowych :))
Chyba Mi pora przestać pisać, jak to ma taki zgubny wpływ na ludzi :))

A teraz konkrety:
@ Milexica, może nie robisz cyrku objazdowego, ale pewnie jakoś tam się z rodziną widujesz przy różnych okazjach (?) A poza tym, jak się mieszka w Polsce, to zawsze się można czymś wykręcić, a jak się przyjeżdża na wakacje, to przecież "oczywistą oczywistością" jest chyba takie spędzanie czasu :))

@ Stardust - dzięki za ten komentarz, bo on pokazuje, że nie jestem odosobniona w swoich odczuciach (jednocześnie komentarz Ren-yi - tuż pod Twoim - pokazuje zupełnie inną stronę zagadnienia - moim zdaniem b. ciekawe zestawienie).
W ogóle Wasze komentarze dowodzą (co jest też w sumie "oczywistą oczywistością" :)), że każdy patrzy na zagadnienie przez pryzmat własnych przeżyć.

Na pewno jest tak, jak piszesz, że Twoja emigracja była zupełnie inna. Po pierwsze było dużo i chyba nie przylatywałaś za często, rodzina więc myślała prawdopodobnie, że zatęskniłaś mocno (a wtedy chyba nie było jeszcze Skype'a).
Po drugie ta Ameryka, to było onegdaj tak mityczne miejsce, że może rodzina chciała pokazać Ciebie innym, a nie odwrotnie :))

Co do prezentów i kosztów, to ja aż tak nie szaleję :))

Skądinąd te przeżycia, które opisujesz (wpis w paszporcie itp.) nie są do pozazdroszczenia i nie wiem, czy ja bym się na coś takiego zdobyła.
Ale jak sama mówisz, leciałaś tam jak do DOMU (czy opisujesz to gdzieś na blogu, jakie były Twoje początki? Jeśli tak, to mogę poprosić o linkę?).
My przez pierwsze dwa lata 'siedzieliśmy na walizkach', myśląc że lada chwila będziemy wracać do Polski.

Jeśli chodzi o DOM, to mój jest teraz w Angliii. Dom, jako przestrzeń na ziemi, jako pewna stabilizacja, jako miejsce, gdzie moje dzieci chodzą do szkoły, mają przyjaciół, itp.
Anglia dała nam szansę uwierzyć, że przeciętny, pracujący w zwykłej pracy człowiek jesst w stanie normalnie żyć, wyżywić dzieci i nawet jeszcze mieć parę funtów na potrzeby wyższe :))
Anglia nas zmieniła, poszerzyła nam horyzonty, nauczyła nas wiele.

Natomiast jeśli chodzi o mentalność Anglików (i fakt, że nie mam praktycznie żadnych kontaktów z Anglikami !!! - o czym też zamierzam niedługo napisać), o moje nieudolne próby zrozumienia ich, o szereg niuansów kulturowych, które - może ze względu na moje zbyt analityczne podejście do wszystkiego - utrudniają te kontakty mocno, Anglia jako kraj nie jest do końca moim domem.

I może dlatego wciąż tęsknię za pewnymi rzeczami.
Ty masz męża Amerykanina i to też na pewno wpływa na Twoje postrzeganie świata, na asymilację z tamtejszym społeczeństwem.

Ciekawie jest przeczytać, jak wygląda to okiem innego emigranta :)
Dzięki.

2012/08/12 01:02:34
@ Ren-ya, ja z kolei z ciekawością przeczytałam Twój komentarz.
Wynika chyba z niego tyle, że dobrze jest znaleźć jakieś kompromis, szczególnie w sytuacjach, kiedy jest się z kimś bardzo blisko.
Jak piszesz, nie jest to łatwe.
Jeśli chodzi o brata, to nie mogę go osądzać (ani nie chcę :)), ale myślę że dla dzieci, szczególnie małych, kontakty z rodziną są ważne. Więc trochę szkoda i rozumiem Twój smutek.
Ja mam w rodzinie podobną sytuację - moja siostra cioteczna, z którą się bardzo często spotykałyśmy w dzieciństwie, zupełnie nie utrzymuje kontaktów z naszą rodziną.
Nie byliśmy zaproszeni na jej ślub, jej dziecko i męża widziałam raz w życiu. Jej brat z rodziną nie jest lepszy - jego żony nawet nie znam.
Wydaje mi się to hiper dziwne, bo żadnych zatargów nie ma i nie było (choć z tego co wiem, to przynajmniej u jednego z nich są jakieś problemy małżeńskie - a to nie nastraja na ogół do wizyt).
Po prostu ciągle na nic nie mają czasu i mimo tego, że mieszkają w WARSZAWIE (!!!) nie są w stanie się z nami spotkać.
Pewnie nie chcą ...

