Dedykacja: Nie-bajka dla 5000lib
Za górami, z lasami, w krainie zwanej ’40 km od Londynu’, gdzieś w odległej galaktyce, w prastarej erze sprzed ok. 15 lat, kiedy istniał jeszcze (choć staczał się w niepamięć w zastraszającym tempie) gatunek z rodziny blogerów, żyła sobie pewna F.
Dla potomnych, którzy będą (w co wątpię) chcieli zrozumieć naturę tego zwierzęcia można by się tu pokusić nawet o następujący ranking taksonomiczny:
- Domena: Eukarionty, czyli jądrowce - cóż za piękne słowo, pozostawiające szerokie pole do interpretacji, wliczając w to organizmy zbudowane z komórek posiadających jądro - a więc też jakże cenne, a rzadkie dziś komórki mózgowe. Słowo zawierające nieuchwytne konotacje z wybuchami, ale też byciem trzonem (a wręcz elementem niezbędnym, centralnym), aż po skojarzenia odległe czyli - pardonnez-moi l'expression - posiadanie jaj; niekoniecznie w znaczeniu dosłownym.
- Królestwo: Zwierzęta Internetowe
- Typ: Werbalne
- Gromada: Piśmienne
- Rząd: Blogerzy
- Rodzina: blogerus pauci (w wolnym tłumaczeniu: niszowy)
- Rodzaj: blogerus digressus
- Gatunek: fidrigaucus vulgaris
Pokusić by się można (Ad
rem, Fidrygauka, ad rem!) o stwierdzenie, że żyła pełnią życia, a kto wie, może
i nawet i pełnią marzeń.
W czasie swoich internetowych
poszukiwań F. znalazła cytat, który pokochała nad życie – ten o szaleństwie
niezapisywania. Ten przytaczany wielokrotnie. Ten blogowy herb i motto. O ten tu, w lewej górnej części bloga.
I zgodnie z cytatem, z
instynktem samozachowawczym, z wytycznymi autoterapii oraz wieloma innymi
mechanizmami przetrwania F. pisała.
Najpierw eksperymentalnie,
z braku współpasażera podróży do Londynu, z braku ucha do słuchania, dla
zabicia nudy codzienności.
Później z nadmiaru
obserwacji i przemyśleń. Z powodu – jak to się dziś modnie nazywa –
‘nieprzerobionych’ przeżyć kotłujących się pod czaszką (lub gdzieś tam, gdzie kotłują
się przeżycia; lokalizacji, której chyba nawet najstarsi górale nie zdołali
namierzyć).
Aż wreszcie – dla
emocjonalnych łechtanek, których zaczęły dostarczać jej coraz częstsze i coraz
dłuższe komentarze i dyskusje pod jej wpisami.
Oprócz wpisów o życiu na
Wyspach Brrr (cudowny termin zapożyczony bez pytania od Bebe), F. dopuszczała
się – czasami zbyt obrazowej i
realistycznej – wiwisekcji swoich przeżyć, analizy blogosfery oraz inspirowania
innych (z cudownym, acz niestety krótkotrwałym skutkiem) do tworzenia tekstów
na zawołanie w ramach wybornego (powiedziała nieskromnie) międzyblogowego
eksperymentu zwanego ‘Finką z Kominka’ czyli pisarskich wprawek dla blogerów.
Po latach F. odkryła
jeszcze jeden powód tłuczenia w klawiaturę.
Był nim … prōcrāstinō, czyli celowe, dobrowolne opóźnianie lub odkładanie
zaplanowanych działań i obowiązków, pomimo świadomości negatywnych konsekwencji.
Jeśli wierzyć Księdze Wiedzy
Tajemnej dzisiejszego ‘bezjądrowego’ społeczeństwa znanej Wikipedią prokrastynacja
(w interpretacji własnej) reguluje następujące stany emocjonalne:
- unikanie frustracji
(przekładane zadanie np. pisanie raportów nie jest tak przyjemne, jak zadanie, które wykonujemy, czyli pisanie tekstów na bloga, a
kara za niewykonanie danego zadania, np. wywalenie z roboty, wydaje się bardzo
odległa względem natychmiastowej przyjemności, jaką daje chociażby czytanie pełnych
zachwytów komentarzy, jakie nigdy, przenigdy, przeprzeprzenigdy nie padłby by z
ust szefowej).
- ochronę (acz złudną)
poczucia własnej wartości. Im mniejsze są szanse, że prokrastynator-perfekcjonista
odniesie sukces, tym dłużej zwleka, oszukując się, że porażka nie jest wynikiem
bycia totalnie beznadziejnym, lecz nieodpowiednio – w wyniku owego zwlekania –
nieprzygotowanym. Zły pracownik? Ależ skąd! Tylko nie miał wystarczająco czasu,
żeby się odpowiednio przygotować, bo właśnie prowadził internetowe boje na tematy
kontrowersyjne.
- uzależnienie od
adrenaliny, czyli przeciąganie struny do tego stopnia, że wykonywanie czynności
niezbędnych, naobiecywanych, zbliżających się chorobliwie blisko do cienkiej
linii terminu końcowego staje się wykonalne tylko na wysokich obrotach, w idiotycznie krótkim czasie, w
biegu, kończąc ostatnie elementy przy porannej kawie, w pociągu czy siedząc
przed gabinetem naczelnego (niepotrzebne skreślić). Uzależnienie to kończy się
jak wszystkie inne uzależnienia, a mianowicie w najlepszym wypadku kacem
moralnym i obietnicami poprawy, w najgorszym totalną degrengoladą i
zaniedbaniem wszystkich funkcji życiowych.
Przyczyną prokrastynacji
– co już stało się wiedzą powszechną - nie jest lenistwo, ale różnego rodzaju
lęki, których listy (w różnym składzie) zawalają strony każdej wyszukiwarki
internetowej.
Po latach F. odkryła, że to właśnie było główną siłą napędową jej ‘pisarstwa’. I to też przyczyniło się … do jego schyłku.
A było to tak … W maju
roku 2019 F. doszła do wniosku, że ‘enough is enough’ i żadna szefowa nie
będzie już jej gnoić, wku*wiać, poniżać i przestawiać na szachownicy swoich wewnątrzzakładowych
rozgrywek.
Wku*w ów zaowocował złożeniem (nie pierwszego już w jej życiu) wymówienia.
W sierpniu roku Pańskiego 2019.
A potem wybuchła
(prawdziwa czy wysterowana – nie będziemy tu wnikać po latach) pandemia, pozostawiwszy
wolną i swobodną panią F. … bez pracy.
Na zupełnym, ozięble krystalicznym lodzie. W najgłębszej, czarnej dziurze. Praktycznie bez środków do życia na
prawie dwa lata. Jako że na pomoc rządową się pani F. nie załapała.
I można by pomyśleć, że
wtedy twórczość pisarska powinna była wytrysnąć. Że pokłady weny, że dziesiątki
niedokończonych wpisów, że te naobiecywane opowieści będą wypływać spod pióra
klawiatury niczym niepohamowanym strumieniem. Jak już nie z jakiegokolwiek ważnego powodu, to przynajmniej dla zabicia czasu.
A tu … dupa!
Nie było bowiem czego kontestować.
Metro ucichło, raporty odeszły w niepamięć, szefowa raczona była już tylko
środkowym palcem pokazywanym konsekwentnie (aczkolwiek poniżej dolnej granicy samochodowego
okna) przy każdorazowym przypadkowym mijaniu BYŁEGO (Hallelujah!) zakładu pracy
niechronionej.
Potrzeba odciągania i
lęki rozmyły się we mgle.
Marzenie, mrzonka,
zachcianeczka taka, żeby jednak wydać kiedyś zbiór opowiadań … zostało i gdzieś
tam się jeszcze tli nieśmiało.
Miał być sprawiony sobie
prezent na pięćdziesiąte urodziny, ale nie wyszło.
Jednakże Pani
Prokrastynacja nie poddała się tak łatwo. Tym razem wytoczyła inne działa, szepcąc jej podle: "Nie łudź się! Nikt tego nie będzie czytał. A już na pewno
nie ci, na których zależy ci najbardziej. Walenty powie, że już to wszystko
zna, a dzieci nie załapią niuansów językowych ani konotacji kulturowych."
"Najesz się tylko wstydu.
Nawet nakład 100 sztuk nie zejdzie. Owszem naobiecywałaś wiernym koleżankom
egzemplarz z podpisem, ale palców obu rąk będzie aż nadto, żeby zliczyć te
zainteresowane." – syczy do ucha.
"Po co komu – w morzu, w
oceanie, w ogólnoświatowej powodzi książek zalewających wszystkie możliwe rynki
jeszcze jeden numer ISBN?" – wyśmiewa.
"Na pisarza – tak wiem –
na tytuł pisarza się nie porywasz, ale nawet autorką będziesz mierną!" –
przekonuje. "A redaktor ucieknie (miłościwie rezygnując z wynagrodzenia) na myśl
o twojej notorycznej nieznajomości zasad interpunkcji." - wbija ostatni gwóźdź do trumienki.
Na odsiecz przychodzą komentarze (a także - aaaa, jak już się chwalę, to po całości - maile z pytaniami, zachętami, prośbami :)), chociażby takie jak ten:
Cześć, A mnie tak po ludzku brakuje i Twojego pisania, i Twojego oglądu rzeczywistości, oczywistości co mylą i mydlą, i poczucia humoru i autentycznego ciepła. Jeśli jednak zachciało by Ci się skrobnąć- coś w natłoku, niezobowiązująco i od czasu do czasu, to wiedz, że jest ktoś, no dobrze, konkretnie: ja, kto się z tego ucieszy, bo jest ważne, jak sobie urządzasz to miejsce, ze swoją wrażliwością i czochraniem słów.