Jeśli zaś chodzi o koleżankę, to ... no właśnie, widzisz jak to wygląa z drugiej strony. Może akurat jak się wybierała do Ciebie, została porwana przez jakiegoś 'dyrektora cyrku'? :))

Jest jeszcze jeden aspekt, którego nie opisałam, a mianowicie inny stały punkt programu czyli pytanie""No to jak wam tam w tej Anglii?"
Pytanie z pozoru nieszkodliwe mnie męczy, bo niesie w sobie jakieś nieświadome oczekiwanie na 'success story'. Bo w końcu jak wyjechaliśmy bo nam tu było ciężko, to naturalną koleją rzeczy powinno być, że jest nam lepiej.
A życie nie jest takie proste.
Jedne rzeczy są lepsze, inne gorsze.
Jednakże z miejscowymi koleżankami nie dyskutuje się dogłębnie na temat ich sytuacji finasowej czy nie analizuje się ich wyborów życiowych, a koleżankę z zagranicy można spytać o wszystko.
Ja się często spotykam z tak postawionym tematem - i to mnie w pewnym sensie (czasami) zniechęca , do spotkań z (niektórymi) znajomymi.
Nie posądzam Ciebie o takie stawianie sprawy - jednak wiesz jak jest, czasami człowiek generalizuje.

@ Kaczko, witaj na blogu. Dzięki za miłe słowa, ale gdzież mi się równać z Twoim dowcipem i kunsztem słownym, którego jestem wierną podczytywaczką, choć się za bardzo nie ujawniam w komentarzach (ale się poprawię :))

Masz rację, wyobrażenie niektórych o życiu na obczyźnie (ba, i w ojczyźnie również) jest mocno ukształtowane przez mass media.
Zacytuję tu Kapuścińskiego (którego akurat pochłaniam): [Człowiek] jest bardziej odbiorcą niż poszukiwaczem, chętnie (z powodu lenistwa, bierności i braku wyobraźni) zadowoli się pierwszą z brzegu informacją lub opinią, a ta im bardziej będzie uproszczona, ubarwiona i bzdurna - tym lepiej. Bzdura ma coś z konwencji bajki (i często kiczu), przemawia więc łatwo do wyobraźni potocznej.
I było to pisane w 1982 roku, grubo przed powstaniem Plotka, Pudelka i reality shows.

Niestety, z przykrością stwierdzam, że też muszę się często przywoływać do porządku, bo mam podobne tendencje. Łapię jakąś opinię i się jej kurczowo trzymam.
Dlatego w pewnym sensie lubię fora internetowe i dyskusje na blogach, bo dają mi szansę spojrzeć na pewne sprawy z różnych stron.

2012/08/12 08:12:52
Usmialam sie, ale przyznaje, ze rzeczony "cyrk objazdowy" dotyczy chyba wszystkich emigrantow. Rodzicielka obzowila mnie po rodzinie w pierwszych latach po opuszczeniu kraju, pozniej juz nie stanowilam ciekawego eksponatu. Zatem obecnie mam tzw swiety spokoj.
Przyznaje, ze pobyt w Pl jest bardzo kosztowny!

2012/08/12 09:51:30
Uśmiałam się ale jak zwykle jestem pełna podziwu dla Twojej przenikliwej analizy i autoironii... ja na szczęście kontakty rodzinne mam niewielkie więc na szczęscie cyrk objazdowy nigdy mi nie groził ale myślę że dużo w tym racji co potwierdzają rozmowy podsłuchane przeze mnie mimo woli w autobusach wiozacych mnie z Mediolanu do Ostródy i z powrotem z których często korzystałam gdyż z reguły wlokłam ilość bagażu przekraczające wszelkie samolotowe normy no i do tego jechałam bez żadnych przesiadek. Te podróże były dla mnie niewyczerpaną kopalnią wiedzy o emigracyjnym życiu i naturze ludzkiej. Serdecznie pozdrawiam!