Są one – owszem - jak balsam dla sczochranej duszy. Są zaklętą zachętą i chwalipięty przynętą. Lecz czy wystarczająco nieugiętą…?
Na pewno zachętą
przychylnością niepojętą, do tego stopnia, że zasługują sobie na oddzielny, dedykowany wpis.
Po jak zwykle za długim
i zagmatwanym wstępie przychodzi wreszcie pora odpowiedzenia na pytanie
500lib: Czy wrócisz jeszcze kiedyś do pisania? Pora na wyjaśnienie tytułowego 3x NIE...
Otóż F. nigdy nie pretendowała, nie czuła się ani tym bardziej NIE była pisarzem (pisarką, należałby chyba rzec). NIE ma prawa więc zasłaniać się blokadą pisarską. Natomiast do amatorskiego pisania bloga (nie mylić, proszę, z amatorszczyzną) raczej NIE wróci, gdyż nawet bez ćwierkania okolicznych ptaszków czy - jak kto woli - bez szeroko zakrojonych badań, można się zorientować, że formuła blogów już się niestety wyczerpała. Że Tiktok ze Snapchatem zaorali ... I że mało kto by to czytał, a bez tej społeczności śródblogowej to już nie to samo. Smuteczek ...
***
Tym niemniej … nadzieja umiera ostatnia i podobno nigdy nie należy mówić 'Nigdy!'. Jeśli więc F. uda się pokonać Wewnętrznego Krytyka (oby zdążyła przed setnymi urodzinami :))) i zrealizować swój projekt z szuflady, to na pewno gdzieś w przestrzeni internetowej to zostanie ogłoszone i nawet jak się nie odbije szerokim echem, to przynajmniej jakimiś kręgami na wodzie do Was dotrze ...
***
Obecnie F. pracuje nad projektem: Szepty w Metrze do druku!
Będzie to nakład jednoegzemplarzowy, żeby ocalić od zapomnienia to, co do tej pory zostało zapisane. Im dalej w las niepisania, tym szybciej 'cud' niepamięci się święci. A cudownie jest czasami wrócić do niektórych przeżyć. Ponadto internet jest tworem podle nieprzewidywalnym i nigdy nie wiadomo, kiedy taki np. Blogger zadecyduje, za wzorem np. Blox.pl czy wielu innych platform, zamknąć swoje podwoje i na zawsze zdecyfrować nasze wspomnienia …
Przy okazji takich przypominajek F. ogrnia - a jakże! - nagły, niepokojący i nieopanowany smutek na myśl o tym, ile rzeczy się wydarzyło, które można było obsmarować, z których się wspólnie pośmiać, czy poostrzyć sobie na pazurki, jak chociażby ... organizacja ślubu angielsko-polskiego, przez obsesyjną Little Ms OCD do spółki (oj nieadekwatne to słowo, nieadektwatne!) z Matką Polką, mającą awersję nawet do zwykłej listy zadań. Oj, działo się!
Jak głosi instagramowa/tiktokowa/facebookowa mądrość jednej z rolek, za pięć pokoleń, czyli za jakieś sto lat (jeśli oczywiście nie nastąpi jakaś totalna rozpierdziucha i ten świat w jakiś niespodziewany sposób przetrwa toczące się na nim zawieruchy) ... nikt, powarzam NIKT spośród naszych potomnych nie będzie o nas pamiętał. Ba! Nie będzie nawet miał zielonego pojęcia o naszym istnieniu. Nasze pamiętniki zostaną spalone w kominku, nasze zdjęcia - w najlepszym przypadku - upchane na strychu, nasz ukochany sweter oddany do 'charitki', a wnuki naszych dzieci nawet nie będą pamiętały naszych imion ...
Więc dla kogo, ja się pytam, te wspomnienia?
Ps. Dziękuję …
niedziela, 16 listopada 2025

.jpg)
Qrde no! A juz sie ucieszylam, ze wracasz na blogowy memlon. A ksiazki wydrukuj dwie, kupie te druga.
OdpowiedzUsuńHe, he, Anno Mario, aż tak? No dobrze. Wydrukuję dwa egzemplarze :))))
UsuńBuziole.
A ja trzecią:-)
OdpowiedzUsuńHahaha, to może faktycznie wydrukuję z dziesięć egzemplarzy. Ale to będą opasłe tomiska, bo większość stanowić będą ... komentarze, które są intergralną częścią tego bloga i bez nich ani rusz!
UsuńOh, a już myślałam, że wracasz na dobre. Mam nadzieję, że zmienisz zdanie, blogi przeżywają jeszcze. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńHej, nie, chyba nie ... wróciliśmy do 'pisma obrazkowego' aka Instagramu czy innych Tiktoków. Społeczność blogerska w dużej mierze zamilkła. Tak tu jakoś bardzo cicho. Choć widzę, że niektórzy jeszcze wciąż wiernie piszą. Podziwiam za wytrwałość ... Uściski.
Usuń