2012/08/12 19:58:40
O kurczę! Ale cyrk! Jak już zaczniesz pisać, to nie ma końca ;)))
Ale rzeczywiście to jest problem. Nigdy nie byłam po tej stronie (emigranckiej), bo pracowałam w Niemczech okresowo i najrzadziej raz na 3 m-ce wracałam. Ale kiedyś byłam rozżalona na "wyemigrowaną" bardzo dobrą koleżankę, którą także shaczyłam przypadkiem w czasie jej wizyty w moim mieście. Potem sama to zrozumiałam - to nie jest trudne przecież. Gdybym ja była w Twojej sytuacji, to skupiłabym się chyba tylko na pobycie u rodziców. Gdyby ktoś chciał się ze mną spotkać, a wiedział by, że jestem, mógł by się ze mną umówić ewentualnie na spotkanie. Ale to tylko teoria. To jest tak, jak mówią: czego byś nie zrobiła, to i tak będzie źle ;)))

2012/08/13 15:30:04
@ Duo.na - coś mi się nie chce wierzyć, że nie jesteś już 'atrakcyjna' :)) Ty to dopiero możesz dodać egzotycznego sznytu występom :)

W Polsce jest bardzo drogo i ja nieustannie się dziwię, jak tu ludzie żyją (chyba, że pensje jakoś drastycznie ostatnio podskoczyły)
Bilet na autobus, na JEDEN PRZEJAZD (!) - 3,60 zł. Paczka ciastek (parę ciastek na krzyż)- 4,80 :))
Mąż jechał do rodziców autobusem i busikiem - podróż z dziećmi w obie strony - 380 zł
(ok 300 km w jedną stronę, standard mocno średni).
Cenny dojazdów w Anglii też są horrendalne, ale nie tak szokujące w porównaniu z zarobkami.

@ Sukienko w kropki,
Witam u mnie.
Jak to mówią: podróże kształcą :)
Jeśli chodzi o wożenie bagaży, to Twoje rozwiązanie jest super - ja zawsze mam dylemat co zabrać, co zostawić (i nie mówię tu tylko o prezentach dla cioć). Raz byliśmy w Polsce samochodem i przyznam, że nie jest to rozwiązanie dla mnie - wysiadam psychicznie ... z bandą moich dzieci, które się non stop kłóciły, płakały, śmiały się, jęczały i wygłupiały na zmianę, a tak, w samolocie - każde siedzi oddzielnie i są nad wyraz grzeczni :))
Ale fakt, że można się nasłuchać, naobserwować, nadziwić współtowarzyszom podróży.
Emigranci to specyficzny gatunek ludzi ... :))

@ Rest, a ja akurat mam wrażenie, że cały mój natłok myśli gdzieś się ulotnił (tzn. pomysły mam gdzieś tam zapisane, ale ogarnęło mnie wakacyjne, błogie lenistwo; do tego to górskie powietrze tak mnie usypia ... :))
Wcześniej, jak miałam pisać raporty, to oczywiście, wtedy mi się BARDZO CHCIAŁO PISAĆ BLOG :))

Kolejny aspekt, który mi się przypomniał, jeśli chodzi o odwiedzanie znajomych - niestety, z biegiem lat paru osobom porozpadały się (a przynajmniej mocno pokomplikowały) życia. I często moje spotkania z nimi sprowadzają się do narzekań na męża lub inne problemy.
Jeśli jest to rozłożone w czasie, jeśli słucha się tego przez godzinę to można jakoś podołać. Ale parogodzinny maraton marudzenia (bez możliwości rzucenia jakiejkolwiek rady, innego spojrzenia) bywa nie do zniesienia i nie będę ukrywać, że czasami stosuję szkołę uników.
Ten przykład nie ma zupełnie związku z Tobą (absolutnie nic nie sugeruję, dopisałam dla porządku, dla uzupełnienia obrazu :))
Myślę, że logistycznie jest to jednak dość trudne.
Zrobiłam kiedyś tzw. spotkanie ogólne. Miałam w planie 'konferencję prasową', w czasie której chciałam odpowiedzieć na wszystkie Pytania do Emigranta, a potem nacieszyć się znajomymi indywidualnie i ... nic z tego nie wyszło. Po piersze nie wszyscy mogli w tym samym termnie (a jak już wiedzieli, że jestem i że jestem taka chętna, to się domagali oddzielnego spotkania :)), a ponadto ludzie się schodzili o różnych godzinach i jak przyszli 'w połowie historii' lub nie wiedzieli, że dane pytanie już padło - i tak się musiałam powtarzać, he, he.



1 comments:

  1. Tu Muriel. Jeśli pomoże, to sugeruję jedną z polskich firm transportowych na te wszystkie słoiczki, przetwory, książki itd. Odbierają z domu i dowożą do domu w Anglii. £20 za paczkę do 30 kg. My tak robimy i wszyscy są szcześliwi, bo Mama zrobi górę ogórków kiszonych, wujek pozbędzie się wiśni w syropie z przed 3 lat, a bratowa dołoży książki dla córki. Najlepiej jest ogłosić rodzinie i znajomym, że paczka będzie wysyłana i proszę znosić podarunki. A w drugą stronę my wysyłamy paczkę na Boże Narodzenie z podarunkami świątecznymi i nie tylko. Serdecznie polecam. I pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!